„Truposze nie umierają” – Zajarmuschowani na śmierć

W czasach, w których posthorrory zaczynają odnosić zarówno sukcesy krytyczne, jak i kasowe, musiał nastąpić ten moment, kiedy nawet twórcy kina arthousowego musieli przerzucić się na estetykę kina grozy. Jim Jarmusch już 6 lat temu odświeżył temat wampirów w swoim Tylko kochankowie przeżyją, teraz jego uwagę przykuły zombie.

Jim Jarmusch to bardzo specyficzny twórca, który przez blisko 40 lat trzyma się swojego stylu. Jego filmy łatwo określić złośliwie jako „hipsterskie” – wszystkie w większym lub mniejszym stopniu skupiały się na bardzo osobliwych jednostkach żyjących w nader osobliwych realiach. Bohaterami przeważnie są ludzie należący do inteligencji – filozofowie lub artyści zmęczeni swoją monotonną egzystencją, wszechobecną pustką, nihilizmem, śmiercią czy zwyczajną nudą w zdewastowanym świecie.

Fabuła zawsze jest znikoma, tempo ślimacze, ale seanse (przeważnie) uwodzą hollywoodzką obsadą, świetnie napisanymi dialogami pełnymi rozmów o sztuce, kondycji społecznej i czarnego humoru oraz fantastyczną oprawą audiowizualną. Co czyni styl Jima Jarmuscha kompletnie odmienny, ale też na swój sposób spójny z wizją filmów o zombie – bo w jakim innym świecie można doświadczyć egzystencjalnego znużenia, jak nie w świecie, w którym istnieją tylko bezmyślne, żywe trupy?

Foto: Detroit Metro Times

Jarmusch pozostaje Jarmuschem…

Naukowcy przewiercają bieguny co prowadzi do zmian obrotów Ziemi. Dnie stają się dłuższe, dochodzi do zaburzeń w faunie i florze, a nocą budzą się trupy do życia. Zombie panoszą się po mieście, pożerając zwyczajnych ludzi, a niektórzy z nich pragną dodatkowo napić się kawy, znaleźć wi-fi, albo wynieść ze sklepu najnowszy telewizor. Widok może groteskowy, ale – wg reżysera – bynajmniej nie daleki od fikcji. Żywe trupy są najzwyczajniej alegorią do nas samych, a konkretniej do naszego konsumpcjonizmu. Podążając ślepo za zaspokojeniem naszych błahych, materialnych potrzeb, zatracamy się, zapominamy o prawdziwych wartościach, przestajemy żyć i stajemy się niczym bezmyślne żywe trupy błąkające się po mieście. W tle przewija się też krytyka Ameryki za czasów polityki Trumpa pełnej fałszywych wiadomości, oraz nietolerancji na tle rasowym.

Ładnie to się rezonuje ze stylem Jarmuscha. Akcja filmu ma miejsce w klimatycznym, sennym miasteczku Centreville w którym czas stanął w miejscu, a mieszkająca w nim dwójka policjantów (Bill Murray i Adam Driver) jest tak znużona swoim życiem, że nawet widok zombie nie robi na nich wrażenia. Ludzie żywi, czy martwi – jakie to ma znaczenie – krajobraz i tak pozostaje podobny. Co prowadzi do najlepszego elementu komediowego filmu.

Bohaterowie niby walczą o przetrwanie, ale emocjonalnie pozostają obojętni na otaczające wydarzenia, nawet jeżeli wokół nich ludzie są rozszarpywani przez zombie. Tekst „To najstraszniejsza rzecz jaką w życiu widziałem” w ustach Murraya brzmi jak ziewnięcie, a wszelkie wskazówki i polecenia Drivera w walce z nieumarłymi są wypowiedziane niczym instrukcja składania szafki z IKEI. Trudno się lekko nie zaśmiać przy scenach dialogowych świetnie zagranej dwójki bohaterów. Trudno też nie zaśmiać się na widok postaci Tildy Swinton, w roli irlandzkiej pracowniczki zakładu pogrzebowego ubranej w kimono, która eliminuje samurajską kataną zastępy żywych trupów niczym Uma Thurman w Kill Billu. Jim Jarmusch dobrze wie jak bawić się kontrastem w celach humorystycznych.

… i składa sobie hołdy.

Truposze nie umierają posiadają w sobie wszelkie znamiona filmów omawianego reżysera. Nawet więcej, jest to niejako mały powrót Jarmuscha do korzeni. Obsada składa się niemal wyłącznie z artystów, z którymi współpracował – wspomniani już Adam Driver, Bill Murray i Tilda Swinton, ale też RZA, Tom Waits, Steve Buscemi i Iggy Pop. Film, mimo iż opowiada jedną historię, podzielony został na wiele, bardzo luźno powiązanych ze sobą wątków dotyczących innych mieszkańców Centreville, co przywodzi na myśl antologie pokroju Noc na Ziemi, lub Mystery Train. Pojawia się też masa drobnych, intertekstualnych odniesień do poprzednich filmów Jarmuscha: postać Iggy’ego Popa uzależniona jest od kawy (Kawa i papierosy), grupka przejezdnych hipsterów pochodzi z Cleveland (Truposz), bohater grany przez Adama Drivera nazywa się Peterson (Paterson), a Tilda Swinton wyznaje japońską filozofię (Ghost Dog: Droga Samuraja).

Foto: WP Film – Wirtualna Polska

Umierająca błyskotliwość

Poza wałkowaniem tych samych chwytów i aktorów, Truposze nie umierają nie oferują wiele więcej. Reżyser może i doskonale operuje swoim stylem, ale nie potrafi tak dobrze wyśmiewać i dekonstruować kina grozy. Wszelkie cytaty horrorów pokroju Nosferatu, Armii Ciemności, czy trylogii Żywych trupów są w tych czasach banalne i oczywiste. Wykorzystuje znane powszechnie tropy kina grozy i parodiuje je w mało oryginalny sposób. Komentarze dotyczące zasad przetrwania i walki z nieumarłymi, metahumor, cytowanie klasyków horroru – to wszystko było wałkowane praktycznie w każdej innej komedii z motywem zombie, jak Powrót żywych trupów, Wysyp żywych trupów, Zombie SS, czy Zombieland.

Foto: Filmmaker Magazine

Najgorszy jednak jest zachwyt Jima Jarmuscha nad analogią żywych trupów do amerykańskiej społeczności, z którą spóźnił się o dobre 50 lat. George Romero krytykował problemy rasowe w Nocy żywych trupów i konsumpcjonizm w Świcie żywych trupów, zaś Edgar Wright obrócił to w żart w Wysypie żywych trupów. Reżyser Truposze nie umierają zachowuje się z kolei, jakby sam to dopiero odkrył rzucając swoimi przemyśleniami w co drugiej scenie. Próbuje jednocześnie stworzyć z tego poważny komentarz społeczny, jak i satyrę, ale w obu przypadkach zawodzi. Wielka krytyka konsumpcjonizmu sprowadzona została do łopatologicznego i niemiłosiernie pretensjonalnego monologu Toma Waitsa. Satyra z kolei jawi się w kiepskich żartach pokroju zombie ze smartfonami, lub obrąbujących sklep RTV AGD.

Również sama forma Jima Jarmuscha wraz z trwaniem filmu zaczyna pękać w szwach. Wątki dwoją się i troją, pojawia się masa postaci tylko po to, aby zniknąć bez jakiejkolwiek puenty. Wątki dłużą się niemiłosiernie, w większości niczemu nie służą albo sprowadzają się do przeciętnych żartów i oklepanego wyśmiania konwencji. Styl Jarmuscha przez pewien czas bawi, dopóki nie okazuje się, że pod tą autorską estetyką nie kryje się nic ciekawego. Film dużo lepiej funkcjonuje w jako zlepek niepowiązanych scen. Razem zaś tworzą bałagan, który na dłuższą metę męczy.

Podsumowanie

Truposze nie umierają, za to widz umrzeć może z nudów. Film poza charakterystycznym stylem Jima Jarmuscha i gwiazdorską obsadą nie oferuje nic w zamian. Jakakolwiek treść jest do bólu wtórna i banalna, przez co seans z czasem robi się nużący.

Ocena: 5/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *