Twój Vincent – Obywatel van Gogh

65 tysięcy malowanych klatek filmowych, 3 tysiące litrów farb olejnych zużytych, 115 zaangażowanych artystów przez bez mała 2 lata skrupulatnej pracy. Co kryje się za tymi liczbami? Wielka sztuka godna hołdowanego artysty, czy szalony projekt zrodzony z pasji pozbawionej ideowego pokrycia, prowadzący nieuchronnie do ambitnej porażki?

Odpowiedź nie może być w tym przypadku jednoznaczna. Po zapoznaniu się z zamysłem tej wyjątkowej animacji i ujrzeniu jej pierwszych zaprezentowanych fragmentów, wielu odbiorców, w tym ja, spodziewało się arcydzieła. I rzeczywiście, jeśli tym co przyciąga Was przed ekrany jest oszałamiająca warstwa estetyczna, nie będziecie rozczarowani. Zachwyt nad unikalnym, natchnionym pięknem dzieła nie opadnie na moment przez cały seans. Czy jednak przy tej całej malarskiej doskonałości, Twój Vincent jest dobrym filmem? Czy obrana forma komplementuje treść, czy jest tylko artystowskim pretekstem przesłaniającym prozaiczność przekazu?

Foto: BFI

Autoportret z zabandażowanym uchem

Historię śledzimy z perspektywy Armanda Roulin, syna listonosza, któremu przydzielono zadanie dostarczenia listu holenderskiego malarza Vincenta van Gogha do jego brata – Theo. Sprawa się komplikuje, gdy okazuje się, że zarówno nadawca jak i adresat przesyłki zeszli z tego świata. Ten pierwszy popełnił samobójstwo, drugi zmarł wskutek poważnych problemów zdrowotnych. Jedynym, co pozostaje niechętnemu kurierowi, jest odnalezienie właściwych rąk do przyjęcia wiadomości. W tym celu udaje się do francuskiego miasteczka, gdzie Vincent spędził swoje ostatnie dni i próbuje skontaktować się z najważniejszymi osobami w życiu artysty oraz odkryć tajemnicę jego przedwczesnej śmierci.

Narracja jest skonstruowana jak w klasycznym kryminale, ze szczególnie widocznymi wpływami kina noir. Każdy w Auvers zdaje się skrywać jakiś mroczny sekret, który maskuje za szytymi grubymi nićmi półprawdami. Podobnie jak w czarnym kryminale, nikt nie jest tu niewinny, ciągle podkreśla się ambiwalentną naturę człowieka. Nawet jeśli tym, co postać utaja nie jest poczucie współwiny wobec śmierci van Gogha, to jest tam co najmniej jakaś wstydliwa namiętność, czy choćby zamiłowanie w zaglądaniu do kieliszka.

Foto: Good Deed Entertainment

Daleko jednak tej historii do banalnego cynizmu, przede wszystkim chodzi o zakwestionowanie istnienia obiektywnej prawdy. Fakty zawsze ulegają spaczeniu przez mgliste motywacje jednostek i stawianie jednoznacznych tez na temat śmierci człowieka jest bezcelowe. Oczywiście dostajemy mnóstwo potencjalnych teorii: trudne dzieciństwo, poczucie niższości, problematyczne relacje z bratem, choroba psychiczna, brak artystycznego uznania, uczuciowe niespełnienie, szukanie akceptacji w niewłaściwych miejscach czy prowincjonalny ostracyzm, jednak żadna z nich nie jest faworyzowana.

Główny bohater zbiera fakty, konfrontuje opinie, ale także sam posługuje się mylnymi przedsądami, co pokazuje, że nie da się uciec od subiektywności interpretacji. To dobry pomysł na narrację, jednak wykonanie nie zawsze okazuje się perfekcyjne. Bardzo często miałem odczucie, że postacie są bardziej narzędziami do wypowiadania encyklopedycznych zdań, niezgrabnie sparafrazowanych tak, by przypominały normalną, ludzką komunikację. Nie widziałem w nich osób z krwi i kości, a dydaktyczne konstrukty. Jeśli nieco sztywne i powtarzalne dialogi są prymarnym sposobem opowiadania w filmie, siłą rzeczy musi stać się to na pewnym etapie problemem.

Foto: Good Deed Entertainment

Gwiaździsta noc

Film jest sztuką wizualną, ale czy to znaczy, że strona estetyczna może odciągnąć uwagę od wkradającej się miejscami, fabularnej monotonii? Jak najbardziej tak, szczególnie w przypadku, gdy nie ma w nim kadru, który nie byłby ucztą dla oczu. Zobaczenie tych wszystkich, drobiazgowo odtworzonych, pięknych obrazów wprawionych w ruch i umieszczonych w nowych kontekstach robi niesamowite wrażenie. Obrana i konsekwentnie stosowana konwencja wywołuje poczucie kompozycyjnej spójności i naturalnej harmonii.

Dzieło opiera się na technice rotoskopii, jednej z najstarszych metod animacji. Polega na rysowaniu kolejnych klatek na kanwie nakręconych wcześniej ujęć z prawdziwymi aktorami, co wzmaga iluzję realizmu w ruchu animowanych postaci. Od wielu lat nie stosuje się jej już praktycznie w ogóle, gdyż była niedoskonała i ograniczająca. Nowe życie przy pomocy animacji komputerowej chciał jej nadać chociażby Richard Linklater, z bardzo mieszanymi  i nieszczególnie atrakcyjnymi estetycznie rezultatami.

Vincencie jednak, setki godzin pracy malarzy opłaciły się. Zarówno przygotowane z pietyzmem obrazy olejne, jak i stosowane w retrospekcjach monochromatyczne szkice – wszystko wygląda tak samo cudownie w stopklatkach i w ruchu. Nigdy nie odczuwamy, że fantazyjny świat obrazów van Gogha gryzie się w jakiś sposób z naturalizmem ruchu prawdziwych ludzi. Dodatkowych walorów nadaje przepiękna ścieżka muzyczna Clinta Mansella. Wszystkie decyzje stylistyczne są uzasadnione i razem dają piorunujący efekt.

Foto: Good Deeds Entertainment

U bram wieczności

Jak więc niesamowita forma współgra z mało imponującą treścią? Skoro film ma na celu opowiedzenie o artyście poprzez jego twórczość, jasnym musi być, że to co wyrażają obrazy powinno być na styku z tym, co wyraża opowieść. Niestety tak nie jest. Film nie interpretuje w żaden interesujący sposób wrażliwości zawartej w dziełach Vincenta, a raczej usiłuje dopasować znajome widzowi, budzące skojarzenia ikony sztuki malarskiej do arbitralnej opowieści. Wyciąga obrazy spoza ich kontekstu i zamyka je w roli elementów świata przedstawionego, trywializuje.

Nawet kiedy próbuje zrobić z tymi obrazami coś niekonwencjonalnego, wychodzi niezgrabnie. Jest taka scena, gdy główny bohater udaje się do jednego z lekarzy obecnych przy śmierci Vincenta. Owym doktorem jest bohater obrazu Stary człowiek w smutku. Okazuje się on jednak daleki od ciężkiej depresji, tak sobie po prostu usiadł. W rzeczywistości jest jowialnym staruszkiem, który dziarsko podskakując wytłumaczy nam, jak bardzo wszyscy się nie znają na balistyce i dlaczego ta magiczna kula nie mogła w ten sposób zabić Kennedy’ego. Van Gogha znaczy się. Więc ten wwiercający się w psychikę odbiorcy, przygnębiający obraz zostaje sprowadzony do maszynki do wygłaszania ekspozycji ze spiskowego thrillera i dezorientującego comic relief? Nie będę nazywał tego jakimś świętokradztwem, ale raczej przyznacie, że to nieszczególnie natchniona decyzja artystyczna.

Foto: Good Deeds Entertainment

Twój Vincent to ambitne osiągnięcie w sztuce animacji, jednak z kilku powodów daleko mu do arcydzieła. Jest odczuwalne to, że wyjątkowa wizja konwencji estetycznej znacznie wyprzedziła sensowny pomysł na historię. Skutkiem tego opieszała treść nigdy nie dogoniła porwanej szalonym sprintem formy. To film piękny, uczciwy wobec artysty, ale cierpiący na niedostatek oryginalnych pomysłów opowiedzenia o nim.

Ocena: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *