Toro y Moi – Boo Boo recenzja płyty

Ach jaki ten rok 2017 jest miałki. Najlepsi gracze z Kendrickiem Lamarem na czele zawodzą nieskutecznością, lato też jakieś takie mało słoneczne. Na szczęście Toro y Moi nagrał płytę która jest nie tylko mocnym letnim kandydatem do miana płyty roku, ale także krążek, który jest remedium na suszę panującym w współczesnym r’n’b’.

Toro y Moi w Polsce mało komu się kojarzy. Oczywiście fani Chillwaveu zapewne kojarzą tego przesympatycznego okularnika, ponieważ to właśnie on jest z grubsza odpowiedzialny za eksplozję tego gatunku. Muzyk to istny pracoholik, ponieważ praktycznie co roku dostarcza swoim fanom świetną płytę. Boo Boo jest kolejnym przykładem na to że Amerykanin gra w swojej własnej lidze i nie ogląda się na nikogo.

Na Boo Boo Toro y Moi rozciąga swoje inspirację od synthpopu w stylu Pet Shop Boys, aż po dzisiejszych twórców takich jak: Frank Ocean, czy wspomniany już wyżej Kendrick Lamar. Album więc wygląda jak podręcznik historyczny muzyki pop. Jest tutaj co prawdy minimalizm, ale pod tym kryje się siatka pełna kolaży i odwołań. Nie myślcie jednak o nadęciu. Płyta jest przepełniona wakacyjnym luzem.  Kawałki tak płyną, że w sumie trudno odróżnić kiedy kończy się jeden, a zaczyna drugi.

Warto wspomnieć o eksperymentalnym zacięciu albumu, bo właśnie tutaj szeroki wachlarz inspiracji odbija się najbardziej. Płyt atakuje nas często z zaskoczenia sprężeniami i nietypowymi rytmami. To właśnie największa zaleta tej płyty. Złoty podział pomiędzy znanym i lubianym, a nie znanym i zajmującym.

Dlatego trudno wskazać ulubione utwory.  Wszystko jest tutaj na równym, wysokim poziomie. Lecz jeżeli miałbym już wskazać jakiś highlight to wybrałbym Windows. Mroczny ciężki klimat cudownie łączy się z swobodą i lirycznością konstrukcji. Idealny popowy wymiatacz, skrojony pod wymagającego słuchacza.

Trudno uznać tą płytę za przełomową. Mówimy w końcu o gościu, który co roku dostarcza materiał który znajduje się na ustach niezależnych krytyków. Czy Toro y Moi zauroczy Boo Boo nowych fanów? Możliwe, bo lepszej wakacyjnej i obnażającej błędy mainstreamu płyty nie znajdziecie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *