Twarz – Face/Off

Czasami wydaje mi się, że nie ma nic prostszego od skrytykowania polskiego społeczeństwa. Właściwie, to często wystarczające mogłoby okazać się spisanie transkrypcji z odświętnej rozmowy przy stole rodziny klasy średniej. Wypowiedzi wścibskiej ciotki Grażyny, rzucającego prostackie żarty wujka Janusza, niedoszłego macho-patriarchy szwagra Ferdka, jego żony Dagmary i synka Sebka, stanowiłyby scenariusz o tyle wyczerpujący, co zniuansowany i doskonale oddający specyfikę, unikalność badanej familii. Idąc za najczęściej cytowaną linijką dialogu Cichej nocy: „I kto to będzie oglądał? Przecież każdy ma w domu tak samo!”, aż zacząłem kwestionować to, jak bardzo podobał mi się film Domalewskiego. A potem zobaczyłem najnowszy twór Małgorzaty Szumowskiej… I przy nim nawet nieszczególnie lubiany przeze mnie Wojtek Smarzowski, urósł w oczach.

Pamiętam moją reakcję na zwiastun. Gdybym miał wystukać z pamięci strumieniowy stenogram, wyglądałby mniej więcej tak: „O, to chyba ta nowa Szumowska. Hmm, to nawet wygląda obiecująco. Okej, to może trochę mniej, nieco zbyt oczywiste. A to już w ogóle kpina, nie wiem jakim cudem to się tu znalazło. Może zostawili tak tylko do trailera i wytną później? Świebodziński Chrystus i Galasiński jako punkt wyjścia? Wiele można na tym pokazać, jeśli zachowa się uczciwość. No nie wiem, lekki sceptycyzm, ale chyba warto zobaczyć. To w końcu Szumowska, prawda?”. Moje wrażenia z samego filmu były analogiczne, tylko że ewentualne pozytywne odczucia wyparowały niemal całkowicie.

Foto: Gazeta.pl

Hardwired To Self-Destruct

Pierwsza scena Twarzy ustanawia ton dla całego filmu. Przytłaczające ujęcia tłumu ściśniętych gapiów na dużych zbliżeniach, przywodzą nam na myśl atmosferę przed wielką bitwą. Ludzie ci, przypominają nieco roztrzęsionych żołnierzy na barkach desantowych, w otwarciu Szeregowca Ryana Spielberga. Dopiero po oglądzie w planie ogólnym widzimy, że tak naprawdę z wypiekami na policzkach wyczekują oni otwarcia supermarketu w ramach wyprzedaży pt.: „Promocje dla golasów”. Resztę znacie już z amatorskich filmików z YouTube’a w stylu „bitwa o karpia w Lidlu”, z tym że przy wyrywaniu sobie z rąk drogiego sprzętu elektronicznego wszyscy są rozebrani do bielizny, co podkreśla ich odarcie z godności, a wszystkiemu towarzyszy przejmująca muzyka, podsycająca niewątpliwy dramatyzm sytuacji.

Cóż za płytki materializm, co za cebulactwo! Prawda, tak często bywa z tymi „Polaczkami”, ale co dalej? Jeśli myślicie, że tak utytułowana, doceniana na świecie artystka powie nam coś ponad tę puentę internetowej copypasty, srogo się zawiedziecie. To nie będzie film o ludziach, a o stereotypach. Całość utrzymywana w smarzowskiej poetyce pogardy, za pomocą której Szumowska, z publicystyczną finezją toruńskiego Teatru Horzycy skomentuje rzeczywistość – obnaży mroczne kulisy brutalnego świata prowincjonalnej zaściankowości.

Ziejąca nienawiścią matka. Rzucający anty-komplementami i egotycznymi oczekiwaniami w ramach dzielenia się opłatkiem, inni członkowie rodziny. Religijna ciemnota zboczonych księży egzorcyzmujących metalowców. Panowie spod sklepu w poszukiwaniu kierownika. Znieczulone dzieci straszące się wzajemnie łbami zarżniętych świń. Rasistowscy i islamofobiczni… wszyscy. Tak wygląda przekrój społeczny małego miasteczka pośród Beskidu Sądeckiego. Reżyserka zdaje się pytać – gdzie tu empatia? A gdzie Twoja empatia, Małgorzato?

Foto: IMDb

L’Amour Toujours

Trzeba się naprawdę postarać, żeby zgubić wrażliwość w historii, która de facto jest odświeżoną opowieścią o potworze Frankensteina, gdzie do tego ów „potwór”, tym razem nie zabija żadnych małych dzieci. Rdzeniem emocjonalnym powinien być  romans Jacka (Mateusz Kościukiewicz) i Dagmary (Małgorzata Gorol). I to się udaje, połowicznie. Pierwsze ich interakcje są tu rozegrane z zaskakującą naturalnością i wyczuciem. Możemy identyfikować się z bohaterami przynajmniej jako outsiderami, niedopasowanymi do otaczającej ich rzeczywistości.

Nigdy jednak nie poznajemy żadnych podstaw, dlaczego nasi buntownicy mieliby zasługiwać na poczucie wyższości wobec parafiańskiego światka. Tak naprawdę nie wiemy o nich nic. Oboje mają dość proste potrzeby, lubią wino, potańcówki i szybką jazdę. Jacek stylizuje się na metala i… lubi Metallicę. Podobno ma także jakieś predyspozycje na zrobienie kariery za granicą, ale nigdy się nie dowiadujemy jakie. Zanim zdążymy się do tej pary naprawdę przywiązać, główny bohater masakruje sobie twarz w wypadku podczas budowy posągu Chrystusa, przeprowadzanej w niechętnej współpracy z romskimi pracownikami najemnymi.

Od tego momentu, film skupia się głównie na następstwach udanego przeszczepu twarzy – szumie medialnym, ukazaniu rzekomej megalomanii i niekompetencji środowiska medycznego oraz przede wszystkim reakcji rodziny i małomiasteczkowej społeczności na przemianę Jacka. Mająca największy potencjał relacja z  Dagmarą schodzi na dalszy plan, a przecież tyle można tu rozwinąć. Kwestia związku pomiędzy miłością a cielesnością, atrakcyjnością seksualną w obliczu poszkodowanej aparycji bohatera, jest tu zupełnie strywializowana i nieeksplorowana. Rozstanie niejako wymuszają uprzedzenia, strach przed stygmatyzacją rodziny kobiety. Co dalej jednak? Czy bohaterka wykazuje jakąś autonomię, choćby znajduje sobie kogoś innego? To by było za subtelne dla Szumowskiej – dziewczyna musi się doszczętnie „zeszmacić” i niewybrednie wykonywać striptizy  dla wszystkich w barze, jakoby nie dało się inaczej.

Foto: Rmf24

Ta dwójka dostaje jedyną, naprawdę udaną scenę w filmie. Zdradzę tylko, że duży udział w niej ma smyczkowa wersja piosenki eurodance, do której tańczą bohaterowie. Przy dłuższym zastanowieniu trochę zalatuje La La Land Chazelle’a, ale sam moment działa samodzielnie i, jako jedyny w filmie, ma serce we właściwym miejscu. Przy okazji wyjątkowo umiejętnie wykorzystany jest tam element stylistyczny, który dominuje w warstwie estetycznej filmu.

Tilt-shiftowa migrena

Mowa tu o niepojętych cyrkach, jakie autor zdjęć (były Szumowskiej) odstawia z ostrością w kadrach. Od Michała Englerta, jako doświadczonego i myślę, że utalentowanego operatora, oczekiwałbym więcej niż szczeniackie zabawy z obiektywami tilt-shiftowymi. Rozumiem próbę przyjęcia baśniowej, odrealnionej konwencji (która nijak się ma do wiodącego, zupełnie serio tonu „A to Polska właśnie”, gdzie nawet humorystyczne kwestie zostają rozegrane zupełnie bez wyczucia…), ale nie wygląda to dobrze.

Jest tyle tak ładnie zagospodarowanych kadrów, kompozycji z estetycznym potencjałem, zupełnie zmarnowanych przez wysilone skupienie ostrości w małej cząstce obrazu, ignorując przy tym pozostałe plany, całkowicie rozmyte w rozpraszający sposób. Nawet jak już decydują się zostawić większość przestrzeni w spokoju, to zawsze i tak gdzieś w tle łypie na nas jakaś nieostra górka, chyba z czystej złośliwości. Nie jest to przyjemne dla oka ani artystycznie ciekawe, po prostu maksymalnie ogranicza nasz odbiór obrazu, sugeruje że nie ma w świecie przedstawionym filmu nic wartego uwagi, poza tą dziesiątą częścią kadru, którą reżyserka decyduje się nam pokazać w pełnej krasie. Jeśli już, to estetyka zdjęć tylko odzwierciedla wybiórczą wizję Polski B oraz zupełne zdeformowanie, jakiemu ulega świadomie zapożyczona, prawdziwa historia Grzegorza Galasińskiego, pod tezę reżyserki.

Foto: naTemat

Oczy bez twarzy

Ja bardzo szanuję, że są w tym kraju twórcy, także filmowi, którzy stoją na przeciw kato-prawicowemu szaleństwu obecnej władzy, mimo zagrożenia pogromem ze strony mających plecy, neofaszystów. Nawet kiedy bywają tendencyjni, tacy artyści dają upragnione alternatywne spojrzenie. Chwaliłem nie do końca udane Pewnego razu w listopadzie Jakimowskiego, dramat społeczny ma modłę Loacha, w ostatnim akcie zmieniający się w survival horror z Marszem Niepodległości na pierwszym planie. Film był daleki od wybitności i także był tworzony pod tezę, ale przynajmniej miał ludzkich bohaterów i jakieś podstawy w rzeczywistości, dokumentalne wręcz. Nagrodzoną na poprzednim Berlinale i podobnie krytykowaną za nachalną polityczność, ekologiczną fantazję zemsty Agnieszki Holland, również uważam za niezwykle ciekawą i konsekwentną artystycznie, nawet jeśli agitkę. Już ten nieszczęsny Smarzowski ma więcej polotu w swoim epatowaniu patologią, potrafi konstruować przyciągające do ekranu intrygi i zrozumiałych, psychologicznie umotywowanych bohaterów.

A Szumowska? Szumowskiej bliżej w tym filmie do kina Patryka Vegi. Nie ma tu nic z nietuzinkowej emocjonalności i wielowarstwowości poprzedniego Body/Ciało. Jedyną stałą zaletą jej najnowszego dzieła wydaje się aktorstwo, szczególnie kobiet  – ujmująca Agnieszka Podsiadlik jako siostra bohatera.

To film napędzany klasizmem, pękający w szwach od stężenia nienawiści i kąśliwej szydery. Szkodliwy, toksyczny, niedopuszczający do siebie widza na żaden stopień intymności z bohaterami, ani nawet namiastkę kontaktu z człowieczeństwem.

Ocena: 3,5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *