Venom – Teatr jednego aktora

Venom już od pierwszych zapowiedzi wydawał się projektem niemożliwym do zrealizowania – konflikty z Marvelem w kwestii obecności Spider-Mana i powiązania z MCU, wielokrotnie zmieniająca się koncepcja w trakcie realizacji. Film ku zaskoczeniu wielu powstał, na dodatek z gwiazdorską obsadą, ale czy to oznacza że studio Sony podołało zadaniu?

Eddie Brock (Tom Hardy) jest dziennikarzem znanym ze swojej determinacji w ujawnieniu prawdy. Tropiąc spisek stojący za korporacją Life Foundation, trafia do laboratorium w którym zostaje zainfekowany pozaziemską formą życia, symbiontem imieniem Venom (również Tom Hardy). Teraz, będąc celem ataków złej organizacji dwójka bohaterów będzie musiała ze sobą współpracować, aby przetrwać.

Foto: WhatNext.pl

Brak symbiozy między artystami, a studiem

Historia zakulisowa filmu przywodzi na myśl Legion Samobójców, albo Niesamowitego Spider-Mana 2. Koncepcja ulegała drastycznym zmianom od czasu pierwszych zapowiedzi, aż do końca postprodukcji. Każda kolejna zapowiedź brzmiała kompletnie inaczej, zwiastuny wyglądały jakby pochodziły z różnych filmów. Wg oryginalnego założenia reżysera, Rubena Fleischera (twórca Zombieland i Gangster Squad) – Venom miał być kameralnym body horrorem skierowanym do starszych widzów skupiającym się na dramacie Eddiego Brocka. Po długich miesiącach, aż do pojawienia się ostatniego zwiastuna Venom niespodziewanie zamieniony został w blockbuster – wysokobudżetowe widowisko pełne akcji i humoru skierowane do szerszej widowni (z kategorią PG-13).

Reżyser, scenarzyści (których było aż 4) i producenci – każdy miał swoją, kompletnie odmienną wizję. Każdemu udało się część swoich pomysłów przełożyć na film, w wyniku czego powstał bajzel.

Foto: IMDb

Film o wszystkim i o niczym

Najpierw zapowiadano body horror w stylu Davida Cronenberga – to jest obecne w tym filmie. Później zapowiadano kino akcji typowe dla produkcji Marvela – to też jest obecne. Jakby tego było mało, mamy też historię miłosną, wątek antagonisty z kompleksem Boga, oraz buddy movie, komedię o dwóch życiowych nieudacznikach wpadających w różne tarapaty.

Tutaj co druga scena wygląda jakby pochodziła z innego filmu. Jeżeli spojrzeć na Venoma przez pryzmat losowo wybranych sekwencji – prezentuje się nieźle, gorzej jak spróbujesz połączyć to wszystko ze sobą. Co chwilę przeskakujemy od jednego tonu do drugiego. Raz śledzimy sceny rodem z body horroru, a chwilę później otrzymujemy slapstick w stylu komedii z Jimem Carreyem itd. Z jednej strony mamy typowy schemat superbohatera ratującego świat, a z drugiej strony ten sam bohater pożera ludziom głowy. Tworzy to dysonans, przez co trudno określić jaki jest styl Venoma i do kogo jest skierowany.

Film ma zepsuty pacing. Sceny wyglądają jakby zaczynały albo urywały się w połowie. Pierwsza połowa seansu wlecze się, wątki dramatyczne niepotrzebnie się dłużą, a kiedy Venom w końcu pojawia się w pełnej krasie, akcja gna na złamanie karku.

Foto: IMDb

Scenariuszowy koszmar

Fabuła większości filmów superbohaterskich do skomplikowanych nie należała. Historia Venoma jest nie tyle co prosta, co zwyczajnie prostacka. Masa wydarzeń dzieje się bez powodu, przypadkowo. Jakikolwiek związek przyczynowo-skutkowy nie istnieje.

Cały czas ustala pewne fakty i reguły, którym chwile później zaprzecza, albo je ignoruje. W jednej scenie jest powiedziane że symbiont połączyć się może tylko z tym jednym, jedynym organizmem (nie wiadomo na jakiej zasadzie), każda inna istota zostanie odrzucona i zabita – zaraz potem widzimy jak symbionty swobodnie, bez konsekwencji przenoszą się od ciała do ciała. Raz Venom oznajmia Eddiemu, że wie o nim wszystko, ale parę minut później pyta się kim jest postać grana przez Michelle Williams. Raz jest poruszone, że symbiont dopóki nie zostanie nakarmiony, będzie powoli konsumował swojego nosiciela, ale ten wątek zostaje szybko urwany i więcej nie wraca. Motywacje postaci są kompletnie niezrozumiałe, jakiekolwiek relacje biorą się absolutnie znikąd.

Scenariusz jest pełen dziur, nieścisłości i absurdów. Największym grzechem jednak jest brak treści. Nie ma tu jakiejkolwiek myśli przewodniej, przesłania, ani morału. Bohaterowie w ogóle się nie rozwijają, niczego się nie uczą. Jest parę tropów, które mogłyby stanowić jakieś fundamenty pod jakieś przesłanie, ale szybko zostają porzucone.

Poza tym jest masa stereotypów rodem z najgorszych filmów superbohaterskich sprzed 15-20 lat. Mamy tego banalnego pana-korporację granego przez Riz Ahmeda, złego symbionta-Riota chcącego zniszczyć świat, mdłą love interest graną przez Michelle Williams. Jedynym kto się wybija jest…

Tom Hardy

Angaż Toma Hardy’ego do takiego filmu jak Venom wywołał niemałe poruszenie. To podobny przypadek co Legend z 2015 roku – świetna, podwójna rola w nie do końca udanej produkcji.

Na Eddiego Brocka i Venoma w jego wykonaniu przyjemnie się patrzy. Koncept życiowego nieudacznika z pewnym (elastycznym) kręgosłupem moralnym i potwora-ludojada z kosmosu zamkniętych w jednym ciele jest intrygujący. Daje to mieszankę horroru pokroju Doktora Jekylla i Pana Hyde’a i komedii w stylu Maski. Relacja oparta jest na ciętej wymianie zdań, czarnym humorze, co jest naprawdę zabawne w oglądaniu.  Bohaterowie wzajemnie dogryzają sobie, jeden czuje się kompletnie zdezorientowany, a drugi manipuluje jego ciałem – co przypominać może Interkosmos z 1987. Inny aktor w takiej roli i w tak niewyważonym filmie, wypadł by okropnie. Tom Hardy jednak odnajduje się idealnie niezależnie od zmian tonu – czy ma być zabawnie, poważnie, czy strasznie. To wyjątkowo ekspresyjna rola, oparta mocno na improwizacji. Absurdalny scenariusz dodaje tylko więcej pretekstu do szalonych popisów. Od aktora nie można oderwać wzroku, ratuje praktycznie cały film, podnosząc go z kategorii „kiepskiego” do „guilty pleasure”.

Foto: IMDb

Warstwa realizacyjna również przywodzi na myśl produkcje sprzed 10-15 lat. Budżet wynosił 100 mln, ale odnoszę wrażenie, że spora część poszła na gażę dla aktorów. Efekty specjalne w wielu momentach niedomagają – komputerowe macki wyskakujące z ciała Eddiego, albo Riot, wyglądają jak efekt photoshopa. Widać brak motion capture do którego przyzwyczaiły nas porządne blockbustery. Ale są też i lepsze momenty. Dobrze prezentuje się sam Venom – jego komiksowy design, nieźle oddana faktura ciała oraz mimika. Podobnie jest z scenami akcji. Poza walką z oddziałem SWAT wyglądają kiepsko. Sekwencja pościgowa zamiast efektownie, wypada dosyć głupio, a finalne starcie dwóch symbiontów jest brzydkim, chaotycznym CGI festem na poziomie Transformers Michaela Baya.

Podsumowanie

Venom z góry był skazany na niepowodzenie. Film tworzony był w bólach, w pośpiechu i bez jakiegokolwiek porozumienia. W rezultacie wyszedł bajzel pełen idiotyzmów, absurdów, przestarzałych filmowych schematów i stereotypów. Jedyne co ratuje produkcję od kompletnej porażki, jest to co pokazują plakaty, czyli Tom Hardy i Venom. Finalnie wyszło z tego guilty pleasure. Film kiepski na poziomie scenariuszowym i technicznym, ale dostarczający sporo frajdy jeżeli tylko wyłączysz mózg.

Ocena: 5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *