Zróbcie sobie dobrze – recenzja filmu Kamerdyner

Ostatnio coraz mniejszą ruletką jest dla mnie chodzenie do kina na polskie filmy. Do niedawna unikałam naszej rodzimej kinematografii jak ognia, bo umówmy się, że nie było czego podziwiać. Ale! Od kilku lat sukcesywnie się to zmienia, i och jaką radością mnie to napawa!

Kamerdyner

Przyznaję się bez bicia, że poszłam na ten film z trzech powodów – instagram Borysa Szyca, który w trakcie kręcenia wrzucał przeróżne filmiki z planu, plakat i Fabijański. Do tego ostatniego odkryłam w swoim sercu soft spot wielkości Warszawy. Ładny jest to pan, grać umie, więc cóż poradzić – nie mogę się oprzeć i wybaczam mu granie u Papryka. Są rzeczy silniejsze ode mnie.

O samej fabule nie wiedziałam absolutnie nic. Ba! Trailer zobaczyłam na pół godziny przed seansem. W ogóle serdecznie polecam taki sposób chodzenia do kina, zdecydowanie lepiej przyjmuje się taki film na klatę.

Więc czym jest właściwie Kamerdyner? Trochę filmem o miłości, trochę o historii Kaszubów ( o której jak się okazało w trakcie seansu wiem koszmarnie mało), trochę o patriotyzmie. Najlepiej chyba nakreślił to Sebastian Fabijański w jednym z wywiadów – to historia kundla, który z niezamierzoną bezczelnością i wrodzoną niewinnością próbuje odnaleźć się w otaczającej go rzeczywistości.

Historia zaczyna się w trakcie zaborów i toczy się aż do 1945 roku, ukazując losy chłopaka przygarniętego przez niemiecką rodzinę von Krauss. Wszystko co wtedy działo się na Kaszubach widzimy właśnie z perspektywy Mateusza – od przyłączenia do granic Polski po mord piaśnicki.

Wszystko jest piękne

Marianna jest piękna, Fabijański jest wspaniały, Gajos i Woronowicz są mistrzami świata. Kadry są przecudowne, wręcz bajkowe, zdjęcia wyglądają jak malowane. Filip Bajon – reżyser, nie ulega modom współczesnego tworzenia filmu, on po prostu postanowił stworzyć swoje opus magnum, nie oglądając się na resztę świata.

 

I przez pierwsze pół godziny ma się wrażenie, że ogląda się dzieło sztuki, że ten świat nas pochłania absolutnie. Ale niestety… Bajon trochę się przeliczył. Film powstawał z przerwami trzy lata i okropnie żałuję, że w trakcie tego całego czasu nikt nie usiadł i nie powiedział „Ej, Panie Bajon, a może by tak popracować trochę nad dialogami chociaż?” bo miejscami są kwadratowe i koszmarne.

Jeśli nie zna się historii Kaszubów to w ogóle bardzo trudno jest się połapać w narracji, natłoku nazwisk i ludzi. To trochę tak jakby próbować obejrzeć Pana Tadeusza bez wiedzy o wojnach napoleońskich. Niby można, ale mnóstwo rzeczy umyka.

Żałuję bardzo, bo film jest piękny. Tak po prostu piękny. Długi, to prawda, ale jest w nim coś niesamowicie magnetyzującego, że człowiek nie chce opuścić świata, który pokazuje Bajon – tego eterycznego, baśniowego klimatu. Owszem, po seansie czułam się emocjonalnie wyprana i koszmarnie zmęczona, ale bardzo lubię taki rodzaj zmęczenia.

Film epicki

Kamerdyner z założenia ma być dziełem życia Bajona. Tak też został nakręcony. I choć mam mu sporo do zarzucenia to jednak trudno mi o nim powiedzieć, że jest zły. To jest film, w którym dzieje się niewiele, gdzie historie prostych ludzi nie są w żaden sposób ekscytujące, ale z drugiej strony nie chcemy żeby stało im się coś złego, mimo tego, ze wymieniają między sobą czasem okropnie złe dialogi.

Zróbcie sobie dobrze, idźcie na Kamerdynera  z przymrużonymi oczami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *