Tofifest 2017, czyli marsze niepodległości, eutanazja, patriarchaty, twarde narkotyki, fizyka molekularna i inne ciekawe rzeczy

Dzisiaj trochę luźniejszy tekst, w którym podzielę się moimi wrażeniami z tegorocznej edycji Tofifestu. Tofifest to festiwal filmów niezależnych, odbywający się rokrocznie w Toruniu (takie małe, niepozorne miasteczko nieopodal Metropolii Bydgoskiej). Jak na wydarzenie, na które przybywają naprawdę duże nazwiska (w tym roku m.in. Koterski, Englert, Maciej Stuhr, Fabijański), oferuje dość kameralną, „rodzinną” atmosferę, w której każdy miłośnik kina się odnajdzie. Polecam z całego serca.

Moje festiwalowe doświadczenia były dość typowe. A to przypadkowe siadanie obok ekipy Sfilmowanych, a to szukanie właściwej sali nie znając tytułu filmu, a to wbijanie na chama bez biletu, albo i niewbijanie na chama i pokorne czekanie, aż wszyscy wejdą i będzie można zająć wygodne miejsca na schodach wraz z innymi wolontariuszami. Czego to się nie robi, żeby obejrzeć dobry film. I to filmy są w tym przypadku najważniejsze dla meritum, więc skupiam się na tym, co widziałem i co warto polecić.

Foto: WP Film

Najlepsze z najlepszych

Trzy filmy, które widziałem na festiwalu, zrobiły na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Dwa z nich to, o dziwo produkcje polskie!

Primo, nowy Zwiagincew. Nie chcę przedwcześnie rzucać pojęciami w rodzaju „arcydzieło”, ale pamiętajcie, żeby koniecznie iść na Niemiłość. To niesamowity film, wyrażający nieprzeniknioną troskę rosyjskiego twórcy nad uczuciowym zobojętnieniem współczesnego człowieka. Najpierw przeszyje żywym lodem, potem utrzyma Was z nerwową gulą w gardle do momentu, aż uderzy obuchem po głowie i pozostawi z wszechogarniającym smutkiem, bez nadziei na katharsis. Niezbyt przyjemne uczucia, owszem, ale na pewno w jakimś stopniu skłonią do przewartościowania swojego życia. To trzeba przeżyć. Obszerniej napisałem na festiwalowym blogu.

Nowy Jakimowski to także emocjonalna petarda. Pewnego razu w listopadzie opowiada historię młodego studenta prawa, który wraz z matką zostaje eksmitowany z podwarszawskiego mieszkania. Ta dwójka z wielkim trudem szuka schronienia dla siebie i towarzyszącego psa-przybłędy, pośród obojętnej na ich cierpienie, zimnej i uprzedzonej społeczności. Z początku to gorzka opowiastka o utrudzeniu klas niższych, w rodzaju kina Kena Loacha.

Plakat: IMDb

W finale zmienia się to dość drastycznie, gdy fabuła zostaje spleciona z autentycznymi wydarzeniami ataku na squat „Przychodnia” podczas marszu niepodległości w 2013 roku. Dokumentalne nagrania Jakimowskiego warszawskich demonstracji z kilku ostatnich lat zostają zaskakująco zgrabnie połączone z aktorską inscenizacją. Nie da się zaprzeczyć jednak, że okropności ruchów nacjonalistycznych przygniatają w tym momencie opowiadaną historię. Czy ten eksperymentalny zabieg jest w pełni udany? Sprawa dyskusyjna, ale film niewątpliwie wzbudzi ogromne emocje. Jeśli jesteście osobami wrażliwymi, będziecie do napisów końcowych tłumić swoje krzyki bezsilności. To, że takie dzieło powstało w tak nieprzychylnej atmosferze politycznej jest już cudem. Po premierze oczekujcie burzy i mieszania z błotem. To nie film wybitny, ale ważny i koniecznie musicie zjawić się w kinie, jeśli także Was niepokoi to, co dzieje się w tym kraju.

Po dawkę niekonwencjonalnego feminizmu, sięgnijcie po film Dzikie róże Jadowskiej, który będzie miał premierę w grudniu i raczej nie będzie o nim tak głośno. To historia matki i mężatki (Marta Nieradkiewicz), mieszkającej na polskiej wsi, tłamszonej samotnością i oczekiwaniami społecznymi. Kobieta nawiązuje romans z nastoletnim chłopakiem. Ta erotyczna przygoda staje się ucieczką od trudów codzienności. Brzmi jak telenowela? Trochę tak, ale to niezwykle subtelnie opowiedziana historia, trafnie diagnozująca mentalność prowincjonalnego patriarchatu, umiejętnie wyreżyserowana i świetnie zagrana. Zapamiętajcie!

Plakat: IMDb

Polskie kino trzyma się

Renesans polskiego kina jest z nami, mamy coraz więcej oryginalnych, różnorodnych i podejmujących ryzyko produkcji. Na Tofifeście dostaliśmy drugi (po Gdyni) publiczny pokaz Najlepszego Łukasza Palkowskiego (ten od Bogów). Film o triatloniście Jerzym Górskim jest jak typowy, amerykański, motywujący film sportowy. Zrealizowano go jednak z niespotykanym w Polsce biglem. Jest oczywiście nieco klisz, trochę łopatologicznych rozwiązań, jak środki przedstawienia uzależnienia, przyczepić się można oklepanego soundtracku.. ale w całokształcie to rzecz zaskakująco angażująca i dostarczająca rozrywki. Szczególnie broni się pierwsza połowa, przed wyjściem bohatera z narkomanii, gdzie widać, że Gierszał uważnie oglądał Daniela Day-Lewisa w W imię ojca i miażdży aktorsko jako młodzieńczy wulkan energii. Film pokochają niedzielni widzowie kinowi, a ci bardziej wybredni także będą się bawić dobrze i wyjdą bez żenady. Dobry popcorniak.

Szczególnie doceniłem Najlepszego, gdy skonfrontowałem go z innym polskim filmem sportowym – Gwiazdy. Film wyszedł wcześniej w tym roku, ale chyba tego nie zauważyli nawet fanatycy piłki nożnej (nie pytałem, czy redaktor Wachowiak poszedł). Totalna sztampa i dno, jedyne co wspominam pozytywnie to rola Fabijańskiego, którego wcześniej szufladkowałem jako „tego z Pitbulla„. Zostałem na spotkaniu z nim z „obowiązków służbowych”, ale okazał się całkiem równym gościem, który do tego jest cięty na widzów filmów Patryka Vegi. Szanuję.

Foto: Tofifest

Trochę zawiódł Człowiek z magicznym pudełkiem, romans w konwencji sci-fi Bodo Koxa. Zlepek dystopijnych klisz połączony z banalną fabułą o sentymentalnej podróży do przeszłości. Jeśli oczekujecie czegoś w rodzaju O północy w Paryżu Allena, trzeźwej konfrontacji nostalgii z rzeczywistością, zawiedziecie się. To film o tym, że współczesny świat zmierza ku zagładzie, a jedynym ratunkiem jest obudzenie w sobie romantyzmu prostszych, lepszych czasów, słuchając piosenek Manaam. Może jestem po prostu zbyt cyniczny. Doceniam starania i ryzyko, ale dla mnie to niedojrzałe i mało oryginalne kino sci-fi.

Nie popierajcie kina niezależnego, jeśli to ma być Wściekłość Węgrzynów. Nie będę marnował energii na ten pretensjonalny gniot, odsyłam do wyczerpującej analizy Jakuba Dębskiego.

Ale idźcie na Photon Normana Leto, nie dość, że to ekscytująca dawka wiedzy, która zmieni waszą perspektywę na otaczający świat, to jeszcze naprawdę nietuzinkowe dzieło sztuki. Faktem jest, że poziom filmu nieco spada z każdym kolejnym segmentem, ale to na tyle niecodzienna produkcja, że trzeba zobaczyć, by uwierzyć. Po trochę więcej zapraszam tutaj.

Plakat: IMDb

Rozczarowania mniejsze i większe

Happy End Haneke pojawił się już na blogu w kontekście Nowych Horyzontów. Ja tylko dodam, że ciężko mi uwierzyć, jak film z tyloma genialnymi scenami, może być tak ostatecznie obojętny widzowi. Pewnie gdyby to było oryginalne dzieło jakiegoś debiutanta, wszyscy byliby zachwyceni. Ale Haneke powtarza, ślizga się po tematach ze wcześniejszych filmów (seksualna frustracja, niepokoje klas wyższych, słabnąca wola życia czy dziecięca psychopatia) i wydaje się nie zmierzać do niczego konkretnego. Poszatkowana, nieciekawa historia przeplatana ledwo liźniętym komentarzem społecznym i kilkoma naprawdę jasnymi punktami (wszystko z udziałem dziewczynki i Trintignanta, mediów społecznościowych i ten wzruszający cover Chandelier po ostrym chlaniu!). Jeśli lubicie Haneke i tak pójdziecie, ale nie oczekujcie kolejnego arcydzieła.

O meksykańskich Córkach Abril też już była mowa, ale ja będę mniej entuzjastyczny. To nietuzinkowa eksploracja nastoletniej ciąży i macierzyństwa – sytuacja, w której niemal wszyscy członkowie rodziny są tak samo niedojrzali i egocentryczni, po czym dochodzi do coraz to bardziej zaskakujących odkryć o postaciach. Potem jednak zostaje to wszystko podkręcone aż do przesady i dostajemy tanie, niewiarygodne granie na emocjach. Niezła próba, ale ja zostanę przy Pierwszej miłości Kieślowskiego i Juno.

Foto: Tofifest

Kurioza różnego rodzaju

Jeśli trafi się Wam taka okazja, idźcie koniecznie na film Listopad Rainera Sarneta. Totalny odjazd, jedna z najbardziej oryginalnych produkcji jakie widziałem w ostatnich latach. Pięknie sfilmowana, osadzona w fantastycznym świecie estońskiego folkloru baśń zabiera widza w szaloną podróż po wiosce, gdzie świat śmiertelników przenika się ze światem zmarłych w unikalnych i niespotykanych formach. Nie będę zdradzał niczego więcej, to po prostu trzeba zobaczyć.

Zaskoczyła mnie także produkcja o tytule Nie jestem czarownicą. Reżyserka zambijskiego pochodzenia opowiedziała historię małej dziewczynki oskarżonej o czarną magię i wysłanej do obozu dla wiedźm. Tam pracują przymusowo kobiety, które choć nie są nadzorowane, ani przykute łańcuchami, mentalnie przywiązano je do ograniczających ruchy wstążek. Niby mogłyby je bez problemu przeciąć i uciec, ale nie robią tego, tak je uwarunkowało społeczeństwo. Alegoria feministyczna, metafora uzależnienia kolonizowanego od kolonizatora, problem kapitalistycznego wyzysku – możecie tu wszystko odczytywać na wiele sposobów. To baśń, która nieco traci na uniwersalności, gdy pojawiają się bezpośrednie prztyczki w stronę współczesnego świata, ale poza tym to bardzo oryginalna produkcja z ciekawymi pomysłami na siebie.

Foto: Hollywood Reporter

Dodatkowo odkryłem na festiwalu, że mijam się już z wrażliwością kina japońskiego. Nie rozumiem kina posttraumatycznego, nie rozumiem wpływu katastrofy w Fukushimie na społeczeństwo, nie rozumiem tych metafor i emocjonalnej egzaltacji. Starałem się, ale nigdy nie można całkowicie wyzbyć się filtrowania przez własną perspektywę świata. Nagradzane Harmonium jeszcze trochę doceniłem, bo to nieoczywiste kino zemsty z ciekawymi motywami religijnymi (bohaterowie to japońscy chrześcijanie).

Natomiast 3,5 godzinne 0,5 mm było dla mnie absolutną katorgą. Taka hardkorowa antyteza filmów Ozu – altruistyczna bohaterka za wszelką cenę chce pomagać zaniedbywanym, starszym mężczyznom, ale te relikty imperialnego patriarchatu bez przerwy ją molestują. Do tego przez większość czasu jest to wszystko podane w dziwnie komediowych tonach, a pod koniec ni stąd, ni zowąd uderza ultra-patetycznymi przemowami nawołującymi do jednoczenia się i zmienienia świata. Film wydaje się mieć dobre intencje, ale jeśli nie jesteś Japończykiem, albo nie masz naukowego przygotowania, prawdopodobnie zrozumienie może przyjść z wielkim trudem.

Foto: Variety

Jeszcze raz gorąco zachęcam do wzięcia udziału w przyszłych edycjach Festiwalu Tofifest. To jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, na którym możecie zupełnie przypadkowo odkryć nowe filmowe miłości, unikalne perły, kinematografie, o których istnieniu wcześniej nie mieliście pojęcia. Nie pożałujecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *