„Hellboy” – Wszystkie grzechy króla piekieł

Wydaje mi się, że do nowego Hellboya podchodziłem zupełnie inaczej niż wszyscy wokoło. Powszechne niezadowolenie związanie z brakiem Rona Perlmana i remakiem małej kulturowej świętości ­– nawet zatrważająco niski wynik na Rotten Tomatoes – niespecjalnie mnie raziło. Dodatkowo, nie jestem zagorzałym zwolennikiem wizji del Toro. Ba, do czasu uważałem, że każdy przejaw jego autorskiego stylu i przyzwyczajeń jest każdym pojedynczym problemem tejże dylogii; do czasu aż usiadłem w kinowym fotelu na seansie piekła Marshalla.

Wszystko bowiem, czego oczekiwałem po nowej ekranizacji komiksu Mike’a Mignoli jest ściśle związane ze wszystkim, czego nikt nie po nim nie oczekiwał, mając w świadomości zakorzenioną stylową baśń z Perlmanem w roli głównej. Mamy piekielnego chłopca przywołanego przez Rasputina na zlecenie nazistów – i wychodząc z tego konceptu zaczyna się mój największy problem z filmami del Toro. Kameralna atmosfera, nieudolnie budujący ciężar emocjonalny wątek romantyczny i nieodłączne dla opowieści o nieludziach w świecie ludzi rozważania nad emancypacją, tolerancją i istotą człowieczeństwa. Było, znamy, nie lubimy. Wyjście z tak absurdalnych założeń fabularnych nie zostawia wiele miejsca na warstwę dramatyczną, z pomocą której Meksykanin namiętnie rozbijał tempo oryginału.

W tym miejscu, w rytmie Smoke on the Water, wchodzi nowy Hellboy o twarzy Davida Harboura (Stranger Things). Klimat Dooma, już w zwiastunie tona kiczowatej ekspozycji oraz piekielne monstra sprowadzające apokalipsę na Londyn. Krew, one-linery i, jak się mogło wydawać, bezpretensjonalna samoświadomość kina klasy B. Bez najmniejszych wątpliwości miałem rację, mogło się wydawać.

Hellboy Neila Marshalla to bowiem kilka filmów w jednym, całkowicie niespójnych i bardzo nieudanych filmów. Znajdujemy tu pomosty do oryginału z 2008 roku, kapkę oryginalności w spotkaniu z Babą Jagą w kipiącej gęstą atmosferą grimmowskiej baśni scenie oraz nieustanną eskalację niewysmakowanej przemocy na modłę ostatnich tworów naszego rodaka, Patryka Vegi. Kwestia właśnie tej brutalności jest bodaj najczęściej podnoszona w jednoznacznej krytyce filmu, co znajduje pełne uzasadnienie zwłaszcza w zestawieniu z filmami del Toro, który cechuje się intencjonalnym i bardzo przemyślanym użyciem tejże przemocy. Mało by powiedzieć, że Marshallowi do tego podejścia daleko. Nietrafionym by również był zarzut, że krwawy festiwal nie pasowałby do Wielkiego Czerwonego Piekielnego Chłopca. Nie, nawet nie chodzi o CGI (trochę chodzi). Czołowym problemem są fałszywe obietnice. Jak już wspominałem, doskwiera mu ogromnie brak konceptualnej spójności, jednak odcinając się od elementów zrodzonych w zderzeniu autorskich aspiracji, scenariuszowych „oczek” do del Toro a wizji producenta, i myśląc o nim jako o dwugodzinnej przygodzie łowcy potworów trapionego ojcowskimi problemami to wciąż, od pierwszej sceny wkroczenia chłopca z piekieł my, widzowie, wkraczamy razem z nim na równie pochyłą.

Bowiem to, co w pierwszych scenach wydawało się niezbędnikiem filmu tej klasy, przeradza się w pełne patosu umieszczanie bohatera, który sam siebie nie jest w stanie brać na poważnie, na równi z herosami anglosaskich legend. To, co zapowiada budowanie postaci po znanych tropach kina noir i wszystkich filmów z Jasonem Stathamem, okazuje się odejść w zapomnienie i zostawić w nim z całego konstruktu nie więcej, niż przywarę „tego twardziela od brudnej roboty”. Mało powiedzieć, że w takim bałaganie ciężko się połapać. W którymś momencie nie wiemy już, na jakiego Hellboya patrzymy. Czy na popłuczyny po pomyśle del Toro i zasługującą na odrobinę intymności relację ojciec-syn, czy może na heroiczny mit o przeznaczeniu i istocie człowieczeństwa dzierżącego moc podejmowania tych jedynych właściwych, altruistycznych wyborów. Czy też na cokolwiek, co zagubiony pod charakteryzacją Harbour próbował z roli wycisnąć, unikając przetartych szlaków Perlmana i trafiając w zaułek bezpłciowości postaci stłamszonej przez scenarzystę, w natłoku nie najgorzej prosperujących (i przyzwoicie odegranych) postaci drugoplanowych.

Słówko o nich – Milli Jovovich przypada w udziale jakże leniwie napisana rola Pani Zemsty, której motywacje są chodzącym banałem, a plany wobec świata czymże innym, niż masową eksterminacją. Niewątpliwie jednak, choć ozdobiona pępkowym dekoltem, niezwykle zręcznie kieruje swoją bohaterkę na drogę przebiegłej w manipulacjach femme fatale, tworząc postać żałośnie kliszową, ale z połyskującą powłoką charyzmy. U boku Harboura imponuje również dwójka aktorów całkowicie nieistotnych z punktu widzenia fabuły, ale z jakże obficie wygospodarowanym czasem ekranowym. Daniel Dae Kim w roli porucznika-kotołaka staje w mocnej kontrze charakterów do tytułowego zawadiaki, zapewniając kilka przyzwoitych przepychanek słownych. Sasha Lane (znana z American Honey) próbuje jak może nadać minimum znaczenia roli swojej dawnej przyjaciółki Hellboya, telepatki Alice, co skutecznie uniemożliwia jej scenariusz. Najgorzej w całym zestawieniu wypada jednak sytuacja Iana McShane’a, którego wątek problemów z przyszywanym piekielnym synem, przez dwie godziny ląduje na boku, by w finale grać o najwyższą stawkę, będąc utożsamionym z wszelkimi wewnętrznymi rozterkami czerwonego mięśniaka.

Ciężko w nowym Hellboyu szukać pozytywów, ciężko nie poczuć się oszukanym, skatowanym przez dwugodzinną symfonię przemocy, by potencjalnie najbardziej satysfakcjonującą finalną rozwałkę obejrzeć z najtańszej części płyty koncertowej, do której nie docierają żadne emocje, bo cała stawka filmu gra na zupełnie innym festiwalu. Ciężko nie zaśmiać się w goryczy, zdając sobie sprawę, że najlepiej zainscenizowana sekwencja walki (której namiastkę widzieliśmy w zwiastunach) odbywa się całkowicie poza linią narracyjną, nie oferując przez to minimum emocjonalnego ciężaru. Będąc możliwie odległy od oryginału z 2008 roku, miał oferować nieskrępowaną rozrywkę, z której czerpania frajdy wtedy zabrakło. Przegiął całkowicie w drugą stronę, wykazując niezrozumienie konwencji i zasad budujących eskapistyczne, rozpatrywane w kategoriach guilty pleasure, kino gatunkowe. Hellboy Neila Marshala zawiesił poprzeczkę uczciwie nisko, by przy samym rozbiegu zorientować się, że gra przecież w curling.

Ocena: 3/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *