E jak… Erice – Subiektywny Alfabet Reżyserów

dnia

Tekst ten jest częścią dłuższej serii artykułów, w której w subiektywny sposób przybliżam życie i twórczość cenionych przeze mnie twórców filmowych. Odnośniki do pozostałych odcinków znajdziecie tutaj.

Dziś ponowna, krótka, ale owocna podróż na Półwysep Iberyjski. Hiszpański reżyser, którego dziś bierzemy na warsztat kręcił filmy z częstotliwością wczesnego Terrence’a Malicka. Do dziś poprzestał na trzech pełnych metrażach, na nasze nieszczęście, bądź szczęście. W przeciwieństwie do wspomnianego Amerykanina, na starość nie uraczył nas nowymi, podobnie budzącymi spore obiekcje wytworami i pewnie już zostanie zapamiętany jako reżyser trzech arcydzieł, a także aktywna prezencja festiwalowa.

Víctor Erice

Urodził się na ziemi Basków 30 czerwca roku 1940, w dwa dni po przekroczeniu granicy hiszpańskiej przez wojska III Rzeszy. Widmo wojny, tak domowej jak światowej, rzucało cień nawet na spokojne dzieciństwo w niedużym wtedy kurorcie San Sebastián. Najbardziej zapamiętał z tego okresu ulubiony, kolektywny eskapizm mieszkańców miasteczka – kino. Olbrzymi pałac Gran Kursaal – w latach 20. dekadenckie kasyno, do czasu wprowadzenia zakazu hazardu, następnie gigantyczna, teatralna sala projekcyjna z miejscami na 800 osób, by w latach 50. przekształcić się w centrum festiwalowe MFF w San Sebastián, którym jest po dziś dzień.

Komu bije dzwon

W wieku sześciu lat, młody Víctor wraz z siostrą udał się do tego wielkiego kina na swój pierwszy seans. Był to jeden z filmów o Sherlocku Holmesie wytwórni Universal. Oczywiście z hiszpańskim dubbingiem i dla widowni, która nic o książkach Doyle’a nie wiedziała, a traktowała rzecz jako po prostu kolejny straszak, będący odskocznią od frankistowskiej rzeczywistości za oknem.

La Morte Rouge // Foto: Wonders in the dark

Chłopca, kompletnie nieodróżniającego rzeczywistości od ekranowej fikcji, przeraziły sugestywnie ukazane zbrodnie przebranego za listonosza mordercy ze szkarłatnym szponem, a obojętne reakcje widzów na śmierć może nawet bardziej. Potem przez długi czas, mały Erice miał koszmary o duchach, jego siostra regularnie straszyła go demonicznymi listonoszami, w nocy nawiedzały go złowieszcze dźwięki dzwonów i fortepianu, na którym miała grać bezsenna sąsiadka. Od tego momentu zaczęła się fascynacja przyszłego reżysera śmiertelnością, tą jedną tajemnicą, którą wszyscy dorośli znali, a nikt nie chciał mu jej zdradzić.

Szczegóły tego epizodu, reżyser opisał w krótkim dokumencie La Morte Rouge z 2006.

Duch roju // Foto: SHOT ON 35

Opowieści niesamowite

Potem była przeprowadzka do Madrytu, studia tamże – Politologia, Prawo i w końcu Reżyseria Filmowa. Studia ukończone z wyróżnieniem, pierwsze projekty rozsyłane po festiwalach i w końcu pierwszy znaczący sukces w 1969 – Srebrna Muszla w San Sebastián za wspólny projekt Wyzwania, stworzony z dwoma innymi, byłymi studentami.

Ale to pierwszy, samodzielnie zrealizowany film pełnometrażowy zapisał się miodowymi zgłoskami w historii kina światowego. Z początku planowany jako komercyjny film grozy, projekt w krótkim czasie przerodził się w dzieło silnie autobiograficzne. Utrzymywana w estetyce realizmu magicznego opowieść inicjacyjna, pełna alegorycznych odwołań do sytuacji politycznej w Hiszpanii, była olbrzymim sukcesem. Główne nagrody w San Sebastián, Chicago i Turynie, zachwyty krytyków, wielokrotne wznawianie lata później i status jednego z najwybitniejszych osiągnięć kinematografii hiszpańskiej.

Duch roju // Foto: KVIFF

Mowa oczywiście o filmie Duch roju (1973). Jest to historia małej dziewczynki (Ana Torrent), wychowującej się na kastyliskiej prowincji w pokłosiu Wojny Domowej. Rodzina dość zamożna, ale na granicy rozbicia. Zdystansowany emocjonalnie ojciec zajmuje się pszczelarstwem, a jego dużo młodsza żona przenosi uczucia na listy do odległych kochanków. Największą atrakcją dla dziecka staje się objazdowe kino, dzięki któremu ma okazję obejrzeć Frankensteina z Borisem Karloffem.

Na skutek traumy bycia świadkiem ekranowej śmierci dziewczynki z rąk przerażającego potwora, w bohaterce rozwija się obsesja na punkcie tajemnic życia duszy. Zaczyna odwiedzać rzekomo nawiedzone miejsca, odgrywać wraz z siostrą przedziwne teatrzyki, ze śmiercią w roli głównej i malować usta własną krwią. Przełomowym momentem jest poznanie rannego, republikańskiego żołnierza, uciekającego przed frankistowską pomstą…

Duch roju // Foto: SHOT ON 35

Nie jednak fabuła jest najważniejsza, ta jest pozostawiona jako deser do wystawnej uczty, jaką jest ten impresyjny obraz dzieciństwa. Najprościej można to opisać tak: wyobraźcie sobie, że ktoś zawłaszczył wasze najwcześniejsze wspomnienia – skakanie przez ognisko, niebezpieczne zabawy na torach, wygłupy na łóżku, cokolwiek. Następnie zabrałby się do sprawy tak niesamowity autor zdjęć jak Luís Cuadrado, który wyostrzyłby te mgliste, wrażeniowe obrazy, zatrzymał je na dłuższy czas, niż pewnie zasługują. Poszerzyłby perspektywę, wzbogacił niespotykanym malowaniem światłem, cierpliwie wyczekując złotych godzin, a całość skąpał w barwach o miodowych tonacjach. Jeszcze weźmy sobie bezkresne horyzonty pól środkowej Hiszpanii i może otrzymamy coś trochę podobnego do kadrów z Ducha roju. Człowiek osiągnął tak ponadludzką wizjonerię, że aż zaczął ślepnąć pod koniec zdjęć. W sześć lat później popełnił samobójstwo.

Niesamowita strona wizualna, opatrzona szczególnie wrażliwym spojrzeniem na świat wewnętrzny dziecka i przemycanymi niemal niepostrzeżenie, dla dziewczynki niezrozumiałymi, kontekstami politycznymi. Bogata symbolika – ciężko pracujące pszczoły, wizualne leitmotivy plastrów miodu, anatomiczne składanie Don Jose, muzykalny zegarek – prawdziwa skarbnica potencjalnych znaczeń, których widz nawet nie musi prawidłowo odczytać, by zachwycać się sugestywnością dzieła.

Duch roju // Foto: The Urchin Movement

To oznaki prawdziwego ekranowego poety, które wielokrotnie naśladowano – od bardzo podobnego tematycznie Nakarmić kruki Saury, zresztą z udziałem tej samej głównej aktorki, po Labirynt fauna del Toro. Podobne problemy, podobne poetyki, ale jednak unikalnych emocji jakie wywołuje Erice, nie da się zreplikować 1:1. To musicie przeżyć.

Dojrzeć do dzieciństwa

Trzeba było dziesięciu lat realizacji reklam i innej chałtury dla telewizji, by Erice mógł w końcu stworzyć kolejny prawdziwy film. Choć i to może budzić wątpliwości, bo zakończenie zdjęć wymuszono przed czasem, ze względów finansowych i z czterystustronicowego scenariusza ostatecznie zrealizowano 90 minut filmu. Pozbawiono w ten sposób historii całego, planowanego, wieńczącego aktu. Nie przeszkodziło to w wysłaniu filmu na wiele festiwali, jego walce w Konkursie Głównym Cannes i zdobyciu nagród w Chicago, Bordeaux i Sao Paulo. Do dziś, pomimo jego nieukończonego charakteru, Południe (1983) uważa się za arcydzieło. W takiej formie, w jakiej jest.

Południe // Entertainment.ie

Adaptując powieść Adelaidy Garcíi Morales (prywatnie jego długoletniej żony), Erice ponownie zmierzył się z tematami dzieciństwa, dojrzewania. Tym razem nieco starsza dziewczyna (Icíar Bollaín, później nagradzana reżyserka), mieszkająca gdzieś na północy Hiszpanii. Zimny, wyjałowiony krajobraz późnej jesieni oraz podobna atmosfera w domu, skłania bohaterkę do ucieczki w świat marzeń, o magicznym Południu. Stamtąd wywodzi się jej ojciec, badacz o niezwykłych, chyba czarodziejskich zdolnościach, rodem z opowiadań Schulza. Skrywa on także jakieś niewysłowione tajemnice. Nierozstrzygnięty spór z własnym ojcem, o podobnie silnym charakterze i przekonaniach? Niespełniona miłość do aktorki filmowej?

Film w fascynujący sposób przedstawia kształtowanie się charakteru młodej dziewczyny, nabywanie przez nią narzędzi do odczytania otaczającego ją świata, rozumienia uczuć własnych oraz innych ludzi. Historia jest tu bardziej skupiona niż w Duchu roju, powoli, ale regularnie odkrywając przed nami kolejne swoje tajemnice. Dzięki temu jest też bardziej angażująca, stale zmuszając nas do zgadywania, co kryje się w słowach, spojrzeniach bohaterów, czy licznych elipsach narracyjnych.

Południe // Foto: MUBI

Strona wizualna również nie ustępuje w niczym poprzedniemu filmowi Víctora. Tym razem dominują barwy chłodniejsze, stonowane, budzące w nas tęsknotę za słoneczną Sewillą ze zdjęć ojca bohaterki. Duża rola światłocienia, z kadrami bezpośrednio cytującymi obrazy Vermeera. Fenomenalne, wewnętrznie harmonijne długie ujęcia.

Składa się to na oszałamiający i zupełnie nieodtwórczy obraz. Rodzi się tylko pytanie – jak wyglądałby ten film, gdyby został dokończony? Historia kończy się zapowiedzą podróży bohaterki na mityczne Południe. Czy producent miał rację twierdząc, że drugie tyle czasu trwania, z zupełnie innym tonem, otoczeniem, byłoby zbyt dużym kontrastem? Czy to materiał na drugi, odrębny film? Czy istnieje potrzeba w ogóle coś dopowiadać do tej historii, nawet jeśli formalnie jest niedokończona? Tego prawdopodobnie nie dowiemy się nigdy. Jedno jest pewne – Południe to kolejna perła Erice’a i lektura obowiązkowa dla każdego, kto miał dzieciństwo i uczucia, a jeszcze o nich nie zapomniał.

Południe // Foto: Coral Gables Art Cinema

Olej na płótnie

Dziewięć lat, kilka niezrealizowanych adaptacji Borgesa i Morales, dydaktycznych dokumentów o artystach. Tyle musiało minąć do następnego, jak dotąd ostatniego, pełnometrażowego filmu Erice’a. Skutkiem było, moim zdaniem, jego najgenialniejsze dzieło – Słońce pośród liści pigwy z 1992.

Wiem jak mało zachęcający może być opis filmu, w którym stoicki staruszek przez dwie i pół godziny próbuje namalować obraz. Ale zanim przestaniecie czytać, trochę cierpliwości. Bo cierpliwości zdecydowanie nie brakuje podmiotowi tego kontemplacyjnego dokumentu. Jest nim Antonio López García, bardzo znany i szanowany, współczesny malarz realistyczny.

Słońce pośród liści pigwy // Foto: Cinefília Sant Miquel

Realistyczny w bardzo restrykcyjnym tego słowa znaczeniu. Żyjąc w świecie sztuki po tylu awangardach, w realiach tak bardzo pomieszanych porządków postmodernizmu, po zdecydowanym wyparciu mimetycznego malarstwa przez fotografię, ten człowiek wciąż odnajduje wartość w precyzyjnych pociągnięciach pędzla. Każda plama drobiazgowo dobranej i wymieszanej farby, musi jak najsilniej oddawać rzeczywisty obiekt. Każdy centymetr przestrzeni musi ulec matematycznie dokładnemu przeskalowaniu. I, co najważniejsze, artysta nie ma prawa przenigdy zmienić perspektywy patrzenia…

W otwierającej, piętnastominutowej, pozbawionej dialogów sekwencji, obserwujemy przygotowania malarza do pracy. Samodzielne konstruowanie sztalugi, rysownicy, wymierzanie płótna. Przedmiot obrazu jest już wybrany – własnoręcznie zasadzone, dojrzewające wczesną jesienią drzewo pigwy. Teraz trzeba tylko wyznaczyć przestrzeń, z której będziemy oglądać obiekt. Tworzy dlań syntetyczną ramę, ograniczającą linię wzroku, a miejsce, z którego nawet o milimetr nie ruszy stóp podczas malowania, wyznacza gwoździami. Naznacza pozycję istotnych detali białą farbą – jeśli np. w ciągu kilku dni, jeden z liści bądź owoców lekko się obniży, trzeba to będzie skorygować na obrazie. Precyzja i dyscyplina pracy ponad wszystko.

Słońce pośród liści pigwy // Foto: desistfilm

Oglądamy ten obsesyjny proces replikowania stanu drzewa, a potem także nieudaną próbę oddania wpadających promieni słonecznych, na przestrzeni trzech miesięcy. W międzyczasie, życie toczy się dookoła. Dom Antonia remontują polscy robotnicy, uczący się hiszpańskiego. Żona w swojej przestrzeni, zajmuje się własnym wzornictwem artystycznym. Do domu przychodzą starzy przyjaciele, przywołujący z malarzem wspomnienia z uczelni i żywo dyskutujący o sztuce. Dociekliwi studenci z Dalekiego Wschodu, bombardujący artystę pytaniami. Radio zapowiadające nieuchronny konflikt w Zatoce Perskiej. Powolny, łagodnie pulsujący rytm życia przedmieść Madrytu. Nagłe wahania pogodowe, nawałnica. A potem znów artysta i jego niekończący się proces. Czy życie jest gdzie indziej?

Słowo proces jest w tym przypadku kluczowe. Oglądamy stały, precyzyjnie przemyślany, proces tworzenia obrazu, zakorzeniony w mikrokosmosie stałej idei artysty. Jednak natura, przedmiot obrazu, za nic nie podda się temu procesowi. Żyje własnym, wiecznym procesem narodzin i rozkładu. Sam artysta, choć nie do końca zdaje sobie z tego na początku sprawę, też jest w ów proces uwikłany. Starzeje się i musi przyjąć do wiadomości, że nie osiągnie wszystkiego, co sobie wymarzył. Rodzi to kolejne pytania – kiedy artysta może powiedzieć „dość”? Kiedy jego misja, jego proces może zostać uznany za skończony? Co miał na myśli Michał Anioł, umieszczając swój autoportret w „Sądzie Ostatecznym” – dyskutują bohaterowie.

Słońce pośród liści pigwy // Foto: MoMA

Jest jeszcze jeden istotny proces, proces odkrywania. Nieuchronnie związany z twórczym, nawet w przypadku tak „usystematyzowanego” malarza jak Antonio. Przede wszystkim to Erice, reżyser odkrywa go na własny sposób, a potem misternie obnaża go przed widzem. Każda pojedyncza scena mówi nam coś nowego na temat tej postaci, rzuca światło na inny aspekt jego temperamentu, metody, otoczenia, aż po stosunek do śmiertelności. Pomysły w rodzaju kręcenia z perspektywy przedmiotu obrazu, pozostając na linii wzroku Lópeza są dowodem geniuszu autora zdjęć, Javiera Aguirresarobe’a (potem współpracownik Almodóvara, Allena czy Amenábara).

Słońce pośród liści pigwy to może być najlepszy film o artyście, jaki będzie dane wam obejrzeć w całym życiu. Zróbcie sobie tę przysługę, i poświęćcie czas na jedno z najciekawszych dzieł o zderzeniu nieśmiertelnej idei piękna z efemeryczną naturą.

Słońce pośród liści pigwy // Foto: Hipócrita lectora

Dopiero się rozkręca, prawda?

Więc film o facecie malującym drzewo zdobywa Nagrodę Jury oraz Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych na Cannes w 1993. Znowu jednogłośne zachwyty krytyków, choć już nie tak nośne do dziś. Z trzech filmów Erice’a, o tym najmniej się pamięta i najrzadziej wznawia. Wielka szkoda, bo moim zdaniem jest to jego zdecydowane magnum opus.

Co jednak dalej w życiu wybitnego reżysera? Właściwie to niewiele. Co jakiś czas wpadnie mu jakaś krótkometrażówka, wspólny projekt, wystawa (jak ta z Abbasem Kiarostamim w latach 2005-2007). Zaprasza się go na festiwale do jury, ma wielu przyjaciół wśród reżyserów, nie mówi za wiele o planowanych projektach. Określa się go jako osobę introwertyczną, choć otwartą i z pasją opowiadającą o kinie.

Z najbardziej pamiętnych shortów można wymienić Lifeline ze zbioru nowel cenionych światowych reżyserów pt.: 10 minut później: Trąbka. Niesamowicie zrytmizowany montażowo obraz, może uchodzić za swoiste podsumowanie dotychczasowej twórczości Víctora. Wygrany na kluczowych dla niego opozycjach: dziecka i dorosłego, pokoju i wojny, życia i śmierci, przestrzeni otwartej i wyizolowanej – film zdaje się mówić sam za siebie.

Ile o nim napisano?

Mało, mało, muy poco. Jest jedna, anglojęzyczna monografia Lindy C. Ehrlich. Jak macie szczęście, to może znajdziecie ją chociaż online w waszej bibliotece uniwersyteckiej. Oprócz tego są niezłe eseje w internecie, oczywiście najwięcej hiszpańskojęzycznych. Moje umiejętności hiszpańskiego na razie ograniczają się do tego, co opanowałem w jeden semestr nauki, więc to też zawężało mój krąg poszukiwań, ale starałem się. Teksty tekstami – najważniejsze, to odkrywać twórcę na własną rękę, do czego zachęcam.

Ławka rezerwowych:

Siergiej Eisenstein, Ildikó Enyedi, Clint Eastwood, Jean Epstein, Blake Edwards, Gareth Edwards

One Comment Add yours

  1. kryst007 napisał(a):

    Do tej skromnej „ławki rezerwowych” mogłeś dopisać jeszcze Blake’a Edwardsa – jednego z największych pionerów amerykańskiej komedii. Myślę, że to nawet bardziej zasłużony Edwards dla kina, jak Gareth 🙂

    Co do Erice’a to przyznam, że bardzo mnie zaintrygowałeś tym twórcą. O „Duchu roju” to chyba wcześniej z raz przelotnie słyszałem, ale reszta to dla mnie nowość. Powinieneś prowadzić swój własny program w TV by jak największej ilości osób przybliżyć sylwetki mniej znanych w Polsce reżyserów 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *