The Winner Takes It All – Recenzja czwartego sezonu Better Call Saul

Z każdym sezonem jesteśmy coraz bliżej Breaking Bad. Tak co roku powtarzają twórcy Better Call Saul. Za każdym razem reaguje na ten słowa z mieszanymi uczuciami. Ponieważ spin – off o Jimmym McGill nieoczekiwanie na przestrzeni trzech sezonów stał się serialem takim, jakim lubię – czyli subtelnym wielowymiarowym dramatem, gdzie bohaterowie bardziej mówią (a może raczej milczą) niż robią. Pod tym względem Better Call Saul bardziej przypomina Mad Mena niż swojego poprzednika. Jednakże, było nieuniknione, iż Jimmy, Mike i Gus wskoczą na właściwe tory i staną się tymi postaciami, które znamy z Breaking Bad. W finale czwartego sezonu tak się zresztą stało. Jimmy przemienił się oficjalnie w Saula, a Mike dokonał pierwszego zabójstwa dla rosnącego w potęgę Gusa. Mimo tego oddycham, z ulgą, ponieważ Peter Gould i Vince Gilligan znowu dokonali niemożliwego i napisali genialny sezon genialnego serialu.

Kiedy ogłoszono, że powstanie spin -off Breaking Bad, byłem obojętny. Sam fakt eksplorowania uniwersum Vince’a Gilligana, uważałem za dobry pomysł. Bałem się tylko o to, iż postać Saula Goodmana może nie udźwignąć serialu. Nie oszukujmy się, taki spin off o Gusie, na papierze wyglądałoby  lepiej. Odnośnie do Better Call Saul, bałem się, iż otrzymamy typowy procedural, gdzie nasz prawnik będzie postacią w stylu Dr. Housea, a całość będzie półgodzinnym komedio-dramatem  ze smaczkami dla fanów przygód Waltera White’a i Jessie’go Pinkmana.

Foto: IMDb

Na szczęście serial już od pierwszego odcinka próbował wykształcić swój własny styl, co w pełni udało mu się pod koniec pierwszego sezonu. Postać Jimmy’ego McGilla stała się chyba najbardziej kompleksową postacią w całym uniwersum Breaking Bad. Trudno się nie zachwycić, gdy obserwujemy moralne potyczki Jimmy’ego i jego subtelną, powolną i wyważoną drogę w dół. A z drugiej strony mamy moralne rozterki Mike’a, który rozpoczyna kryminalną ścieżkę.

Pod pewnymi względami Better Call Saul jest antytezą Breaking Bad. W tym pierwszym serialu kluczowe są motywacje bohaterów, pojedyncze gesty i słowa. Natomiast ten drugi serial miał korzenie w Tarantinowskiej pulpie. Dla mnie Breaking Bad starzeje się bardzo kiepsko.  Coraz bardziej dostrzegam, iż „subtelne” wątki, wcale nie był tak inteligentne (sławne sceny przy stole w domu White’ów), z kolei niektóre wątki były mało logiczne (Dlaczego Gus nie zabił Waltera, po finale trzeciego sezonu? Fring, jakiego znamy z Better Call Saul, zgniótłby White’a bez mrugnięcia okiem). W końcu jednak BCS opowiada o tym, jak trudno jest być dobrym człowiekiem, natomiast w BB teza brzmiała, iż łatwo jest być złym. Seriale niby podobne, ale jednak zupełnie inne.

Czwarty sezon mógł budzić obawy. W końcu z serialu zniknął główny antagonista Chuck (grany przez rewelacyjnego Michaela McKeana), który był głównym osią napędową historii Jimmy’ego. Natomiast po drugiej stronie Hector dostał wylewu. Dlatego też czwarty sezon zaczyna się bardzo powoli. Jako widzowie, możemy się utożsamiać z bohaterami, którzy muszą przystosować się do nowego otoczenia.

Foto: IMDb

Właśnie, postacie. Omówmy je po kolei. Zacznijmy od Jimmy’ego.  W czwartym sezonie jest on skonfliktowany pomiędzy żalem po śmierci brata a faktem, iż Chuck nigdy nie okazywał mu miłości. Ten fakt powoduje, iż młodszy McGill zstępuję na złą ścieżkę. Drugim czynnikiem jest niemoc z powodu braku licencji prawnika i utraty jego starszych klientów. Jimmy nudzi się jako sprzedawca telefonów i głuchy na słowa Kim i Mike’a, którzy ostrzegają go, zaczyna budować sieć kontaktów przestępczych. Na dodatek jak zawsze żyje on niezdrowym optymizmem, spotykają go same rozczarowania, przede wszystkim ze strony Kim, która nie chce z nim wrócić do prowadzenia kancelarii, jednocześnie Wexler wykorzystuje go do przerwania swojej życiowej monotonii. Pod koniec czwartego sezonu widzimy go jako oszusta, który nabrał wszystkich. Jednocześnie gdzieś tam w głębi nadal jest Jimmy, który cierpi, po stracie brata.

Z kolei Mike staje się coraz bardziej bezwzględny. Nie dzieje się to jednak na jego życzenie, to okoliczności go do tego zmuszają. Gasnąca pamięć o jego synu, ze strony Stacey, zmusza Mike’a do podjęcia pełnoetatowej pracy dla Gusa. Pierwszym zadaniem, jakie otrzymuje to nadzorowanie budowy super laboratorium, które wszyscy znamy z Breaking Bad.  Podczas tej operacji Ehrmantraut zaprzyjaźnia się z Wernerem. Kiedy ten jednak ucieka, Mike uczy się, iż w jego profesji nie ma rozwiązań ugodowych. Fajnie się ogląda jego relację z niemieckim architektem, ponieważ możemy zauważyć, iż błąd Mike’a da mu do myślenia i kiedy pozna Waltera  w Breaking Bad, zachowa wskazaną rezerwę i nigdy mu w pełni nie zaufa.

Najciekawszą postacią tego sezonu jest jednak Kim. Jej kompas moralny jest jeszcze bardziej rozchwiany, od Jimmy’ego. Wexler jest znudzona swoją pracą, a także z przerażeniem widzi, jak bardzo Jimmy od niej odchodzi. Chcąc znowu być przy nim blisko, popełnia prawne przewinienie, które jej się podoba. Kim ma szansę przerwać swoją monotonię życia. Tylko że problem jest taki, iż dla niej przekręty to zabawa, sposób na wyrównanie prawnych rachunków, dla Jimmy’ego to natomiast sposób na życie i na zagłuszenie tęsknoty po Chucku. Ta rozbieżność będzie pewnie głównym źródłem konfliktu w piątym sezonie.

Z kolei Howard, w tym sezonie grał mocno drugoplanową rolę. Po raz kolejny dostaliśmy dowód, iż Hamlin nie jest w sumie złym gościem. Jego załamanie nerwowe po śmierci przyjaciela, to najlepsze sceny Patricka Fabiana w tym serialu. Postać ta, również odgrywa rolę zwierciadła Jimmy’ego w tym sezonie. Otóż Hamlin stara się poradzić z żałobą po Chucku. Chodzi do terapeuty i szuka pomocy, nie zgrywa ofiary i bierze całą winę na siebie. Pod koniec sezonu widzimy, iż Howard za dość obsceniczną radą Jimmy’ego pomału staje na nogi i wraca do dawnej roli. Coś czuje jednak, że on jeszcze nie powiedział ostatniego słowa w tej historii.

Foto: IMDb

 Nacho tymczasem wchodzi w buty Jessie’go i staje się postacią tragiczną tego serialu. Podobnie jak Pinkman, Varga im bardziej się szarpie, tym bardziej wpada w szambo. Złapany w krzyżowy ogień rozgrywki pomiędzy Lalo (znakomita postać, liczę na jej rozwinięcie w następnym sezonie) i Gusa. Postać grana przez Michaela Mando upada coraz niżej, co prawda w sejfie ma przyszykowane pieniądze na ucieczkę i formalnie rządzi on rodziną Salamanca, ale jego losy nie malują się najlepiej.

Jeżeli ktoś uważał, że Fring był za miękki w trzecim sezonie, to czwartym sezonem będzie zadowolony. Po obejrzeniu tego sezonu coraz bardziej skłaniam się ku teorii, iż Chilijczyk to tak naprawdę socjopata. Napędzany zemstą do rodu Salamanca celowo upośledza Hectora, po to, aby go kontrolować. Gus zawsze był postacią enigmatyczną i chciałbym, aby tak zostało do końca. Mimo wszystko w czwartym sezonie poznaliśmy trochę jego prawdziwego oblicza.

Na poziomie czwartego sezonu poznaliśmy bohaterów z zupełnie innej strony. To jest coś niesamowitego. Gilligan i Gould po raz kolejny nabrali nas jako widzów. Uważam, iż wszystkie przewidywania na piąty sezon trzeba wrzucić do kosza i tak niczego się nie domyślimy. Wypada tylko się cieszyć nie tylko jednym z najlepszych spin-offów w historii telewizji, ale także seriali.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *