„To my” – Funny Games

dnia

Po fantastycznie przyjętym debiucie Jordan Peele zdobył Oscara i z miejsca stał się czołową twarzą kina grozy. Można było się obawiać, że twórca nabierze wody w usta i perspektywa kontynuacji Uciekaj zwiąże mu ręce. Jego najnowszy projekt jest idealnym przykładem drugiego filmu. W myśl zasady znanej z hitu Daft Punk jest: Bigger Faster Stronger, a raczej Scarier, Funnier, Smarter.

Adelaide Wilson (Lupita Nyong’o) wraca w swe rodzinne strony do domku przy plaży, w którym spędziła dzieciństwo. Przyjeżdża tu z mężem (Winston Duke) oraz dziećmi (Shahadi Wright Joseph, Evan Alex), aby odnaleźć letnie wytchnienie. Ścigana przez niewyjaśnione i nierozwiązane traumy z przeszłości oraz dziwaczne zbiegi okoliczności Adelaide czuje, że paranoja, w której się znalazła, narasta z niepohamowaną siłą. Kobieta czuje, że coś złego spotka jej rodzinę. Po relaksującym dniu na plaży, który spędza z rodziną i przyjaciółmi (Elisabeth Moss, Tim Heidecker, Cali Sheldon, Noelle Sheldon), Adelaide wraca do letniego domu. Kiedy nastaje zmrok, Wilsonowie odkrywają cztery sylwetki stojące na podjeździe – sobowtóry ich rodziny.

FOTO: IMDB

Debiut Jordana Peele’a, pomimo ciepłego przyjęcia, mnie nie zachwycił. Dlatego do To my podchodziłem z rezerwą. Jednak świetny trailer do filmu, piosenka I Got 5 on It i zapoznanie się ze skeczami Key and Peele’a sprawiły, iż zacząłem odliczać godziny do premiery drugiego obrazu nagrodzonego Oscarem reżysera. No i się nie zawiodłem.

To my przede wszystkim nie jest wykalkulowaną farsą. Uciekaj było idealnie skrojoną społeczną satyrą. Natomiast drugi film Jordana Peele’a jest znacznie mroczniejszy w swoim przekazie.  Reżyser wziął na tapetę skutki separacji klasowej społeczeństwa, zarazem pytając nas o nasze granice człowieczeństwa.

Dojrzałość drugiego obrazu Peele’a bierze się po prostu z doświadczenia. Uciekaj w kwestii budowania grozy trzymało się bezpiecznych rejestrów w postaci na przykład creepy gospodyni. Całość jednak była mało kreatywna i tylko społeczny aspekt ją ratował. Natomiast tutaj czuć już mnóstwo świeżych i oryginalnych pomysłów. Mimo iż Jordan jest geekiem kina grozy i intertekstualność widać tu w każdej scenie, to To my ma swój oryginalny sposób na budowanie grozy i to się sprawdza.

FOTO: IMDB

W końcu humor nie jest egzotycznym wypełnieniem gatunkowej przestrzeni, ale całkiem skutecznym sposobem na rozładowanie napięcia i zaczerpnięcie oddechu. Komedia też jest lepiej podana i żarty nie ograniczają się do jednego gościa, który rzucał sucharami. W To my żarty idą pod rękę z dramatem i horrorem, Jordan dopracował swój autorski sznyt do perfekcji.

Największą zaletą tego filmu jest jednak intertekstualność. Ten film to woda na młyn dla spragnionych teorii. Jordan nawiązuje tutaj do wielu rzeczy i różnych obrazów popkultury, co najważniejsze – jednak wszystko jest spójne. W takiej zeszłorocznej  Suspiri na przykład wszystkie poboczne wątki i tematy nie współgrały ze sobą i mieliśmy do czynienia z olbrzymim bałaganem. W To my natomiast scenariusz jest dopięty na ostatni guzik i każdy szczegół ma znaczenie. Jest to typowy film, więc drugi seans jest wskazany.

Dodatkowym aspektem są jednak liczne nawiązania do kina grozy. Ze wszystkich reżyserów, którzy w ciągu ostatniej dekady odświeżyli gatunek horroru, to właśnie Jordan Peele jest największym ekspertem w dziedzinie tego typu kina. Liczne odniesienia do innych filmów to jedno, ale fakt, iż twórca Uciekaj z takim namaszczeniem celebruje kiczowate elementy gatunku, jak np. slasher zasługuję na uwagę. Tutaj Egzorcysta idzie pod rękę z Halloween.  Peele jest nowym bogiem dla geeków z elementami horroru.

Słówko o aktorstwie. Lupita Nyong’o jest fenomenalna i, jak dla mnie, będzie ona Toni Collette tego sezonu nagród. Jej rola jest na tyle wielowymiarowa, że daje jej miejsce do genialnego aktorstwa. Asem w rękawie jest Winston Duke, którego talent komediowy lśni przez cały film. Podobnie, tylko że na mniejszą skalę, zachwyca Tim Heidecker. Elisabeth Moss, wiadomo, jest jej mało, ale jak już jest na ekranie, to jak zawsze kradnie cały show dla siebie. Na końcu wyróżniam młodszych aktorów, z pewnością będę śledził ich dalsze kariery.

FOTO: IMDB

Pomijając zachwyty krytyków i szukanie drugiego dna,  to najważniejszym aspektem tego filmu jest zabawa. Dawno w kinie tak dobrze się nie bawiłem jak na tym filmie. Dlatego bierzcie znajomych i idźcie na ten film. Mnie już Jordan Peele przekonał, a Was?

Ocena: 8/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *