Trudne rozstania

dnia

Do tego tekstu natchnął mnie kolejny tom Opowieści z meekhańskiego pogranicza. O pierwszym pisałam wcześniej, a że teraz mam chwilę wolnego czasu, to sięgnęłam po kolejną część z tej serii. I naszła mnie taka myśl, kiedy kręciłam się między półkami w bibliotece (biblioteki są najlepsze!), że cykle książkowe to jest strasznie trudny orzech do zgryzienia.

Długo czy krótko

Od razu uprzedzam, że piszę to z perspektywy fantastyki, bo z nią mam ostatnio najwięcej wspólnego, i to jej poświęcam najwięcej czasu. Abstrahując od tego czy to dobry czy zły wybór, mam wrażenie, że gatunek ostatnio jakby eksplodował w nowych autorów. Zdaję sobie sprawę, że taki stan rzeczy utrzymuje się od jakiegoś czasu, ale im dłużej w tym siedzę tym mam wrażenie, że przeróżnej maści twory dosłownie wyrastają jak grzyby po deszczu. Zapewne swoje robi też fakt, że możliwość self publishingu jest właściwie na wyciągnięcie ręki.

I co raz częściej mam wrażenie, że mało kto pisze pojedyncze powieści fantastyczne. Teraz wszystko wydaje się w cyklach książkowych – trylogie, serie, tomy.  Zastanawiam się czy to jeszcze idea i zamysł samych autorów czy już wpływ wydawnictw, i cóż niestety, skok na kasę. Czasami bardzo boleśnie widać, jak autor z niezbyt zawiłej, krótkiej fabuły rozciąga ją w nieskończoność. Dostajemy wtedy potworki, które nagle są długie niczym nieleczony katar. I tak samo nieciekawe.

pexels.com
Błąd debiutanta?

Miałam ostatnio okazję przeczytać przedpremierowo ostatni tom z serii Jacka Łukawskiego. Autor jest debiutantem i od razu rzucił się na głęboką wodę jakim są cykle książkowe. Z jednej strony mówi się, że to krótkie formy są sprawdzianem dla pisarza, bo zmuszają do zawarcia fabuły w jak najmniejszej ilości słów. Z drugiej jednak, im więcej książek chcemy „naprodukować” tym więcej materiału wymaga to od nas, a co za tym idzie musimy się pilnować aby nie pogubić się we własnym świecie. I Łukawski właśnie na czymś takim się potyka – w ostatnim tomie rozpaczliwie chce upchnąć wszystko czego nie udało mu się przekazać  w poprzednich. Doskonale potrafię to zrozumieć – stworzył ogromny świat, z którego mógł przedstawić tylko ułamek. Ale niestety cierpi na tym fabuła.

Z drugiej strony mamy G. R. Martina, który debiutantem nie jest, ba! rzekłabym nawet, że jest starym wyjadaczem. A wystarczy wziąć do ręki czwarty tom Pieśni Lodu i Ognia i nagle okazuje się, że popełnia błędy jak Łukawski. Przeokrutnie czuć, że Martin miał w głowie tylko trzy książki, coś się wydarzyło i stwierdził, że musi napisać ich więcej. Więc zaczął rozciągać fabułę we wszystkie strony. Niestety w niektórych momentach rozłazi się to w szwach i pozostawia trochę niesmak. Świat Westeros jest wielki, mitologia, legendy, historia, wszystko to działa jak wielkie koła zębate, wyjmijcie jedno i wszystko się sypie.

Ale te same błędy popełnił też Sapkowski wydając Sezon burz, Dan Simmons też nie do końca przemyślał chyba ostatni tom z cyklu Hyperion, już nawet o tym szkaradztwie wydanym pod szyldem J.K.Rowling jako część Harry’ego Pottera nie wspominam.

pexels.com
Jak kończy a nie jak zaczyna?

Mówi się, że druga płyta jest sprawdzianem dla muzyka. Słyszałam też, że drugi sezon jest wyznacznikiem poziomu serialu. A cykle książkowe? Która książka jest najważniejsza – pierwsza czy ostatnia? A może to nie ma większego znaczenia, bo przecież zawsze istnieją fanfiction?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *