T2: Trainspotting – Slow Slippy

dnia

Wypuszczenie sequela filmu na wskroś kultowego, permanentnie zapisanego w zbiorowej świadomości oddanej grupy fanów zawsze wiąże się z ryzykiem. Gdy robi się to dwadzieścia lat po premierze pierwowzoru, owo ryzyko może okazać się podwójne. Jeszcze z gorszej pozycji startujemy, gdy ów oryginał był dziełem tak zakorzenionym w momencie powstania, tak idealnie trafiającym w kulturowy zeitgeist, a jednocześnie tak świeżym jak pierwsze Trainspotting. A jednak mamy rok 2017, a na przekór temu wszystkiemu na ekrany weszła kontynuacja. Czy może z tego wyjść cokolwiek dobrego?

Abstrahując już od szaleństwa na poziomie samej idei takiego projektu – o czym miałoby T2 opowiadać? Pierwsza część była luźną zbitką anegdot naświetlających nam doświadczenie edynburskiego narkomana z pierwszej ręki. Oczywiście miała dramaturgiczne konsekwencje, postacie ewoluowały, a finał był naturalną wypadkową wszystkiego, co przeszedł główny bohater w ciągu całej akcji filmu, jednak sama formuła była bardzo swobodna. Takie podejście może jednak okazać się niewystarczające w obliczu sequela. Jeśli więc obieramy sobie za cel napisanie godnej kontynuacji, na pewno nie zadowoli tylko przywrócenie tej samej obsady i wzięcie na warsztat kolejnej powieści Irvine’a Welsha. Aby wszyscy byli usatysfakcjonowani, musimy uwzględnić nie tylko następstwa fabularne oryginału, ale również upływ lat, kontekst nostalgii do pierwszego filmu i czasu, w którym powstał, i w końcu współczesności, wszystkich jej konotacji. W jaki sposób Boyle’owi i ekipie uda się to wszystko pogodzić?

mv5bodaxmzmyote4m15bml5banbnxkftztgwmzy2mzixmti-_v1_sy1000_cr0016261000_al_
Foto: IMDb

Ale po kolei – jak więc trzymają się nasi bohaterowie? Mark Renton (Ewan McGregor), z pozoru odmieniony po latach uczciwej pracy wraca na stare śmieci, by odbyć nostalgiczną podróż po swojej młodości. Spud (Ewen Bremmer) dalej bierze, zaprzepaścił szansę jaką mu dał przed laty przyjaciel i tkwi w ciężkiej depresji. Nieskażony odpowiedzialnością kanciarz Sick Boy (Jonny Lee Miller) próbuje dorosnąć, ma nawet obiecujący biznesplan, ale niezmiennie żywi urazę do Marka po zdradzie, jaka go spotkała. I w końcu Begbie (Robert Carlyle), wyprany z sumienia zwyrodnialec ucieka z więzienia zdeterminowany nadgonić stracony czas. Na całej czwórce ciążą demony przeszłości, wszyscy jednak skrywają krztynę nadziei na zmiany.

Nie będę tutaj się zbytnio zagłębiał w szczegóły scenariusza produkcji, bo duża część zabawy wiąże się z odkrywaniem dokąd ta historia pójdzie. Dość powiedzieć, że nie jest to wybitnie oryginalny kierunek, a zanim właściwa fabuła ruszy z kopyta spędzimy sporo czasu klucząc w miejscu. Niektóre wątki nie mają właściwie  żadnych dramaturgicznych celów, albo są pretekstem dla średnio potrzebnych cameo innych starych bohaterów. Historia zdaje się stać w niepewnym rozkroku pomiędzy epizodyczną strukturą oryginału z wieloma arcy-zabawnymi momentami (improwizowany występ na potańcówce religijnych fanatyków to komediowe złoto), a bardziej skupioną opowieścią silącą się na poważniejsze podejście do postaci.

Film porusza wiele potencjalnie intrygujących tematów dotyczących współczesnego świata – trochę krytyki mediów społecznościowych, trochę o problemie imigracji w kontekście ekonomicznym czy kulturze nostalgii. Zamiast jednak faktycznie je zgłębić, częściej chaotycznie skaczemy po tematach, które w pędzie historii ostatecznie się rozmywają. W filmie dzieje się naprawdę dużo, w tej plątaninie wątków i stylów narracyjnych czasami nie bardzo wie czego się uczepić. Próba psychologicznego umotywowania jednej z postaci niefortunnie spłyca ją, a potem i tak konstrukcja fabuły sprowadza ją w trzecim akcie do poziomu złoczyńcy z kreskówki albo i slashera. Takiej niekonsekwencji i niezdecydowania w kwestii tego, czym ta historia ma być, jest tu niestety dużo, co potrafi uczynić seans momentami dość frustrującym doświadczeniem.

mv5bmtawoda5odmzmzleqtjeqwpwz15bbwu4mda2njmymtey-_v1_sx1500_cr001500999_al_
Foto: IMDb

Nieprzypadkowo tyle słów wcześniej poświęciłem na podkreślenie jak trudne zadanie mieli przed sobą twórcy filmu. Nadanie nowej jakości Trainspotting nie poświęcając przy tym magii oryginału nie przerosło Boyle’a, jego przeogromne wysiłki  w szukaniu świeżych rozwiązań są odczuwalne na każdym kroku. Dzieło jest naszpikowane popisowymi środkami filmowymi – liczne wizualne metafory, wymyślne jazdy kamery, frenetyczny montaż. W ten sposób próbuje przenieść punk-rockową energię „jedynki” do ery cyfrowej i wychodzi mu to całkiem sprawnie, choć czasami wydaje się próbować za bardzo przytłoczyć nas nową dawką scen mających dorównać ikoniczności pierwowzoru.

Ważnym aspektem w kreowaniu vibe’u Trainspotting zawsze był fantastyczny soundtrack. Tutaj jest pod tym względem całkiem ciekawie. Są oczywiście współczesne kawałki – poważny lub mniej poważny newschoolowy rap Young Fathers czy The Rubberbandits będący groteskowym kontrapunktem dla niepasujących do tego świata bohaterów, ale i emocjonalna odtrutka w postaci dobrej alternatywy od Wolf Alice. Kulminacyjnym momentom towarzyszą o dziwo szlagiery lat 80’tych od Queen czy Frankie Goes to Hollywood. W końcu są i odświeżone wersje kawałków z OST oryginału, które moim zdaniem wypadły najsłabiej, choć te wątłe echa dawnych brzmień w kontekście treści całego filmu mogą wskazywać na pewną celowość.

mv5bzguwm2nimtitodixyi00yjdhltlmmmetowfiotmwnjyzy2nml2ltywdlxkeyxkfqcgdeqxvynjg3mjm1mde-_v1_sx1777_cr001777952_al_
Foto: IMDb

Jest dużo prawdziwej emocji w T2, ale jeszcze więcej nieprzyjemnej wtórności i wspomnianej wcześniej niespójności, braku spinającej wszystko centralnej idei. To nie jest w żadnym wypadku zły film – nic, co tak tryska kreatywnością i unika skrótów nie może być nazwane całkowitą stratą czasu. Prawdopodobnie lepszej kontynuacji nie mógłby nakręcić nikt inny, jednak nie jestem w pełni przekonany, że była potrzebna. To po prostu dzieło trochę zbyt ambitne dla własnego dobra, z nadmiarem pomysłów na siebie i na to, o czym chce opowiedzieć. Warte uwagi dla każdego, kto pokochał „jedynkę”, jednak prawdopodobnie nie zostanie w naszej pamięci równie długo.

Ocena: 6/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *