„Upiorne opowieści po zmroku” – Opowieści z krypty

Guillermo del Toro, mimo Oscarów na koncie i współpracy z hollywoodzkimi gwiazdami, nie zapomina o swoich korzeniach. W Upiornych opowieściach po zmroku raz jeszcze wraca do czasów dzieciństwa, tworząc oldschoolowy horror hołdujący kino klasy B, kiczowate komiksy i młodzieżowe opowiadania.

Upiorne opowieści po zmroku są adaptacją bardzo popularnej w Stanach Zjednoczonych serii książek grozy skierowanej do nastolatków, swego czasu szokującą i kontrowersyjną ze względu na niespotykaną (jak na młodzieżową literaturę) liczbę szokujących opisów i ilustracji. Były to opowieści, które stały gdzieś pomiędzy pulpowymi i  epatującymi obrzydliwościami komiksami pokroju Opowieści z krypty lub Opowieści Makabryczne, a popularnymi w latach 90. seriami książek Gęsia skórka i Czy boisz się ciemności? Materiał w sam raz dla meksykańskiego artysty lubującego się w starych horrorach i baśniach pełnych groteskowych monstrów i surrealistycznych historii.

Fabuła przypominać może kino nowej przygody pokroju To albo Stranger Things, tyle że osadzoną w latach 60. Mieszkająca w niewielkiej mieścinie grupa nastolatków, dzieci z patologicznych rodzin i nerdów w noc Halloween wkracza do starego, opustoszałego domu. Tam znajdują nawiedzoną, samopiszącą się księgę. Opisuje ona tytułowe upiorne opowieści – dotyczące każdego z bohaterów i ich największych lęków. Każda z historii materializuje się w prawdziwym życiu, a nastolatkom przydarzają się straszliwe przygody.

Foto: KCCI.com

Proste opowieści w upiornie ładnej oprawie

Wstępny pomysł bardzo prosty, ale także zgrabnie łączący jedną, linearną historię z wątkami konceptowo przypominające nowele. Nie zmienia to jednak faktu, że scenariusz wypełniony jest kliszami znanymi z najróżniejszych horrorów z motywem klątwy. Mamy tradycyjne odkrywanie mrocznych sekretów, szukanie informacji w starych zapiskach, motyw mściwego ducha z tragiczną przeszłością itd. Del Toro jest co prawda bardzo świadomy schematów swojego filmu – co krok rzuca odniesieniami do klasyki kina grozy, wszystko hiperbolizuje, albo miesza z humorem. Szkoda jednak, że poza żonglowaniem znanymi tropami i cytatami nie idzie za tym nic więcej. Bohaterowie mają swoje małe, dramatyczne wątki – wynikające z problemów dorastania, czy czasów w których żyją – jednak do niczego one nie prowadzą. Brakuje wyrazistej myśli przewodniej, czegoś co mogłoby nadać całej historii głębi, co mieliśmy m.in. we wspomnianym To.

Guilermo del Toro, oraz reżyserowi – André Øvredal (twórcy Autopsji Jane Doe i Łowcy Trolli) bardziej od opowiadania poważnej i angażującej historii zależy na dostarczaniu rozrywki w horrorowym wydaniu. To film, który świetnie łączy w sobie zarówno młodszą publikę, jak i starych wyjadaczy kina grozy.

Warstwa audiowizualna prezentuje się wyśmienicie. Ameryka lat 60 pełna dobrej, rockowej muzyki, plakatów starych horrorów, kin samochodowych, czy archetypicznych liceów cieszy oko. Jeszcze ładniej wyglądają elementy horroru. Upiorna posiadłość rodem z twórczości Rogera Cormana, melancholijne pola kukurydzy z demonicznym strachem na wróble – wszystko jest pięknie wystylizowane i oddane z szacunkiem dla klasyki kina grozy. Twórcy także unikają współczesnego efekciarstwa sięgając po bardziej staroszkolne efekty specjalne. Ręcznie wykonane scenografie, potwory będące efektem pracy animatroniki i charakteryzacji – wszystko wygląda namacalnie, co pomaga w budowaniu klimatu starego horroru klasy B.

Foto: Antyradio.pl

Sprawnie opowiedziana (upiorna) historia

Najciekawiej jednak się robi, kiedy skupiamy się na upiornych opowieściach. Od tego momentu film zamienia się w roller coaster najróżniejszych, najdziwniejszych sekwencji grozy. Duet filmowców już nie raz udowodnił, że interesują ich mniej mainstreamowe, a bardziej bezwstydne sposoby straszenia. Zamiast nudnych opętań i klasycznych duchów otrzymujemy plejadę najbardziej groteskowych potworów, jak np. gnijące zwłoki kobiety poszukującej palca u stopy czy wiedźmę przypominającą białą wersję Buki z Muminków. Są to dziwolągi tak dosłowne i przerysowane, że idealnie wpisują się w konwencję młodzieżowego horroru, nie popadając przy tym w infantylność. Oglądanie ich przypomina rekonstrukcję sennego koszmaru dziecka, teoretycznie absurdalne i naiwne, ale na tyle dzikie, szalone i kreatywne, że autentycznie niepokojące.

Del Toro i Øvredal świetnie balansują na granicy kiczu, a autentycznej grozy – każda sekwencja z ich udziałem jest pomysłowo zaaranżowana i z dobrze zbudowanym suspensem. Czujemy beznadziejną sytuację w której znajdują się bohaterowie, nadchodzące niebezpieczeństwo. A jako, że młodzi aktorzy spisują się naprawdę dobrze, jesteśmy w stanie sympatyzować się z postaciami, dzięki czemu oglądanie ich konfrontacji z upiorami trzyma w napięciu. Mimo iż film utrzymany w pozornie łagodnej kategorii wiekowej PG-13, wielokrotnie bliski jest jej przekroczenia. Rozlewu krwi jako takiego nie ma, jednak wiele scen wciąż potrafi autentycznie zszokować i obrzydzić mocniej niż niejeden slasher.

 

Podsumowanie

Upiorne opowieści po zmroku są bardzo prostą, bezrefleksyjną i przyjemną rozrywką zarówno dla młodych widzów, jak i doświadczonych fanów starych horrorów. Film rzuca licznymi odniesieniami do klasyki kina grozy oraz dostarcza masę sekwencji graniczących pomiędzy kiczem a strachem. A na ładne zdjęcia, klimatyczną scenografię czy charakteryzację potworów ogląda się z wypiekami na twarzy. To dobra pozycja na wakacyjny seans, a jeszcze lepsza na  przyszły maraton Halloween.

Ocena: 7/10.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *