„Wędrująca Ziemia” – Pojutrze, w Dzień Niepodległości w 2012, nastanie Armagedon

dnia

Nie jesteśmy jeszcze w połowie roku 2019, a światowy box office już został parokrotnie zatrzęsiony przez wielkie blockbustery. Pierwszą dwójkę wiodą (jak zwykle) produkcje Marvela, czyli Avengers: Koniec gry i Kapitan Marvel. Intrygujące jest jednak miejsce trzecie, które nie przypadło żadnemu hollywoodzkiemu blockbusterowi, tylko chińskiej megaprodukcji – Wędrującej Ziemi.

Kiedy mówimy o kinie rozrywkowym, a szczególnie widowisku z ogromnym budżetem, zawsze myślimy o hollywoodzkich produkcjach. W końcu amerykański rynek filmowy dysponuje najlepszymi środkami do rozbuchanych filmów z gatunku science fiction lub fantasy. Jednak na przestrzeni ostatniej dekady doszło do dużych zmian w Państwie Środka. Chiny otworzyły się na zagraniczne kino, ich rodzimy rynek filmowy zaczął się intensywnie rozwijać i sami tworzą filmy niewiele ustępujące megaprodukcjom z Hollywood.

Powstawały koprodukcje amerykańsko-chińskie pokroju Wielkiego Muru albo The Meg oraz chińskie hity, takie jak: Mermaid, Monster Hunt, Monkey King czy właśnie Wędrująca Ziemia. Omawiany film jest jedną z największych sensacji, jeśli chodzi o chińskie kino popularne. Nie doczekał się szerszej dystrybucji za granicą, ale już w samych Chinach zarobił aż 700 mln dolarów, zostawiając daleko za sobą amerykańskie produkcje pokroju Jak wytresować smoka 3 (516 mln) czy Alita: Battle Angel (404 mln).

Foto: News on Netflix

Netflix przyszłością dla dystrybucji nie-amerykańskich blockbusterów

Z dystrybucją takich filmów jak Wędrująca Ziemia nie jest łatwo. Z jednej strony jest to kino rozrywkowe, skierowane do masowej publiki, ale z drugiej sama egzotyka filmu zniechęci większość widzów. Nie opłaca się wpuszczać do multipleksów, ale też jest to za mało „poważna” produkcja na kina studyjne. Na szczęście z pomocą wkracza Netflix, który nie pierwszy już raz dystrybuuje azjatyckie kino rozrywkowe (wcześniej był np. Miecz Nieśmiertelnego, Okja).

Jest to adaptacja książki o tym samym tytule autorstwa bardzo cenionego, chińskiego pisarza science fiction, Liu Cixin. Założenie fabularne jest zarówno absurdalne, jak i interesujące. Akcja ma miejsce w dalekiej przyszłości, w świecie chylącym się ku zagładzie z powodu umierającego słońca. W Hollywood oglądaliśmy, jak Ziemianie lecą uratować gwiazdę albo ewakuują ludzkość na wielkich statkach kosmicznych. Tutaj oglądamy coś jeszcze innego: ludzkość wybudowała na całym globie ogromne silniki, które mają pomóc przetransportować planetę na obcy, bezpieczny układ słoneczny. Cała podróż ma trwać aż 2500 lat.

Głównymi bohaterami jest chińska rodzina – samotny ojciec Jiayin Lei wyruszył z kosmiczną misją, zostawiając małego synka Liu Qi pod opiekę dziadka. Akcja przeskakuje o kilkanaście lat, syn dorósł, po drodze rodzina powiększyła się o adoptowaną córkę, Han Duoduo. Jak to w filmach science fiction tego nurtu bywa, coś musiało pójść nie tak. Ziemia wypadła z orbity, lecąc w stronę Jowisza. Ojciec, ale też jego dzieci znajdą się w samym środku wielkiej afery i każdy z nich będzie miał do odegrania ważną rolę w ratowaniu ludzkości.

Foto: galla.seelenfluegel.info

Piękne widowisko

Wędrująca Ziemia jest ciekawym filmem. Bynajmniej nie jeśli chodzi o treść, ale o samo zjawisko. Chiny od dobrych kilku lat starają się stworzyć własne blockbustery. Jeżeli spojrzymy na ostatnie próby w postaci Monkey King czy Mermaid, trudno nie powstrzymać uśmiechu politowania. Chińczykom przez długi czas brakowało nie tylko budżetu, ale także doświadczenia w kwestii efektów specjalnych, w rezultacie czego powstała masa kiczowatych, żałośnie wyglądających filmów z efektami na poziomie produkcji telewizyjnej. Na szczęście to się zmieniło przy Wędrującej Ziemi.

Film w zamyśle miał być spektaklem i to zdecydowanie dostarcza. To zasługa nie tylko dopieszczonego CGI, ale przede wszystkim ręki reżysera i całej ekipy odpowiedzialnej za design. Wykorzystano tu chyba wszelkie montażowe i operatorskie triki w budowaniu rozmachu. Kamera wykonuje najróżniejsze najazdy, piękne ujęcia plenerowe, każda lokacja posiada swoją charakterystyczną paletę barw. Wszelkie technologie, jak pojazdy, skafandry czy pomieszczenia wyglądają nie tylko stylowo, kreatywnie, ale też praktycznie. Zadbano o masę szczegółów jak chociażby o sposób komunikacji przedstawicieli różnej narodowości. Jesteśmy w stanie uwierzyć w ten świat, zainteresować się nim. Wszystko to dopełnione wrażliwością Azjatów do obrazów, której trudno szukać w Hollywood. To nie tylko festiwal wybuchów, ale też dopracowanych, wręcz poetyckich zdjęć i pięknie dobranych kolorów. Przestrzeń kosmiczna od czasu Nolana nie była równie urzekająca.

Sajgon amerykańskich filmów science fiction

Cały film pod względem scenariusza, kreacji świata i scen akcji jest kompilacją niemal każdego filmu science fiction z motywem kosmosu z ostatnich 20 lat. Mamy masową emigrację Ziemian, którym grozi zagłada (Pasażerowie), survival w przestrzeni kosmicznej (Grawitacja, Marsjanin), dramat ojca, który musi opuścić rodzinę dla kosmicznej wyprawy (Interstellar), sztuczną inteligencję w roli antagonisty (Wall-E i naturalnie Odyseja Kosmiczna). Najwięcej tutaj jednak rozbuchanych i kiczowatych blockbusterów z lat 90. w wykonaniu Rolanda Emmericha i Michaela Baya. Twórcy bawią się swoimi inspiracjami, dostarczając nam masę różnorodnych lokacji i scen akcji. Tu przechodzimy do postapo rodem z Pojutrze, tam pompatycznych przemówień niczym z Dnia Niepodległości, astronautów ratujących Ziemię à la Armagedon itd.

Mamy do czynienia z dokładnie tym samym poziomem widowiska, ale też zbieraniną klisz, stereotypów, absurdów i przede wszystkim patosu. To kolejny festiwal destrukcji cywilizacji, astronautów poświęcających życie dla ratowania świata i patetycznych przemów o nadziei i przetrwaniu. Spotęgowane to jest jeszcze chińską mentalnością, pełną rozpłakanych twarzy dramatycznie wykrzykujących hasła. Historia, podobnie jak w tamtych produkcjach, jest banalna. Bohaterowie cały czas tylko przemierzają z punktu A do punktu B, nosząc ze sobą jakiś McGuffin. Parę zwrotów akcji też się znajdzie, ale to kolejne kalki z wymienionych filmów.

Foto: io9 – Gizmodo

Puste widowisko

Twórcy Wędrującej Ziemi powielają masę amerykańskich blockbusterów, ale zapomnieli o jednym – bohaterach. Wspomniałem, że jest to historia rodziny – niestety tylko powierzchownie. Otrzymujemy po prostu bandę bezbarwnych postaci, po których nie widać relacji i którzy szybko „zlewają się” z całą resztą. Co minutę nasza kompania powiększa się o kolejnych astronautów, inżynierów i naukowców, ale żaden z nich nie dysponuje nawet cieniem charakteru. To sztuczny tłum, w połowie złożony z ludzi, których nawet nie poznajemy imion. Jeżeli ktokolwiek się wyróżnia, to tylko dlatego, że jest stereotypem, który powinien umrzeć już w latach 90. Zbuntowany syn obrażony na ojca, para naukowców-nerdów, comic relief, twardzi żołnierze – to charakterologia najbardziej złożonych bohaterów z całego filmu.

Nikt nie posiada tu jakiegokolwiek story arcu, żadna postać nie zmienia się w trakcie seansu. Wszyscy kończą dokładnie w tym samym punkcie, w którym zaczynali. Roland Emmerich stworzył masę złych filmów, ale nawet w takim Dniu Niepodległości był ten jeden Will Smith, który przyciągał nas swoją charyzmą. Tutaj nie ma absolutnie nikogo takiego. Mamy tylko tłum ludzi grających na jednej nucie, których dialogi składają się wyłącznie z ekspozycji i ckliwych monologów. Na nikim nam nie zależy, z nikim nie możemy poczuć jakiejkolwiek więzi. Nieważne, jak dobre efekty by nie były, ile scen akcji otrzymujemy, bez ciekawych bohaterów czy angażującej historii seans z czasem robi się nudny.

Podsumowanie

Wędrująca Ziemia jest ciekawszym zjawiskiem, aniżeli filmem. Pokazuje, na jakim etapie są Chińczycy w tworzeniu kinowego widowiska; jest ślicznym spektaklem, który nie wzbudza żadnych emocji. Wyszedł z tego średniak, w sam raz do niesławnej biblioteki filmów Netflixa.

Ocena: 5/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *