Thom Yorke – ANIMA. Recenzja płyty

Thom Yorke w  zeszłym roku skończył 50 lat. Teoretycznie w tym wieku jego nowe muzyczne wybryki powinny interesować tylko najbardziej zagorzałych szalikowców. Na szczęście muzyk i samo Radiohead nadal nagrywają płyty tak dobre, iż paraliżują cały muzyczny światek. Nie inaczej jest z ANIMĄ, która znalazła się na ustach wszystkich. Czy słusznie? 

Brytyjczyk w zeszłym roku wydał soundtrack do uznanej Suspirii w reż. Luci Guadagnino.  Zbiór kompozycji był czymś nowym do Yorke’a. Muzyk oprócz klasycznych Radiohedowych ballad na pianino bawił się trip hopem, ambientem i muzyką poważną. Thom skutecznie przetłumaczył swoją elektroniczną neurozę na nowy nieznany grunt. ANIMA to jednak powrót do znanej eksploracji elektronicznych rytmów, znanych z jego poprzednich albumów.

Dlatego może się wydawać, iż nowy krążek frontmana legendarnej formacji to krok w tył. W końcu kiedyś to już wszystko było w dyskografii radiogłowych. Ale przypominam raz jeszcze, że Yorke przekroczył już półwiecze, a jego muzyka pomimo powtarzalności brzmi cholernie świeżo i pomysłowo.

Zawdzięczamy to Nigelowi Godrichowi, czyli nadwornemu producentowi Radiohead. Słychać gołym uchem, jak na ANIMIE kompozycje są dopracowane do perfekcji. Tutaj każdy drobny motyw i każda melodia brzmią wykwintnie. Godrich jest zdecydowanie najlepszym producentem XXI wieku. W dodatku słychać na płycie,  jak dobrze Nigel rozumie się z Thomem. Sam Yorke w wywiadach przyznaje, iż jest to płyta bardziej jego i Godricha niż jego solowe dzieło.

ANIMA składa się z dziewięciu minimalistycznych kompozycji. Jak już wspomniałem, każdy motyw ma znaczenie, ale cudowne jest obserwowanie, jak te motywy ewoluują w danych utworach. Trzeci solowy album Yorke’a to płyta dla cierpliwych. Tutaj notoryczne rytmy rozwijają się powoli w postkrautrockowych pejzażach. Długość większości utworów oscyluje w granicach pięciu minut. To sporo jak na twórczość Radiohead. Na tej płycie melodie wymagają cierpliwości słuchacza.

Kiedy już wgryziemy się w ten materiał, to płyta dostarcza nam pięknych wrażeń.  Na ANIMIE nie znajdziemy słabego utworu.  Wyróżnić mogę chłodne i przeszywające Dawn chorus,  dzikie Impossible Knots i chwytliwe apokaliptyczne Not the News. Reszta piosenek jest trochę słabsza, ale nadal stoją na wysokim – często nieosiągalnym dla innych muzyków – poziomie.

ANIMA to świetna płyta. Na początku jest oziębła i nieprzystępna dla słuchacza. Dopiero z czasem możemy odkryć jej piękno, bogactwo i wszystkie atuty. Idealna płyta na długie letnie wieczory.

PS Polecam również recenzję Jacka, w której opisał krótkometrażówkę wyreżyserowaną przez Paula Thomasa Andersona promującą ten album.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *