Taconafide „Soma 0,5 mg” – takie bardziej „Culture” niż „Watch The Throne”.

Lubię Taco Hemingway’a, wiecie? Uważam, że czego by nie mówić o twórczości warszawskiego rapera jest on swoistym głosem pokolenia, czymś świeżym na krajowym rynku, rapem dla ludzi niesłuchających rapu. Nie jestem zwolennikiem Quebonafide, uważam, że często przesadnie opiera swoją twórczość na zachodnich wzorcach, przez co jego ostatnie albumy są niespójne w kwestii obranej konwencji. Jednakże, w polskiej rapgrze istnieje masa gorszych zawodników od Quebo, którzy w przeciwieństwie do tego twórcy nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Jak to zatem możliwe, że projekt kolaboracyjny tych dwóch panów, czyli Soma 0,5 mg w moich oczach może okazać się największym rozczarowaniem roku? Śpieszę z wyjaśnieniami…

To już movement, a nie muzyka?

Soma 0,5 mg została ogłoszona z dnia na dzień, projekt dwóch najpopularniejszych raperów w naszym kraju ewidentnie miał ambicje, aby stać się czymś na miarę polskiego Watch The Throne. Podwójna platyna właściwie z samych preorderów, szalona popularność singli, wyprzedane koncerty na trasie… Pytanie, czy to wszystko przyniosło nam przemyślany i jednoznacznie dobry album?

Nie przyniosło – zacznijmy od najbardziej ogólnych problemów. Soma 0,5 mg ma ewidentny kryzys tożsamości, z jednej strony rzuca w nas na lewo i prawo chwytliwymi melodyjkami, z drugiej na każdym kroku próbuje oszukać odbiorcę, że ma coś realnego do powiedzenia. Zresztą spójrzmy na sam tytuł, który jest nawiązaniem do powieści Aldousa Huxley’a Nowy Wspaniały Świat. W świecie przedstawionym przez pisarza Soma była narkotykiem dającym złudne poczucie szczęścia. Interpretując w ten sposób tytuł albumu odbiorca ma prawo oczekiwać krytyki współczesnego konformistycznego społeczeństwa, prawda? Błąd, oczywiście refleksje dotyczące stanu duchowego ludzkości się pojawiają, jednak lwią część krążka stanowią popisy Taco i Quebo na temat zarobionego hajsu oraz odnoszenie się do tematu „bycie sławnym to beznadziejna sprawa”.

Jasne – rap powinien być autobiograficzny, wszakże Guru na płycie Jazzmataz Vol.1 w intrze twierdził „Cause hip-hop, rap music, is real. It’s musical, cultural expression based on reality”. Przywołuję tę płytę, ponieważ była eksperymentalna, łącząca jazz i hip-hop na niemalże dwie dekady przed To Pimp A Butterfly Kendricka Lamara. Zmieniła konwencję, była udaną kolaboracją. Autobiograficzne wątki Taco i Quebonafide na Somie są w większości odrealnione dla przeciętnego odbiorcy. Oczywiście możliwe, że w paru miejscach udaje się wywołać u słuchacza pewnego rodzaju współczucie jak np. w zwrotce Taco w Visie:

„Nie poznałem już dawno nikogo
Moje wyjścia już rzadko wychodzą
Moje ruchy niewidzialne jak znajomi z korpo
Już nie wrócą czasy, gdy żyłem anonimowo
Taconafide to jeszcze pogorszy
Idę przez miasto, wzrok ukryty, a wszędzie widzę te oczy
Jedna prośba, nie pokazuj mnie palcem, no proszę
Fifi jak świeże powietrze, coraz rzadziej na dworze”

Jednakże iluzja wywoływania prawdziwych emocji szybko zostaje rozbita przez kolejny wers o zarobionym hajsie albo kiczowate i mało wyszukane odniesienie do popkultury.

Taco Hemingway, przez tematykę utworów stworzonych na ten album, tym samym zasadniczo stracił praktycznie cały swój urok. Na tym etapie niemalże niemożliwe jest utożsamianie się z jego perspektywą. Perspektywą, która jeszcze 2 lata temu była tak bliska każdemu zblazowanemu millenialsowi błąkającemu się bez celu po ulicach wielkiego miasta.

Robię hajs, robię sztukę jak Bogusław Bagsik.

Początek albumu nie zapowiada tragedii. Intro to dość przyzwoity utwór, jeden z niewielu momentów, kiedy czuć pewną nagość emocjonalną i autentyzm, którego temu albumowi tak bardzo brakuje. Klimatyczny instrumental Rumaka (którego bitów nie dane już nam będzie posłuchać w dalszej części krążka), służy za tło do poruszenia z szacunkiem tematu depresji, która jest bardzo przykrą przypadłością mogącą dotknąć każdego bez względu na status materialny. Taco bezpośrednio sygnalizuje tutaj, że ten album chciałby realnie powiedzieć coś ważnego. Widzimy to w wersach:

„Taco na fejmie Quebo, Que na renomie Taco
Spece od sentymentów, trochę tu groszy zgarną
Śpiewać jak w „Candy” będą i zwiększą swój portfel, brawo
Ty tak twierdzisz, ja bym chciał przekazać coś dzieciakom”

Problem jednak tkwi w tym, że ten przekaz, o którym Que wcześniej tak barwnie się wypowiada porównując się do Platona (nie jestem w stanie się nie uśmiechnąć pisząc to zdanie), praktycznie nie istnieje. Realnych refleksji jest tu jak na lekarstwo, brakuje drugiego dna. Wszystko jest tutaj strasznie przetworzone i strawne dla każdego. Chłopaki nie kłamią, kiedy na Metallice 808 padają słowa „trafiamy do każdego, chłopaki weszli w mainstream”. W kwestii instrumentalnej zdecydowanie za dużo jest trapu bez żadnego charakteru. Najbardziej dotkliwym tego przykładem są Ekodiesel i Kryptowaluty. Oczywiście zdarzają się też perełki pokroju instrumentalu do Wiem, który nasuwa skojarzenia z wczesnym Mura Masą. Dobrze wypada też melodyjna zapadająca w pamięć Visa czy budujący skutecznie pewien patos Nóż (brawa dla odpowiedzialnego za ten bit Duita). Jednakże w ogólnym rozrachunku za dużo tutaj zapatrzenia w tak modny trap, a za mało autorskiego sznytu.

Ja wierzę, że u początków był jakiś ciekawy pomysł, jednakże został on kompletnie zgubiony w procesie produkcji, przez co w końcowych fragmentach albumu dostajemy takie dwa cudne fillery jak Giro d’Italia czy Sectumsempra. Auto-tune wykorzystany przez Quebonafide w Giro d’Italia nadaje nowe znaczenie słowu „irytujący”. Taco powtarza tutaj drugi raz, że ma zdjęcie w Vogue’u i rzuca gierkami słownymi związanymi z Włochami. Każdy z Panów narzeka tutaj na własny fanbase – Quebo słowami:

„Młode dziewczynki nie wiem czemu szepczą że kochają
Pogadamy jak zrozumieją dzieci czym jest miłość”

Druga połówka Taconafide rzuca natomiast:

(Fani) ciągle by trapy chcieli, analfabeci jak Charlie Kelly
Bo nie czytają tekstów nigdy, gonią po mieście karabinierii

I słuchając tych fragmentów dochodzę do takiej refleksji, że posiadasz taki fanbase, na jaki sobie zasłużysz. Może młode dziewczynki szepczą do ciebie Quebo, że kochają, bo nagrywasz muzykę, która często do nich trafia? (patrz Candy/Half-Dead). A może, Taco, ludzie nie czytają tekstów, bo przez realizowanie takich projektów, jak Taconafide pokazujesz, że nie ma zbytniego sensu w głębszej analizie tego o czym mówisz na utworach? Hipokryzja – to słowo, którego trudno w kontekście tego albumu, nie dostrzec.

Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy.

Soma 0,5 mg to nie jest album, który ma mieć dużą artystyczną wartość, tylko album, który ma zarobić worki pieniędzy. I najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że to się udaje. Nie miałbym w sumie z tym problemu, gdyby nie krył się z tym, że nie jest niczym więcej niż zbiorem luźnych pioseneczek. Nie kryło się z tym niedawno przesłuchane przeze mnie Tango Rasmentalismu czy Szprycer Taco Hemingway’a. Soma jednak z całym swoim sztucznym patosem udaje współczesne arcydzieło, którym nie jest.

Z każdym kolejnym przesłuchaniem tego albumu jako odbiorcy pokazujemy, że godzimy się na obniżanie standardów jakościowych muzyki rozrywkowej. „Mam wrażenie, że Taco i Quebo mogą w tym momencie nawinąć o czymkolwiek, a ludzie i tak będą się tym zachwycać” powiedział mi jakieś dwa tygodnie temu mój najlepszy przyjaciel. Wtedy broniłem duetu odpalając po raz kolejny Metallicę 808 i chwaląc ciekawe wykorzystanie sampla z The Unforgiven. I Metallica 808 to wciąż bardzo dobry arogancki utwór, jednak dziś projektu Taconafide nie mogę już niestety całościowo bronić. Na Somie jest kilka jasnych punktów i singlowe Tamagotchi, czy wspomniana właśnie Metallica reprezentują przyzwoity poziom. Tamagotchi nie jest jednak hymnem pokolenia, nie reprezentuje tych znudzonych, romantyzujących życie młodych ludzi w taki sam sposób, jak Umowa O Dzieło czy Wosk. Refleksja o skoncentrowaniu się tylko na bazowych potrzebach jest równie prosta (by nie powiedzieć prostacka) jak cały ten krążek. Pozytywnie wypada zamykająca album Soma, która byłaby zgrabnie wkomponowaną klamrą zamykającą ideologicznie cały ten album. Gdyby oczywiście krytyka społeczeństwa nie została na tym krążku sprowadzona do roli niewyraźnego tła. Utwór Soma to dość tradycyjne rozliczenie się z samym sobą i etapem życia, na którym obecnie znajdują się raperzy. Czuć tu pewien autentyzm i na szczególny plus prezentuje się tutaj Taco, który dostarczał nam już w przeszłości utwory o tym charakterze (patrz Koła/Saldo 07’).

Sytuacji nie ratuje też Soma 0,25 mg, na którą składają się nieopublikowane na głównym krążku nagrania i występy gościnne. Refren Bedoesa na 8 Kobiet jest jakimś cudem bardziej przesadnie emocjonalny niż wiele wcześniejszych fragmentów Quebonafide. Kękę coś tam sobie mamrocze na Visie, że chciałby do polityki i, że znów nie zdąży na kolację. Białas pięknie identyfikuje się z motywem przewodnim Somy, czyli „bycie sławnym = beznadziejna sprawa”, a Kaz Bałagane robi Kaza Bałagane. W sumie Kaz z tym swoim osiedlowym flow jest całkiem zabawny. Jedyny występ gościnny, który zapadł mi w pamięć to Dawid Podsiadło na Tamagotchi, jego zwrotka ładnie wpisuje się w utwór i co więcej, rozwija go w stosunku do oryginału. Paluch też wpasowuje się całkiem okej w Ekodiesel, ale ponownie nie mówi nic, co by w jakikolwiek sposób ratowało tę kompozycję.

Podsumowując, Soma 0,5 mg to nie jest rewolucja na miarę Watch The Throne Kanye Westa i Jaya-Z, zdecydowanie bliżej jej do bardzo popularnego Culture Migosów. To album skrojony w pierwszej kolejności pod sukces komercyjny, obdarty z cech charakterystycznych zarówno dla Taco Hemingway’a, jak i dla Quebonafide. Uproszczony w taki sposób, aby zrozumiał go każdy odbiorca (w tym ten bardzo młody). Pozbawiony czegokolwiek, co prowokowałoby do powracania do tego krążka po kilkukrotnym przesłuchaniu. „Stadion nie klub jesteśmy jak Bitelsi” rapuje na Metallice 808 Quebo. Owszem, jak na krajowe warunki jesteście równie popularni, jednakże pytanie brzmi – czy wasza muzyka jest w jakimkolwiek stopniu tak rewolucyjna i wpływowa jak ta czwórki z Liverpoolu? Na to pytanie odpowie sobie każdy po przesłuchaniu Somy. Moja odpowiedź brzmi niestety „nie”.

Ocena: 5,25/10

Najlepsze fragmenty: Intro, Metallica 808, Wiem, Tamagotchi, Nóż, Visa, Soma

Najgorsze fragmenty: Ekodiesel, Kryptowaluty, głupie szowinistyczne pieprzenie Quebonafide na 8 Kobiet, flow Taco Hemingway’a na Mleko & miód, Giro d’Italia, Sectumsempra

Najlepsze wersy:

Taco ma look, jak młody Elvis Presley
Trafiamy do młodzieży, jak stary Kevin Spacey” – Quebonafide, Metallica 808

Małym krokiem ciągle zbliżam się do wielkich ruchów
Robię hajs, robię sztukę jak Bogusław Bagsik
Gdy ja siedzę w studio jakieś pół wakacji
Moim miastem hucznie maszerują nazi
Młodzież tu hailuje bo brakuje pracy
Młodzież łyka bzdury, idą trudne czasy” – Taco Hemingway, Art-B

„Jem homara w pojedynkę, czuję się jak Colin Farrell” – Taco Hemingway, 8 Kobiet

W tym narodzie widzę błędy, wady, jak Koterski
Ale nie chcesz w ogóle słuchać mnie, jak rady farmaceutki
Będę rządził światem, niby Big Pharma” – Taco Hemingway, Wiem

„Spisz swój testament i mi wyślij w DM’ie
Mogę być kim pragniesz, ale byle bez ciebie
Kiedyś śniły mi się chmury, dzisiaj śni się internet” – Dawid Podsiadło, Tamagotchi

Najgorsze wersy:

„Giro, Giro, Giro, Giro, woo
Giro, Giro, Giro, Giro
Giro, Giro, Giro, Giro, woo
Giro, Giro, Giro, Giro” – Quebonafide, Giro d’Italia

Moje myśli są brzydkie
Zrobię z ciebie celebrytkę w tydzień, moje myśli są szpetne
Nocą ruszam szukać zła jak Batman
Jutro znowu będę jak Mahatma” – Quebonafide, Kryptowaluty

„Ja pośpiesznie na parkingu znów się zajadam kaszą (znowu sam)” Kękę, Visa

„Siedzimy razem pijąc miód i mleko
A oczy znów zawędrowały w twojej bluzki dekolt
Przepraszam, ale doskonale wiesz, że kusi mnie to
I chyba to jasne, u mnie zawsze all-inclusive bejbo” – Taco Hemingway, Mleko & Miód

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *