Zdecyduj sam – „Hamlet” Kleczewskiej

dnia

Wielokrotne wystawianie znanych tekstów na różnych scenach teatralnych zawsze rodzi pytanie – czy przy pomocy tych słów da się powiedzieć jeszcze coś nowego i zaskakującego? Czy powstanie coś, co nie będzie (kolejną) ładną inscenizacją, którą ogląda się bezrefleksyjnie? Jednak klasyk taki jak „Hamlet” Szekspira okazuje się wciąż nośnym dziełem, jeśli podbuduje się dodatkowo innymi wątkami („HamletMaszyna” Heinera Müllera). Tytuł angielskiego pisarza wprowadziła na scenę w Poznaniu Maja Kleczewska. Chociaż… czy na pewno na scenę?

Mimo że nowa poznańska produkcja jest wpisana w repertuar Teatru Polskiego, to spektakl rozgrywa się w efektownym budynku Starej Rzeźni na Garbarach. Reżyserka wraz z dramaturgiem, Łukaszem Chotkowskim, osadziła akcję szekspirowskiej tragedii poza siedzibą teatru. Można powiedzieć, że wpisuje się to w poszukiwania Kleczewskiej, które rozpoczęła wraz z warszawskimi „Bachantkami” – zależy jej na budowaniu takiej przestrzeni, w której aktorzy i widzowie będą blisko siebie. Ta intymna wręcz relacja wytwarza zupełnie inne napięcia – to włączenie w sam środek wydarzeń wszystkich odbiorców.

fot. Magda Hueckel

Ważniejszym zabiegiem niż wyjście poza teatr (zrobił to również w przypadku „Hamleta”, czyli „H”, chociażby Jan Klata, który przeniósł wszystko do Stoczni Gdańskiej) jest zdanie zamieszczone w opisie spektaklu: „widzowie sami decydują, jak długo Hamlet trwa, które fragmenty historii chcą zobaczyć i usłyszeć”. Widzowie przed wejściem otrzymują słuchawki, na których są do wyboru trzy kanały. Dzięki nim można zdecydować, jakie kwestie wypowiadane przez aktorów akurat się usłyszy. Symultaniczne rozmieszczenie scen w kilku miejscach Starej Rzeźni zmusza do wytypowania jednego z pomieszczeń, a co za tym idzie – zadecydowania, jakiego „Hamleta” zobaczymy. Przemieszczający się dużymi grupami widzowie działają trochę według zasad psychologii tłumu – tam, gdzie najwięcej ludzi, zmierzam i ja. Przez to czasami trudno dostrzec, co się właściwie dzieje pomiędzy aktorami. Można się jednak przekonać, że bycie w środku akcji ma też swoje słabsze strony. Tocząca się między Hamletem i drugim bohaterem bójka pochłonęła również dziewczynę z widowni. Nie do końca chyba świadoma dynamiki sceny nie odsunęła się w odpowiednim momencie i wraz z aktorem została przyciśnięta do ściany – na szczęście miękkiej, bo stworzonej z dywanu, według pomysłu Zbigniewa Libery odpowiedzialnego za scenografię. Innym razem ściśle ustawiony mur z ludzi został nagle przerwany (także) przez Hamleta, który rozpycha się, próbując w pośpiechu opuścić jedną przestrzeń, przy okazji potrącając dwie kobiety z widowni.

fot. Magda Hueckel

Tyle, jeśli chodzi o niezwykłe miejsce i ogólny zarys, ale kluczem są tutaj aktorzy. Ja skupiłam się szczególnie na paru postaciach. Michał Kaleta wcielający się w Klaudiusza jest dla mnie bezkonkurencyjny, wykonujący wszystko jakby od niechcenia – stonowane gesty, opanowane ciało do takiego stopnia, że władca przypomina w jego wydaniu leniwego kota, który przeciąga się od czasu do czasu, zerkając tylko czasem, czy ktoś nie zakłóca mu spokoju. Biały garnitur podkreśla jego wyrachowanie.

Wśród aktorów, zaraz po wejściu, szukałam aktorki, która mogłaby grać Ofelię. Kiedy miałam upatrzone swoje dwa typy, okazało się, że rolę zdradzonej dziewczyny otrzymała Teresa Kwiatkowska. Dojrzałość aktorki wzmocniła jej upokorzenie, bezradność i rozpacz. Do najbardziej przejmujących momentów należał ten, kiedy Ofelia staje blisko tłumu w sukni ślubnej z napisem „love” podchodzi do mężczyzn stojących w pobliżu, szukając ukochanego.

fot. Magda Hueckel

Nie pierwszy raz też pomijam to, co powinno opisywać się najpierw – głównego bohatera, którego gra ukraiński aktor Roman Lutskiy. Jego Hamlet jest jednocześnie silny fizycznie, mocny i dynamiczny, ale czasem nieporadny jak dziecko, usilnie starający się zwrócić na siebie uwagę kogoś dorosłego. Czegoś tej postaci brakuje. Lutskiy pokazuje wachlarz swoich możliwości, biegając między pomieszczeniami w Rzeźni trochę w poszukiwaniu sensu tego, co robi.

fot. Magda Hueckel

Nowy spektakl Kleczewskiej należy zdecydowanie do tych realizacji, które można by było długo opisywać – szczegół po szczególe – bo ich jest tutaj najwięcej (krwawe losy bohaterów na czerwonych wykładzinach, budująca napięcie muzyka na żywo, błąkający się drugoplanowi statyści-aktorzy, obecność alkoholu, laptop zastępujący Gertrudzie kartkę i pióro…). Można też postawić kilka pytań: dlaczego pół spektaklu jest w języku ukraińskim? Czemu ma służyć ta bliskość? Dlaczego niektóre postaci w ogóle nie dochodzą do głosu? Z pewnością „Hamlet” jest  zadaniem dla widzów – trzeba mieć refleks i szybko reagować na zmianę sytuacji. Ponadto dopełnieniem możliwości wyboru przez widza jest pewna płynność. Odbiorca decyduje o tym, kiedy jego spektakl się zacznie i kiedy skończy – wchodzisz i wychodzisz, kiedy chcesz.

fot. Magda Hueckel

Nie chcę zdradzać wszystkiego, bo warto to poczuć na własnej skórze. Specyficzny chłód i zapach poznańskiej Starej Rzeźni, bliskość aktorów i doświadczanie spektaklu w tłumie jak na koncercie. Może traficie także na samą Kleczewską i Chotkowskiego przechadzających się wśród widzów. Kto wie? Sprawdźcie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *