The Meg – Piekielna głębia

Lata 90. Okres, w którym wszystko wydawało się prostsze. Do szczęścia wystarczył film akcji z odpowiednio umięśnionych bohaterem, lub horror o zmutowanym krokodylu lub rekinie. Wszelkie banały, absurdy i schematy, zamiast przeszkadzać, w jakiś dziwny sposób uprzyjemniały seans. Czasy te wróciły, za sprawą filmu The Meg.

Międzynarodowa morska stacja badawcza odkryła nieznane dotąd rejony oceanu zamieszkiwane przez prehistoryczne stworzenia. Naukowcy eksplorując morskie czeluście, ściągają na siebie uwagę najgroźniejszej bestii – megalodona, olbrzymiego, prehistorycznego rekina. Sprowokowany opuszcza swoje terytorium i kieruje się w stronę zaludnionej plaży. Sytuację uratować może tylko Jonas Taylor (Jason Statham), który jako jedyny miał wcześniej kontakt z morskim potworem.

We współczesnym kinie zdominowanym przez superbohaterów i Gwiezdne Wojny znalazło się miejsce dla monster movies przywołujące skojarzenia z klaskami z epoki VHS. Poza rebootem Godzilli i King Konga, mieliśmy też Pacific Rim, Jurassic World, oraz Rampage: Dzika Furia. Filmy w większości świadomie czerpiące tropy i schematy z najróżniejszych filmów klasy B o wielkich potworach. Równie przegięte, absurdalne, kiczowate, bezpretensjonalne, ale tym razem zrealizowane z dużym budżetem z udziałem hollywoodzkich gwiazd. Producenci z Warner Bros. postanowili skoczyć na głębokie wody i sięgnąć po motyw, będący chyba esencją filmowego trashu – gigantycznego rekina.

Foto: Time

Fenomen rekinów

Steven Spielberg swoimi Szczękami odkrył potencjał rekinów na kino grozy. Od tego czasu, aż do dziś powstała niezliczona ilość naśladowców i imitatorów – bardziej lub mniej poważnych. Oglądaliśmy rekiny olbrzymie, rekiny superinteligentne, rekiny wciągnięte przez tornado, rekiny robotyczne, rekiny powracające jako duchy lub zombie, rekiny skrzyżowane z ośmiornicami, ludźmi, dinozaurami i wiele więcej. Żadne inne zwierze nie było tak często eksplorowane przez kino.

The Meg świadomie czerpie pomysły z najbardziej wstydliwego odłamu filmów o rekinach. Albowiem nie mamy do czynienia z żarłaczem białym lub inną współcześnie żyjącą rybą chrzęstnoszkieletową, tylko z prehistorycznym megalodonem, który dotychczas królował w takich „hitach” jak Shark Attack 3: Megalodon, Mega Shark vs Giant Octopus, czy Supershark.

Powrót do lat 90

The Meg przywodzi na myśl najróżniejsze tanie monster movies i animal attack, jednak najwięcej wspólnego ma z kinem rozrywkowym z lat 90. Znowu wracamy do Stevena Spielberga. W 1993 roku premierę miał Parku Jurajskich, przełomowy film pod względem efektów specjalnych i jednocześnie świetna rozrywka. Było to kino nowej przygody zrealizowane z ogromnym rozmachem, ale podobnie jak w przypadku Szczęk, również odwoływało się do niskobudżetowych filmów o krwiożerczych monstrach. Na fali popularności filmu, wiele wytwórni również dysponujących sporymi pieniędzmi, próbowało powtórzyć sukces. Dinozaury były już wykorzystane, więc sięgnięto po całą masę innych drapieżnych zwierząt – węże (Anakonda), krokodyle (Lake Placid), jaszczurki (Komodo, ale też Godzilla Rolanda Emmericha), no i oczywiście rekiny. W tamtej dekadzie szczególnie brylowała Piekielna głębia, która dla The Meg stanowiła pewnie główną inspirację. Film był świadomie przerysowany, opierał się na absurdalnym koncepcie, a przy tym był widowiskiem z niezłym budżetem i hollywoodzką obsadą. Nie inaczej jest i tutaj.

Mamy wszystko, co typowe dla najlepszych-najgorszych filmów sprzed dwóch dekad. Jest action hero w postaci Jasona Stathama, atrakcyjna pani naukowiec pełniąca funkcję love interest i damsel in the stress, czarnoskóry comic relief imieniem DJ, grube nerdy z okularami i chciwy pana-korporacja. Fabuła, charakterologia postaci i relacja między nimi przebiega wg najbardziej utartych schematów, a dialogi pełne są kiczowato patetycznych przemówień, obciachowych one-linearów i suchych żartów. I niczym w latach 90, The Meg może być równie dobrze fatalną, jak i świetną rozrywką – wszystko zależy od nastawienia.  Balansuje gdzieś między filmem „tak złym, że aż dobrym”, a udanym widowiskiem i pastiszem kina klasy B.

Foto: Multikino

Tanie monster movie za grube miliony

The Meg nie udaje, że jest czymś więcej niż filmem o Jasonie Stathamie walczącym z gigantycznym rekinem. Traktuje siebie z dystansem, mrugając od czasu do czasu oczko w stronę widza. Czasem komentuje pewne klisze, w jakiś sposób je przełamuje, lub rozluźnia napięcie odrobiną humoru. Wszelkie kiczowate dialogi, umowna charakterystyka postaci i relacje między nimi potęgują humorystyczny charakter filmu. Wciąż jednak pamięta o odrobinie powagi i budowaniu napięcia, przez co nie wychodzi z tego zwykła parodia w stylu Sharknado.

Nie ma co szukać rozbudowanych charakterologicznie bohaterów oraz wybitnych występów aktorskich. Jason Statham gra typowego dla siebie twardziela, ale idealnie to pasuje do konwencji. Pręży muskuły, wypowiada kwestie growlem, czasem sympatycznie się uśmiechnie i pokaże swoją ludzką stronę. Scenarzyści na szczęście postarali się o jakiś character arc dla protagonisty i niektórych postaci pobocznych. Bohaterowie uczą się wartości rodzinnych, przekonują się że nie warto się poddawać i rozdrapywać dawnych ran – banał, ale w ramach głupawego blockbustera działa.

Mieliśmy już okazję oglądać setki niskobudżetowych horrorów o przerośniętych rekinach. Po raz pierwszy mamy okazje obejrzeć tę samą historię, ale w wydaniu superprodukcji, za grube 130 mln dolarów. CGI megalodona prezentuje się dobrze, sceny akcji widowiskowe, ładne zdjęcia i scenografia. Pierwszy akt trochę się dłuży zasypując nas masą ekspozycji, ale później akcja nabiera rozpędu. Wyjadaczom filmów o rekinach rozczarować może typowa dla blockbusterów kategoria wiekowa PG-13. Niby od czasu do czasu krew się leje, ale trudno tu mówić o gore. Szczególnie to jest odczuwalne w sekwencji na plaży, która aż się prosi o krwawą łaźnię na poziomie Piranii 3D.

The Meg jest kolejnym po Pacific Rim: Rebelia lub Wielkim Murze blockbusterem stworzonym z myślą o chińskim rynku. Akcja filmu jest osadzona w Chinach, połowę obsady stanowią Chińczycy, a przemówienia i dramatyczne sceny wręcz tryskają chińskim patosem. Jednak znowu, film traktuje siebie z na tyle dużym dystansem, że ten nachalny chiński product placement bardziej bawi, niż irytuje.

Foto: Deadline

Podsumowanie

The Meg jest miłą, nostalgiczną podróżą do lat 90, kiedy to dominowały filmy o bohaterach buzujących testosteronem, olbrzymich krwiożerczych zwierzętach, filmy pełne absurdów, stereotypów i klisz, które częściej bawiły, niż irytowały. To pozycja w sam raz na koniec wakacji, która da odpowiednią dawkę niewymagającej rozrywki.

Ocena: 6,5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *