„Vox Lux” – Narodziny gwiazdy

Popkultura lubi mówić o samej sobie – to żadne odkrycie. Hollywood kocha filmy o sobie samych (via – co pokolenie, to nowe Narodziny Gwiazdy), na scenie hip-hopowej od lat wojują raperzy nawijający o luksusach życia gwiazdy, od niemal dwóch dekad wieczorne talk-show z gwiazdami wyrastają jak grzyby po deszczu. Życie celebryckie podbiło naszą wyobraźnię, a media – także społecznościowe – nie pozwalają nam od niego odpocząć. Nie długo jednak zajęło, żebyśmy zagłębiając się w życie gwiazd, odkryli jego drugą stronę medalu – brudną, niemoralną, spaczoną nałogami i obusieczną eksploatacją zarówno wizerunku artysty, jak i samego odbiorcy. A w to wszystko, spóźniony na przyjęcie rozkręcające się na przełomie mileniów, wchodzi Brady Corbet. Jakkolwiek niepunktualność nie byłaby faux pas, tak zdecydowanie – może być stylowa.

Jego film bowiem opowiada historię prostą – młodziutka Celeste staje się poszkodowaną w szkolnej strzelaninie. W powrocie do zdrowia i wyjściu z traumy pomaga jej umuzykalniona siostra, wraz z którą piszę piosenkę, przez którą przebija widmo traumy, dającej jej klucz do sukcesu i pomagającej stawić pierwszy krok w show-biznesie, gotowym wycisnąć z tragicznej przeszłości i wokalnego talentu nastolatki grube dolary.

FOTO: IMDB

Już od tego momentu, zawiązania fabuły, Corbet zaczyna eskalować swoją formalną i narracyjną alternatywnością. Napisy końcowe na początku filmu – okej, widzieliśmy to już w zeszłym roku u Gaspara Noego w Climaxie. Dla młodego reżysera jednak liczy się symbolika tego nie-już-tak-zaskakującego zabiegu. Napisy końcowe bowiem nie tyle kończą rozpoczynający film akt, co przypieczętowują metaforyczną śmierć bohaterki. Umiera postać niewinna i beztroska, rodzi się dziewczyna wpadająca w mordercze koło show-biznesu – przytłoczona traumą, która nie tylko dla Celeste stanie się punktem zapalnym kariery, co dla scenarzysty i reżysera – nieodłącznym wątkiem, którego śmiało będzie używał w korespondencji między prostą wymową filmu i jasnym komentarzem społecznym. Będzie mieszał zamachowcami w głowie bohaterki i widza, który przez niejasne przesłanki, na przestrzeni filmu może zwątpić w autorską wizję rzeczywistości życia gwiazd i ich miejsca w roztrzęsionym, sterroryzowanym społeczeństwie.

FOTO: IMDB

Amerykaninowi nie można zdecydowanie odmówić jednego – nie skrywa swoich pokładów ekstrawagancji na żadnym polu. Stosuje może i znane, powszechnie przyjęte, ba, trochę już odesłane do lamusa i utożsamiane z twórczym lenistwem, zabiegi. Świadomie, z poczuciem celu, buduje tak tożsamy z amerykańskim kinem globalny uniwersalizm. Na przestrzeni całego filmu bowiem towarzyszy nam dochodzący z offowego stołka narratorskiego głos Willema Dafoe. Coś, co można potraktować za amatorskie ułatwienie narracyjne, reżyser przekuwa we współgrającą z dramaturgią planów totalnych i agresywnych ujęć przestrzeni wielkomiejskich, ścieżkę interpretacyjną. Wchodząc w drugi akt, przypuszczający tryb, w którym owa narracja jest prowadzona, niespodziewanie budzi niepokój. Dafoe opowiada o postaci, która by mogła być, która by mogła coś osiągnąć. Główna bohaterka mogłaby się stoczyć, mogłaby być ideologicznym tłem dla zamachowców. Corbet nie chce odpuścić poczuciu, że jego historia dzieje się w wielkim nawiasie. Nawiasie przypuszczenia, ale też oczywistej pewności. Tworzy everymana celebryckiej kultury powszechnej. Jeśli nie Celeste, oczywiście znalazłaby się inna; też pełna traum gotowych stać się windą do sław, też utalentowana, kontrowersyjna i porywająca tłumy, a części konsumentów popkultury przypławiająca o estetyczne mdłości.

FOTO: IMDB

W produkcji tak rozdmuchanej trudno powiedzieć, że brakuje czegokolwiek. Ekranowy prym wiedzie przecież duet Natalie Portman i Jude Law. I jak rola troskliwego, ale i butnego managera gwiazdy stanowiącego figurę ojcowską dla sióstr Celeste i Eleanor (w tej roli zaczynająca u von Triera, rewelacyjna Stacy Martin) nie byłaby topornie napisana, tak opanowany, nieszarżujący w groteskę Brytyjczyk daje prawdziwy popis aktorskiego wyczucia. Portman z kolei na płaszczyźnie ekspresywnej idzie po dość znanych tropach – odgrywa całe spectrum serwowanych przez scenariusz emocji rzetelnie, ograniczając półśrodki do minimum. Na scenie jednak prawdziwie porywa widza – nie tylko piosenki producentki filmu, piosenkarki SIA brzmią w jej ustach na poziomie prawdziwej gwiazdy pop, co dopiero tutaj ekranowa charyzma aktorki wyprowadza ją przed szereg lyp-syncowej roli Maleka z zeszłorocznego Bohemian Rhapsody czy obytej już scenicznie Lady Gagi z Narodzin gwiazdy.

FOTO: IMDB

Jakkolwiek miałka treść czy barokowa forma może od Vox Lux odrzucać, tak można do stylu Corbet chcieć się przekonać. Tworzy on może i film przedziwny i płytki, ale w rozdmuchanej strukturze bezbłędnie korespondujący z własną historią. Pozornie banalny i szukający sam dla siebie ważnych tematów, oprawiający to wszystko w błyski reflektorów i bezbłędną choreografię. Targany sprzecznościami, spóźniony o dwie dekady Vox Lux sam ucieleśnia groteskę, nad którą w ramach własnej struktury wydaje się mistrzowsko panować, ale niezależnie jak trywialny mógłby się wydawać, reżyser wydaje samemu się walczyć z własnym scenariuszem, odświeżając banał jak na Amerykanina przystało – znajdując dla tegoż banału miejsce w przestrzeni napięć społecznych XXI-wiecznego społeczeństwa.

Ocena: 7/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *