Złodziejaszki – Rodziny się ̶n̶i̶e̶ wybiera

Tegoroczny Festiwal Filmowy w Cannes należał do Hirokazu Koreedy. Nagrodzeni Złotą Palmą Złodziejaszki wydają się powtórką z rozrywki ostatnich dzieł japońskiego reżysera – głoszą identyczne wartości, wykorzystują te same zabiegi narracyjne, a nawet obsadę. Paradoksalnie, w żadnym stopniu nie odejmuje to wartości filmu.

Ponownie Hirokazu Koreeda, porusza temat rodziny. Rodziny tym razem bardzo nietypowej, albowiem złożonej ze złodziei mieszkających w prowizorycznym domu. Nie łączą ich żadne więzy krwi, ale mimo wszystko tworzą razem szczęśliwą familię.

Osamu Shibata (Lily Franky), razem ze swoim przybranym synem Shotą (Kairi Jyo), wracając z kradzieży spotykają zamkniętą na balkonie 5-letnią dziewczynkę imieniem Yuri (Miyu Sasaki). Jest wyraźnie zaniedbana, głodna i posiada ślady pobicia. Bohaterowie „porywają” i przygarniają dziecko obdarowując miłością, jakiej nigdy dotąd nie doświadczyło.

Reżyser raz jeszcze gloryfikuje wartości rodzinne. W ostatnich filmach opowiadał o sile miłości większej niż jakiekolwiek więzy krwi. Jednak w Złodziejaszkach idzie o krok dalej, albowiem w tej licznej, wielopokoleniowej rodzinie, nikt nie jest ze sobą spokrewniony.  Punktem odniesienia jest wątek Yuri wokół której Koreeda tworzy własną definicję rodziny. Nie zgadza się ze stwierdzeniem, że „rodziny się nie wybiera”. Prawdziwa rodzina to taka, do której nikt nie należy z przymusu. Więzy krwi nie są tak naprawdę ważne, liczy się miłość – bezgraniczna, bezinteresowna, oparta na wzajemnej trosce i dążeniu szczęścia i bezpieczeństwa. Rodziny, których członkowie się nie kochają i żyją ze sobą tylko z obowiązku, kończą jak Yuri i jej biologiczni rodzice – nieszczęśliwie, wzajemnie raniąc się tylko.

Foto: The Reel Bits

Prawdziwa rodzina

W trakcie całego filmu reżyser pokazuje obraz kochającej się rodziny. Bohaterowie są pełni miłości, ciepła i empatii. Wspierają się nawzajem, poświęcają się, dzielą się każdą chwilą. Tworzą wspólnie pewne zwyczaje, tradycje, nawet w kwestii kradzieży. Posługują się językiem i tokiem myślenia, który tylko sami rozumieją.

Koreeda po raz kolejny pokazuje, jak dobrze rozumie swoje postacie. Każdy ze „złodziejaszków” jest potraktowany sprawiedliwie. Każdemu poświęca wystarczającą ilość czasu. Poznajemy ich problemy, sprawy osobiste i relację z całą resztą familii. Mają swoje wewnętrzne rozterki, momenty zawahania, wątpliwości. Jak ludzie w normalnym życiu, czasem popełniają błędy, mają wahania nastroju, lub wygadują głupstwa za które potem żałują.

W obsadzie znajdziemy paru „stałych bywalców” reżysera jak Lily Franky i Kirin Kiki, ale też znaną z Miłości Obnażonej Sakurę Ando i Mayu Matsuko. Wszyscy prezentują się świetnie (szczególnie Franky i Kiki, po których widać większe doświadczenie i swobodę) posiadają autentyczną chemię między sobą, faktycznie można uwierzyć w silną miłość wiążącą bohaterów.

 Reżyser z niczym się nie śpieszy, pozwala wybrzmieć scenom. Wszystkiemu poświęca należyty czas – czy to jest scena jedzenia obiadu, rozmów przy stole, albo zabawy na plaży. Niczym w dokumentalnym filmie dokładnie portretuje życie Japończyków z niższej klasy społecznej. Poznajemy nie tylko bohaterów, ale także ich otoczenie – plac budowy, pralnia, dom uciech itd. Jak zwykle świetnie buduje świat, idealnie orientujemy się w nim, odczuwamy go. Jest to zasługa między innymi bardzo dobrej realizacji. Stylem nie różni się od wcześniejszych dokonań Japończyka. Chociaż film naładowany jest emocjami, nie ucieka się do emocjonalnego szantażu. Film jest bardzo powściągliwy w środkach wyrazu. Statystyczne zdjęcia i minimalistyczna muzyka pozwalają nam lepiej wczuć się w nastrój i skupić się na najważniejszym aspekcie, czyli na bohaterach.
Foto: The Film Stage

W ostatnich filmach reżysera, szczególnie w Naszej młodszej siostrze, ukazywano optymistyczną wizję rodziny. Niezależnie od wszelkich przeszkód, nic nie było w stanie jej rozdzielić. Oszczędzał jakichkolwiek konfliktów albo dramatycznych zwrotów akcji. Pokazywał normalne, codzienne życie, pełne zabawnych, ale też smutniejszych chwil i wyłaniał z nich najpiękniejszy pierwiastek człowieczeństwa.

Reżyser w Złodziejaszkach przez dłuższy czas idzie podobną drogą. Chociaż rodzina jest biedna, z trudną przeszłość, podejmuje się prac nie do końca godnych pochwały (np: prostytucja), ale mimo to wszyscy są szczęśliwi. Film jest pełen pięknych chwil z życia bohaterów w których możemy obserwować miłość ich wiążącą. Jak wspólnie spędzają czas wolny, wspierają się. Niestety, tym razem historia posiada dużo bardziej pesymistyczny wydźwięk. Chociaż rodzina Shibata kocha się nawzajem, nie może być zawsze ze sobą ze względu na powszechnie przyjęty normy i prawo. Ich los z góry jest przesądzony, o czym przekonujemy się w niezwykle gorzkim finale. Co w pewnym stopniu wybija z rytmu. Reżyser przez cały seans opowiadał o sile miłości, po czym na końcu ją kwestionuje. Zakończenie jest nie tylko negatywne, ale też mało satysfakcjonujące. Zabrakło pewnej „kropki nad i”, czegoś co by nadało odrobinę nadziei na lepsze jutro, pozwalałoby poczuć pewne spełnienie, karharsis po seansie.

Foto: IndieWire

Podsumowanie

Hirokazu Koreeda niby trwa w swojej strefie komfortu, niby w kółko opowiada o tym samym, wykorzystując podobne środki i aktorów. Jednak reżyser za każdym razem rozwija swoją myśl, eksplorują temat rodziny na wiele kierunków. Z perspektywy filmów widać, że Złodziejaszki stanowią pewną puentę jego twórczości. To dzieło bardzo dojrzałe, opowiadające o najpiękniejszych wartościach. Bawi niewymuszonym humorem, rozczula ciepłem i pokładem człowieczeństwa, wzrusza, a na końcu uderza nas ogromną dawką goryczy, jaką jest brutalna rzeczywistość.

Ocena: 8+/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *