„Żona” – Sceny z życia małżeńskiego

Feminizm to ostatnio dosyć modne i kontrowersyjne słowo. Zwłaszcza jeżeli chodzi o kulturę popularną i kinematografię. Obecnie prawie każdy film hollywoodzki posiada silną i niezależną kobiecą postać, która tak naprawdę jest zleżałym kotletem niby w nowej panierce. Żona również bawi się obrazem silnej i niezależnej, ale robi to znacznie bardziej subtelnie.  Zapraszam na recenzję filmu, który na pewno nie jest drugim 45 lat (świetny film, polecam − jak ktoś nie widział), ale też nie jest hollywoodzkim ścierwem.

Film opowiada nam o  sędziwym małżeństwie Castlemanów. Joe (Jonathan Pryce) jest szanowanym pisarzem.  Jego żona, Joan (Glenn Close), zajmuje się domem i dwójką dzieci. Pewnego wieczoru para dowiaduje się, iż Joe zostaje laureatem Nagrody Nobla. Para wraz z swoim synem, początkującym pisarzem (Max Irons), wyrusza do Sztokholmu na ceremonię wręczenia Nagrody. Na miejscu okazuje się, że uwaga, którą przyciąga Pan Castleman, jest powodem rosnących napięć pomiędzy nim a jego żoną i synem.

FOTO: IMDb

Jak sam tytuł sugeruje, większość wydarzeń obserwujemy z oczu Joan. I jest to największa zaleta tego filmu. Wspomniałem w pierwszym akapicie o stereotypie silnej i niezależnej postaci kobiecej − i Joan nią nie jest. Mimo tego, iż  film polega na  tym, że pokazuje podróż Pani Castleman od szarej myszki aż po….silną i niezależną kobietę, jest to podróż pisana wielkimi literami (film używa niepotrzebnych flashabcków, które są okropne i przypominają Pamiętnik, lub inne „dokonania” Nicholasa Sparksa). Całość broni jednak Glenn Close, która wywęszyła Oscara w tej kreacji i gra swoją rolę naprawdę dobrze. Gra Close jest subtelna i pełna uczuć. To ona nadaje wymiaru swojej kreacji. Warto ten film zobaczyć choćby dla niej.

Za to nie można marginalizować postaci męskich. Pan Castleman, w wykonaniu Jonathana Pryce’a, to typowy intelektualista bawidamek, taki comic relief, który swoją patetycznością dostarcza niby-dramatu. Zdajemy sobie w końcu sprawę, że nie jest on w ogóle groźny. Z kolei postacie syna i dziennikarza chcącego napisać biografię Castlemana to również „chorągiewki na wietrze”. Niby silni mężczyźni, ale tak naprawdę zagubieni w życiu chłopcy.

FOTO: IMDb

Za to Glenn Close prezentuje nam obraz silnej udręczonej kobiety, o której już pisałem wcześniej. Aktorka gra tutaj subtelnie i nadaje swojej postaci unikalnej wielowymiarowości, coś, czego nie widać w scenariuszu. Ponieważ największą wadą Żony jest po prostu brak reżyserskiego warsztatu, film ten mógłby stać się klasykiem na miarę Thelma i Louise, gdyby trafił on w odpowiednie ręce. Niestety, Björn Runge nie należy do utalentowanych artystów.

Wspomniałem już o kuriozalnych flashbackach, ale film leży też w sferze wizualnej. Reżyseria jest tutaj czysto inscenizacyjna i nie dostarcza pociech wizualnych. Runge również daje aktorom mnóstwo pola do popisu i oni to wykorzystują. Są sercem i mózgiem tego filmu. Bez nich wszystko leży. Oddaje jednak fakt, że Runge całkiem ładnie konstruuje intrygę. Kiedy przychodzi moment rozwiązania konfliktu, można być pozytywnie zaskoczonym, z jaką gracją film nam to serwuje.

Najważniejsze pytanie jednak w kontekście Żony brzmi: czy Glenn Close powinna otrzymać Oscara? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Close jest aktorka wybitną i, jak dla mnie, powinna mieć już dwa rycerzyki (za rolę w Niebezpiecznych związkach i Fatalnym zauroczeniu), ale czy powinna wygrać w tym roku? Jest to bliźniacza sytuacja z Garym Oldmanem z zeszłego roku, próba naprawienia dawnych pomyłek, czyli to,  w czym Akademia się specjalizuje. Mimo wszystko rola Close, w przeciwieństwie do kreacji Oldmana, jest rolą bardzo dobrą i jeżeli dostanie Oscara, to nie będzie to nagroda tylko za zasługi. Rolę Glenn postawiłbym na trzecim miejscu wśród nominowanych (nie widziałem jeszcze Melissy McCarthy w Can You Ever Forgive Me) . Co prawda Olivia Colman i Yalitza Aparicio zasługują bardziej na Oscara, ale jeżeli wygra Glenn, to nie będę rozdzierał szat.

FOTO: IMDb

Żona to dobry materiał, który został zaprzepaszczony w rękach średniego reżysera. Mógł z tego powstać film przełomowy, który zburzyłby bariery społeczne i byłby przełomem w współczesnym pojmowaniu feminizmu. Niestety, nie wyszło. Ten film w historii kinematografii zostanie zapamiętany ze względu na oscarową kreację Glenn Close i to, niestety, wszystko.

Ocena: 5/10.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *