„Travis Scott: Mamo, potrafię latać” – From moshpit with love

dnia

Najnowszy dokument Netflixa otwiera scena, w której rozwrzeszczały Travis wykrzykuje, siedząc w wagoniku kolejki górskiej, Astroworld to najlepszy album świata! I nie ma najmniejszego znaczenia, czy ktokolwiek się z tym zgadza – takiego rollercoastera emocji jak koncerty Amerykanina nie zapewni wam wielu i on sam o tym wie, przypisując zasługi swoim uwielbionym fanom; wiedzą to fani – kochając Scotta za tony pozytywnej energii i co najważniejsze – wie o tym Tyler Ross (a.k.a. ‘White Trash’ Tyler – autor m.in. teledysku do Famous Westa) tworząc pełny serca i dziecięcej radości film o życiu rapera.

Z miejsca przykuwa uwagę jedna rzecz – jeśli w trakcie seansu kontrolujecie upływ czasu, to po 20 minutach zdajecie sobie sprawę, że nie dowiedzieliście się jeszcze niczego ani o powstaniu wielokrotnie pokrytego platyną Astroworld, ni o historii jego twórcy. Co za to miało miejsce, to niemal już pół godzinny seans elektryzujących nagrań z koncertów, backstage’u i wywiadów z fanami, którzy zapytani o wrażenia po występie Travisa, pełni dumy i radości wykrzykują: przetrwalśmy!

Rossa bowiem nie interesuje faktografia czy reportaż, nie nakreśla bohatera intymnymi nagraniami z dzieciństwa czy prywatnymi wypowiedziami i tym samym odchodzi od biograficznego charakteru dokumentu tak daleko, jak to tylko możliwe. W metrażu filmu poupychane są pod pojedynczymi szyldami najróżniejsze, małe narracje – typu: Afryka, 2017, Dwie doby do premiery Astroworld. Nie sprawiają one jednak, że jakkolwiek film sprawia wrażenie uporządkowanego. Każdy z małych rozdziałów kończy się tak szybko jak się zaczął, a wewnętrznie są mieszanką przeróżnych scen bez kolejności chronologicznej czy nadrzędnej retoryki.

Pozorny chaos jednak traci na znaczeniu, kiedy opanowany jest przez gwiazdę filmu. Travis Scott to wiecznie rozentuzjazmowany chłopczyk, zarażający swoją energią każdą napotkaną mu osobę. Od postaci Scotta bije radość, pewność siebie i przede wszystkim – jedyna w swoim rodzaju miłość do fanów. Są w filmie sceny, kiedy Travis stojąc parę metrów nad sceną stara się opanować koncertowy rage publiki i koordynuje działania ochrony i fanów, by na przykład wyciągnąć omdlałe osoby z tłumu, który sam skrupulatnie doprowadził do niosącego takie konsekwencje szaleństwa.

Uplatając w swojej narracji ogrom elektryzujących nagrań, sporadycznie równoważonych momentami wyciszenia, reżyser nieustępliwie podsyca apetyt widza przed nieuchronną premierą albumu Astroworld i jej następstwami. Koncert Wish You Were Here Tour w Madison Square Garden kumuluje w sobie wszystkie konieczne geniuszowi antypody emocjonalne perfekcjonistycznego szaleństwa i eksplozywnego entuzjazmu. Po ogłoszeniu nominacji Grammy tempo filmu zwalnia, do gali rozdania nagród w lutym 2019 obraz pozostaje spowity presją niepewności i łaknieniem sukcesu. Potrójna przegrana Scotta mogłaby pozostać pesymistycznym climaxem, skazą na krysztale, a przekuta zostaje w krótką przypowieść o nieuchronnym sukcesie, na który wystarczy jeszcze chwile poczekać.

FOTO: IMDB

Look Mom I Can Fly pomimo braku znaczącej wartości biograficznej, ma w sobie ogromne pokłady umiejętności dokumentalnego opowiedzenia o krótkich chwilach emocji –  frustracji, tremy i spontaniczności czy radości z ogromnych, nieoczekiwanych sukcesów (budowa parku rozrywki w Houston). Przede wszystkim jednak, historia powstawania i promowania albumu Astroworld to wywołujący ciarki na plecach, dwukierunkowy list miłosny, wysyłany nawzajem pomiędzy wszystkimi zdartymi gardłami, połamanymi nogami i opadającymi ze zmęczenia ramionami, a jednym z najważniejszych współczesnych raperów i zdecydowanie czołowym performerem wszech czasów.

Ocena: 7/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *