The first rule of fandom: You don’t talk about fandom.

Odkąd odkryłam internet zawsze siedziałam w jakimś fandomie. A to Harry Potter, a to Wiedźmin, a to Glee, Gra o Tron, Sherlock czy jakikolwiek inny dotyczący tego co akurat czytałam/oglądałam. Nie czarujmy się – fandom daje poczucie przynależności, zwłaszcza jak się jest typem, który ma wrażenie, że jest nie_do_końca na miejscu w otaczającej rzeczywistości. Bo to jest tak jakby mieć dobrą paczkę znajomych, z którymi można porozmawiać o tym, że Cho Chang i Harry to beznadziejny paring, że Chrzest Ognia to traci strasznie przez wątek ze Szczurami, a tak w ogóle, to shippuję mocno. Tylko, że fandom to nie tylko dyskusje, fangirling i shipy. Fandom to miejsce gdzie wszystko co wymyślisz i stworzysz jest akceptowane. To tak jak z rule 43 w internecie – jeśli ty o tym pomyślałeś to ktoś w fandomie na pewno to już stworzył – grafiki, fanarty, gify i fanfiction. Przede wszystkim fanfiction. I wystarczy chcieć szukać, obiecuję, że znajdziecie to czego szukacie, bez względu na to jak niedorzeczny jest wasz pomysł – Fred i George Weasleyowie jako para? Jest. Harry i Snape? Yup. McGonagall i Fleur? Sherlock i Pani Hudson? Sure it is. Incest, twincest, wszystko. Fandom to przyjmie, fandom wchłonie i daję sobie paznokcie poobcinać, że wszystko znajdzie swoich amatorów.

Golden Trio
Tylko, że nie zawsze tak było. Bo widzicie, drzewiej nie było tak łatwo. Ba! nie było nawet bezpiecznie. Pozwólcie mi na odrobinę opowieści o czasach, kiedy tworzenie fanfiction groziło pozwami od autorów, a wrzucanie ich do sieci było prawie jednoznaczne z odwiedzinami w sądzie. Nie było fanficion.net, wattpada, AO3 i blogów z opowiadaniami. O ComicConach nie siło się nikomu. To były ciemne i straszne czasy.
Kojarzycie te opisy na początku fanfiction (zwłaszcza po amerykańskiej stronie internetu) „I do not own [tu wstaw dowolny fandom]”? A wiecie, że to nie jest żart, a nawet absurdalne zastrzeżenie bez pokrycia? Wiem jak to brzmi obecnie kiedy autorzy seriali, książek czy komiksów zachęcają ludzi do tworzenia na bazie ich światów czy bohaterów, ale Anne Rice wcale tak nie uważała. W 1995 roku na pytanie czy chętnie przeczytałaby to co piszą na bazie jej postaci fani, odpowiedziała:

No, I haven’t. I’m very possesive [sic] of my characters. I think it would hurt me terribly to read anything with some of my characters. I hope you’ll be inspired to write your own stories with your own characters.

Brzmi dość dosadnie, prawda? Ale jasne, jej prawo, jej bohaterowie, jej świat – stworzyła Lestata, Claudię i Louisa.
W tym samym roku na jej stronie pokazała się informacja, że nie życzy sobie tworzenia „spec”, co oznacza mniej więcej, że zakazuje fanom tworzenia historii alternatywnych. Myślicie, że to hardcore? Ha! Czekajcie na rok 2000.

I do not allow fan fiction. The characters are copyrighted. It upsets me terribly to even think about fan fiction with my characters. I advise my readers to write your own original stories with your own characters. It is absolutely essential that you respect my wishes.

To dużo? To teraz trzymajcie się krzeseł – 8.04.2000 roku nazywany jest The Spec Writer Massacre. Nie żartuję! A wiecie dlaczego? Od tego dnia z sieci zaczęły znikać wszystkie strony, na których wisiały fanfiction na bazie „Wywiadu z wampirem”, a ich autorzy i administratorzy stron dostawali wezwania do sądów! Gdyby jeszcze twórcy tych opowiadań czerpali jakiekolwiek korzyści majątkowe, gdyby wydawali te opowiadania, ale nic z tego. Pisanie fanfiction jest formą oddania hołdu autorowi, jest docenieniem jego historii i pracy. Anne Rice i jej prawnicy uważali, że to kradzież. Wyobraźcie sobie – jesteście czternastolatką, która fascynuje się Lestatem, pisze o nim opowiadania, którymi chce się podzielić ze światem, wrzuca to w sieć, a po miesiącu dostaje wezwanie do sądu za kradzież. Ale nie myślcie sobie, że Anne Rice była jedyna.
Następni na ścieżce zupełnego szaleństwa prawniczego byli twórcy Archiwum X. Tego samego Archiwum X, którego fandom rozpoczął coś co dziś jest popularnym shippingiem. To ten fandom wymyślił to określenie i je rozpropagował. A co fandom dostawał w zamian? Listy miłosne od prawników. Dokładnie tak samo traktował swoich fanów Lucasfilm. Zabawna rzecz?

You weren’t allowed to have any explicit content, of which anything queer, no matter how tame, was included, to “preserve that innocence even Imperial crew members must be imagined to have”.

Wiecie, ten sam Lucasfilm, który wymyślił Gwiazdę Śmierci i niszczył planety na oczach jej mieszkańców.
A Anne McCaffrey ktoś kojarzy? Autorkę sagi o smokach i mieszkańcach Pern, którzy walczyli z opadem Nici niosących śmierć? Więc McCaffrey jako pierwsza w jakimś stopniu złagodziła sytuację – zgodziła się na wykorzystywanie jej bohaterów w fanfiction, ale spisała całą masę zakazów i nakazów ergo – można było pisać, ale tylko w określony sposób. No i oczywiście żadnego porno. I postaci homoseksualnych. Za każe odstępstwo? Tak jest – pozew.
You go, Anne!
I nagle na horyzoncie pojawia się J.K.Rowling ze swoim „Bierzcie i piszcie z tego wszyscy!”, później John Green, który twittuje o przeczytanych fanfiction na bazie swoich bohaterów, fandom LOTR szaleje parując ze sobą Aragorna i Frodo, i nagle okazuje się, że można. Że to działa i nikt nie ma z tym problemów. Ba! ludzie książki wydają – patrz 50 twarzy Greya, jasne wątpliwej to jakości powieść, ale wciąż jest wypadkową tego co zrobiła J.K. Rowling. Żaden autor wcześniej nie zachęcał tak bardzo swoich fanów do tworzenia na bazie ich własności. Dzięki temu fandom Harry’ego Pottera ma najwięcej fanfiction na świecie. Serio! Zobaczcie na FanFiction.Net albo Wattpad, czyste szaleństwo. Nawet po tych wszystkich latach, wciąż powstają nowe opowiadania.
John Green powiedział kiedyś jedną, bardzo ważną rzecz: po opublikowaniu książki bohaterowie przestają należeć do autora, stają się własnością czytelników (niestety nie mogę znaleźć dokładnego cytatu). I wiecie, to niesamowite jak wiele zmieniło się przez ostatnie 20 lat – od pozwów za używanie postaci z książek po autorów używających twittera by podzielić się przeczytanym przez siebie fanfiction o własnych bohaterach? Czad! Czasem skutkuje to koszmarkami w stylu 50 twarzy, a czasem perełkami jakie można znaleźć chociażby na polskim Mirriel (idźcie czytać!).

PS: Martin sprzeciwia się fanfiction, które uważa za naruszenie praw autorskich i złe ćwiczenie dla aspirujących pisarzy pod kątem rozwijania umiejętności w budowaniu świata i rozwoju postaci.

Johnlock

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *