Wyspa psów – Mały samuraj w wielkim świecie psów

Trudno w dzisiejszych czasach o równie charakterystycznego reżysera co Wes Anderson. Jego zamiłowanie do symetrii, dbałość o kadry, specyficzny sposób prowadzenia aktorów i poczucie humoru wykreowały wizerunek za który artystę można kochać, lub nienawidzić. Jego najnowsza Wyspa psów jest drugim, po Fantastycznym Panie Lisie filmem animowanym.

Akcja ma miejsce na „wyspach japońskich, 20 lat od dzisiaj”, w dystopijnym Megasaki. Kraj opanowany został przez psią epidemię. Burmistrz Kobayashi (Kunichi Nomura) decyduje się na drastyczne kroki przewiezienia wszystkich czworonogów na Wyspę śmieci. Wśród nich jest Ciapek (Liev Schreiber), pies 12-letniego chłopca imieniem Atari (Koyu Rankin), który udaje się na wyspę w celu odzyskania swojego przyjaciela. Na wyspie spotyka watahę psów, wśród których znajduje się – Król (Bob Balaban), Książę (Jeff Goldblum), Szef (Bill Murray), Rex (Edward Norton) i Wódz (Bryan Cranston).

Wes Anderson jest jednym z najbardziej wybitnych, amerykańskich reżyserów swojego pokolenia. Każdy jego film to majstersztyk od strony realizacyjnej. Za każdym razem artysta zaskakuje niespotykaną kreacją świata, wykazuje się bogatą wyobraźnią w tworzeniu scenografii, kostiumów i projektów postaci. A wszystko to w piękny i jednocześnie specyficzny sposób uchwycone prze kamerę – kadry zawsze symetryczne, statyczne, skupiające się na środkowym punkcie i utrzymane w określonej kolorystyce. Kiedy odnosisz wrażenie, że Anderson nie nakręci już wizualnie równie zachwycającego filmu, z każdym kolejnym dziełem tylko podnosi poprzeczkę.

Jednak Wes Anderson to nie tylko obrazy. To także niespotykane podejście do tworzenia postaci, dialogów i opowiadania historii. Bohaterowie w jego filmach zwykle zachowują się dosyć… autystycznie. Większość z nich jest powściągliwa, beznamiętnie czyta dialogi pełne sarkazmu i ironii, a jednocześnie wszystko wygrane jest bardzo samoświadomie. Reżyser w trakcie opowiadania fabuły często bawi się konwencją i narracją. Potrafi niespodziewanie przełamać czwartą ścianę, zmienić perspektywę, albo udrzyć retrospekcją.

Foto: Consequence of Sound

Najbardziej wesandersenowy film Wes Andersona

W 2009 roku reżyser stworzył swój pierwszy film animowany zrealizowany techniką poklatkową – Fantastyczny Pan Lis. Przez wielu uważany za najlepsze dzieło Wesa Andersona – z (nomen omen) fantastyczną animacją, błyskotliwym humorem, masą barwnych postaci. Przy Wyspie psów reżyser powraca do animacji i od strony technicznej bije swojego poprzednika przynajmniej o głowę.

Wyspa psów to jedna z najlepiej zrealizowanych animacji poklatkowych w historii. Dbałość o najmniejsze szczegóły po prostu powala. Najlepiej widać to na psach, w których zadbano o każdy włos, bliznę, albo element ubioru. Reżyser wykazuje się ogromną wyobraźnią w każdym aspekcie. Każda lokacja, retrospekcja, albo postać wygląda unikatowo, zachwyca swoim pomysłowym projektem i dbałością o detale.

Reżyser często ma skłonność do osadzenia swoich historii w specyficznym okresie historycznym. Wyspa psów ma miejsce 20 lat od… nie wiadomo nawet jakiego roku. Jest to futurystyczna przyszłość, ale jednocześnie wszelkie technologie wyglądają archaicznie i siermiężnie. Jest to wizja przyszłości, ale wg wyobrażeń z mniej więcej połowy XX wieku. Reżyser bardzo często w swoich filmach odnosił się do estetyki retro, a konkretniej lat 50/60, co tutaj jest odczuwalne bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Komputery są masywne, ozdobione świecącymi lampkami i posiadają dwukolorowe wyświetlacze, a roboty wyglądają jak blaszane kartony.

Anderson nie jeden raz bawi się japońską estetyką. Tworzy masę różnorodnych lokacji nawiązujących do japońskiego folkloru- klasyczne architektury, teatry, albo drzeworyty.

Foto: Dezeen

Japoński, a europejski

Wes Anderson nie bez powodu osadza swój film w japońskich realiach. Wbrew pozorom, kino azjatyckie nigdy nie było obce w twórczości reżysera. Jedną z jego głównych inspiracji było klasyczne, japońskie kino z filmami Akiry Kurosawy na czele. To tam m.in. zaczerpnął swój pomysł na symetrię kadrów, tworzenie inscenizacji na podobieństwo przedstawienia teatralnego. Kino azjatyckie także charakteryzuje się pastelowymi kolorami obecnymi w twórczości reżysera. W Wyspie psów daje absolutny upust swojej miłości do japońskiego kina.

Film wręcz tonie od nawiązań do japońskich klasyków i japońskiej kultury. Jeden z głównych bohaterów, kundel imieniem Wódz jest zainspirowany postaciami granymi przez Toshiro Mifune w Zabłąkanym Psie i Pijanym Aniele – samotny, z pozoru szorstki, ale w głębi serca czuły. Psy w interesujący sposób nawiązują do etosu samuraja. Podobnie jak bohaterowie filmów Kurosawy (np: z Ukryta Forteca, Siedmiu Samurajów) niegdyś posiadali swoich panów, cieszyli się szacunkiem, a teraz muszą wieść życie włóczęgów zdanych wyłącznie na siebie. Pojawiają się imiona i nazwiska kojarzone z japońskimi artystami, np: Toshiro (jak wspomniany Toshiro Mifune), Kobayashi (jak Masaki Kobayaski), Yoko Ono (której głosu użycza legendarna piosenkarka).

Foto: The Telegraph

Anderson na każdym kroku odwołuje się do każdego elementu kultury japońskiej, np: walk sumo, tradycyjnej architektury, drzeworytów, teatrów kabuki, haiku. Konsekwentnie pozostaje przy japońskiej kulturze do połowy XX wieku. Nie ucieka się do współczesnych stereotypów opanowanych przez anime, gry komputerowe i telefony komórkowe. Jednak można dopatrzyć się pewnych inspiracji twórczością Hayao Miyazakiego – gloryfikacja natury, konflikt z industrializowanym światem ludzi. Reżyser idzie nawet dalej, tworząc bardzo nadekspresyjne postacie Japończyków, albo wciskając eksplozje w kształcie atomowych grzybów. Wes Anderson w tak dużym stopniu kumuluje wszelkie elementy kojarzone z Japonią, że niemalże ociera się o stereotypy. Na szczęście artysta bardzo świadomie korzysta z wszelkich schematów, dzięki czemu zamiast zwykłą kpiną z Japonii, tworzy nietypową wariację hołdu do japońskiej kultury z baśniową konwencją.

Ścieżka dźwiękowa autorstwa Aleksandra Desplate całkowicie odwołuje się do japońskiego folkloru. Od samego początku mamy tradycyjne, japońskie bębny, flety – Kraj Kwitnącej Wiśni wylewa się z ekranu. Jednak największą niespodzianką dla fanów będą utwory zapożyczone z klasyków Akiry Kurosawy.

Forma, forma, forma, treść, treść, treść

Wes Anderson naładował swój film nie tylko formalnie, ale też treściowo. Reżyser w 100 minut opowiada historię, która z każdą minutą się rozwija – postacie, wątki i retrospekcje mnożą się. Mamy tutaj jednocześnie historię chłopca szukającego swojego psa, watahę psów walczących o przetrwanie, dystopijne Megasaki rodem z twórczości Orwella, oraz grupę nastolatków kierowana przez amerykańską uczennicę dążącą do ujawnienia politycznego spisku. Film opowiada m.in. o konflikcie między naturą a technologią, relacji między ludźmi a psami, a nawet problemach japońskiej społeczności. Reżyser często bawi się formą. Niespodziewanie wykorzystuje najróżniejsze retrospekcje, ekspozycje podane w atrakcyjnej formie (np: ręcznie rysowanych animacji, albo haiku).

Foto: Londonist

Tutaj leży też pewna wada Wyspy psów. Film jest do tego stopnia przeładowany wątkami, postaciami i retrospekcjami, że brakuje w tej historii miejsca na złapanie oddechu. Akcja gna na złamanie karku, jesteśmy bombardowani ogromem informacji w krótkim czasie. Na tym cierpi nieco tempo filmu – czasami pewne retrospekcje albo poboczne historie wybijają z rytmu. Najbardziej jest to widoczne w wątku Tracy Walker (Greta Gerwig), amerykańskiej uczennicy, który wydaje się zbędny, za bardzo odstający od reszty, na dodatek ocierający się o wątek mighty whitey (biały człowiek z Zachodu, przybywający do obcego kontynentu, aby wybawić tubylców przed ich własną głupotą).

Psy szczekające głosami hollywoodzkich gwiazd

Reżyser, jak to ma w swoim zwyczaju, zaangażował istną plejadę gwiazd. Głosom bohaterów użyczyli Bryan Cranston, Edward Norton, Bill Murray, Jeff Goldblum, F. Murray Abraham, Frances McDomand, Harvey Keitel, Tilda Swinton, Scarlett Johansson, Greta Gerwig, Ken Watanabe, Yoko Ono i wiele więcej. Grają oni w sposób charakterystyczny dla filmów Andersona – większość z nich jest powściągliwa, nie stara się przesadnie wcielić się postacie, każdy jest po prostu sobą. Tworzy to świetny kontrast między groteskową animacją, a grą aktorską. Zdecydowanie najmocniej bryluje Bryan Cranston jako Wódz – zarówno jako aktor, jak i postać. Ze wszystkich bohaterów jest najbardziej rozbudowany, stopniowo go poznajemy, obserwujemy jak przechodzi pewną przemianę, buduje relacje z bohaterami, oraz wykazuje najwięcej emocji.

Humor jak w każdym filmie Andersona jest niezawodny. Po raz kolejny serwuje swoje charakterystyczne, sarkastyczne poczucie humoru, często operujące grą słów, absurdami i czarnym humorze. Reżyser jak zwykle stworzył świetne, inteligentne dialogi, które nie nużą, pełne są ciekawych i jednocześnie zabawnych anegdot, przemyśleń i ironii.

Foto: Junkee

Podsumowanie

Wyspa psów od strony czysto formalnej jest największym osiągnięciem Wesa Andersona. Animacja ociera się wręcz o arcydzieło. Zachwyca zarówno realizacja, jak i artystyczne podejście reżysera do tworzenia obrazów, lokacji, projektów postaci i lokacji. Fabuła pełna jest zabawnych zwrotów akcji, interesujących wątków, zabawy narracją, jednak momentami brakowało umiaru, miejsca na złapanie oddechu, dzięki któremu film mógłby mocniej nas zaangażować. Wciąż, to kawał świetnego filmu, który każdy fan niezależnych animacji powinien obejrzeć.

Ocena: 8+/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *