Szekspir, inaczej

W historii kina żaden pisarz nie doczekał się tak olbrzymiej ilości adaptacji jak Bard znad Avonu. Nic dziwnego, zważywszy na uniwersalny charakter treści jego dramatów, na przestrzeni wieków inspirujący twórców wszystkich chyba dziedzin artystycznych. Liczność przeróżnych trawestacji, luźnych wariacji czy polemik z dziełami Szekspira do dziś powstających imponuje i nie powinna pozostawić żadnego miłośnika sztuki obojętnym.

Jak więc z filmem, medium wydawałoby się, najbardziej nieograniczonym ze wszystkich? Konserwatywnie i zachowawczo, jeśliby patrzeć z perspektywy historycznej. W czasie, gdy teatr przyzwyczajał już odbiorców do eksperymentowania, niemal oczekiwało się, idąc na spektakl, że reżyser zaskoczy nas czymś szalenie oryginalnym i świeżym, powie za pomocą dzieł Williama coś, co nie zostało wcześniej powiedziane, twórcom filmowym zdawało się brakować wyobraźni. Większość adaptacji Szekspira, od filmowej prehistorii do dnia dzisiejszego, to po prostu przeciętne inscenizacje sceniczne, przeniesione w warunki atelier. Manieryczny Marlon Brando jako Marek Antoniusz, patetyczny Henryk V Laurence’a Oliviera, cukierkowy Zeffirelli czy dzieła wielokrotnego zwycięzcy nagrody za największe ego sztuki aktorskiej (Kennetha Branagha) – te obrazy najprędzej będą przychodzić na myśl po usłyszeniu hasła „Szekspir na ekranie”.

Foto: IMDb

Nie są to oczywiście wyłącznie filmy złe, sam jestem fanem inscenizacji Branagha i jego szekspirowskiego puryzmu (nie wycina prawie nic z tekstów oryginału), ale to nie jest kino. Kino mówi innymi językami, rządzi się odmiennymi prawami, a rozwiązania typowe dla teatru telewizji nigdy nie będą funkcjonować naturalnie na wielkim ekranie. A można inaczej, przecież jest tyle możliwości realizacyjnych, tyle wariantów choćby gatunkowych. Kroniki historyczne posłużyłyby jako idealna kanwa dla poruszających aktualne tematy thrillerów politycznych, Kupiec wenecki to genialna tragikomedia m.in. o uprzedzeniach etnicznych i narodowościowych, a Miarka za miarkę to w zasadzie gotowy scenariusz do wysoko-artystycznego filmu pornograficznego… nic tylko puścić wodze fantazji i eksperymentować!

Na szczęście byli tacy twórcy, którzy faktycznie zrobili z Szekspirem coś naprawdę nietuzinkowego w obrębie medium filmowego. Ich dziełom poświęcam resztę tekstu. Oto subiektywny przegląd ciekawych, oryginalnych, czasami nieco dziwnych adaptacji dzieł Barda. W programie m.in. science-fiction, musical, animacja i film samurajski. Zapraszam!

Zakazana planeta (1956)

Plakat: IMDb

Film reprezentatywny dla będącego na marginesie kina komercyjnego w USA lat 50’tych gatunku science fiction. Jest to rzecz przełomowa pod kilkoma względami, choćby jako pierwsza znana produkcja o eksploracji kosmosu z zupełnie nowym, wykreowanym światem, kiedy większość sci-fi z tego okresu opowiadało o ataku kosmitów na Ziemię. Wyróżniał się też tym, że poza pulpowym rodowodem fantastyczno-naukowym, czerpał także z klasycznej literatury – to luźne nawiązanie do szekspirowskiej Burzy.

Z oryginału pożycza jednak tylko trzon historii – mała grupka osób z ważną misją trafia na wyspę, bądź planetę zamieszkaną przez starego pustelnika z kompleksem Boga, jego córkę, którą ten pragnie oddać pod władzę innego mężczyzny oraz wiernego służącego, w przypadku Planety robota Robby’ego. O ile jednak Burzę odczytuje się głównie jako opowieść o zemście, sprawczej mocy artysty i kolonialnym odczłowieczeniu, film Wilcoxa to psychoanalityczny horror o potworach drzemiących w człowieku.

Ciekawa ideowo, choć nieco spłycona, kiczowata, z przestarzałą polityką genderową i wywołującymi śmiech efektami specjalnymi – Zakazana planeta pozostaje mimo wszystko obowiązkową pozycją dla fanów klasycznego sc-fi i spragnionych oryginalnego podejścia do Szekspira.

Lektury ponadprogramowe:  Za mało sci-fi dziwactwa dla Was? Zawsze jest Król Lear (1987) Godarda, nowofalowy odjazd z motywem post-apo.

Tron we krwi (1957)

Foto: IMDb

Jaki z tego Kurosawy był gość! Jak on ogrywał te przestrzenie, potrafił zdynamizować każdy kadr, zrobić coś z niczego. Nie ma ani jednego zmarnowanego ujęcia w jego filmach, ani chwili znużenia. Zawsze coś albo ktoś się rusza, aktywizuje nas w akcję filmu. Choć czerpał dużo z tradycji teatralnej, m.in. manierę aktorską kabuki, jak nikt rozumiał język kina.

Jeśli już jesteśmy przy temacie języka – to właśnie słowo, poezja były zawsze najpotężniejszym narzędziem Szekspira. Nie to o czym opowiadał, a jak to wyrażał. Historie o zemście czy upadku moralnym człowieka istniały wcześniej, ale nikt jeszcze tak dobrze nie przedstawił targających bohaterami uczuć i stanów psychicznych poprzez ostre jak brzytwa werbalne wiązanki, jak robił to Bard. A u Kurosawy nie ma nic z oryginalnego tekstu Makbeta. Nie ma monologów o sztyletach czy przechodnich półcieniach, Tron we krwi opowiada niemal wyłącznie wizualnie.

Spowite mgłą zamczyska, niszczycielskie fale maszerujących przez pola armii, naszpikowany strzałami bohater z dzikim przerażeniem w oczach, malarsko wykadrowane labirynty lasów i zamieszkujące go motywy inspirowane japońską ludowością – te wszystkie obrazy zapisują się w pamięci każdego widza filmu. Olbrzymi rozmach, niesamowicie plastyczne budowanie przestrzeni i oryginalne pomysły na przedstawienie scen, które wcześniej mogła ograniczać scena teatralna.. ale i pewna subtelna kameralność, kiedy wydaje się konieczna, głównie w intymnych (choć pełnych emocjonalnego dystansu) scenach pomiędzy tutejszymi odpowiednikami Makbeta i Lady Makbet.

Doskonały przykład swoistej „wymiany kulturowej” z twórczością Szekspira i arcydzieło filmowe zarazem.

Lektury ponadprogramowe: To oczywiście nie jedyne spotkania japońskiego mistrza z Szekspirem, jest też kryminalna wariacja na temat Hamleta – Zły śpi spokojnie (1960) i prawdziwy malarski majstersztyk – Ran (1985), interpretacja Króla Leara.

West Side Story (1961)

Plakat: IMDb

Kultowa filmowa wersja broadwayowskiego musicalu to nie tylko gangsterska wersja Romea i Julii, ale i stworzyła swoje własne dziedzictwo. Stała się całkowicie samodzielną legendą, wielu już nawet nie utożsamia zdobywcy 10 Oscarów z twórczością Szekspira.

Tryskająca młodzieńczą energią muzyczna podróż to arcydzieło inscenizacji i choreografii, głos pokolenia, socjologiczne stanowisko i epicka historia miłosna w jednym. Każda piosenka tutaj wpada w ucho błyskawicznie i nie opuści go nigdy.

Lektury ponadprogramowe: Kenneth Branagh nakręcił musicalowe Stracone zachody miłości (2000) – nie widziałem, nie ręczę, ale istnieje.

Falstaff (1965)

Foto: IMDb

Wybitny amerykański reżyser, szarlatan i alkoholik o wrażliwej duszy również spełniał się jako adaptator Szekspira. Moim zdaniem najciekawszą jest wariacja na temat historycznej „henriady” – Falstaff. Nakręcony na bardzo ograniczonym budżecie, nie zdobył uznania w USA, za to odnalazł widzów w Europie i dziś dzięki przychylnym opiniom krytyków ma opinię zapomnianego arcydzieła.

Dramaty o początku rządów Lancasterów to w dużej mierze opowieści o brzemieniu władcy, ale i dorastaniu, konieczności osierocenia swojego wewnętrznego dziecka. Dla Orsona Wellesa ten drugi wątek wydał się ważniejszy, w szczególności ze względu na niezwykle charakterystyczną postać Falstaffa. Podważający autorytety tchórzliwy pachołek, bez większych ambicji, z bardzo elastycznymi zasadami moralnymi, przesadnie gustujący w miodzie i panienkach i całkowicie zadowolony z siebie – reżyser bardzo się z tą postacią utożsamiał, więc nie powinno dziwić obsadzenie siebie samego w tej roli.

To fenomenalna, zniuansowana kreacja, jak zresztą większość występów aktorskich w filmie. Na wyróżnienie zasługują przede wszystkim Gielgud w roli starzejącego się króla i znana chociażby z La Notte Jeanne Moreau jako ulubiona prostytutka Falstaffa. Dobór scen z różnych dzieł Szekspira i zaskakujące ich reinterpretacje inscenizacyjne nadają przedstawianym postaciom i wypowiadanym kwestiom zupełnie nowe wymiary. Od strony technicznej dzieło również imponuje – pięknie kadrowanie, kompleksowe wykorzystanie kameralnych przestrzeni, specyficzne zabiegi montażowe i wizualne metafory. Wyjątkowy naturalizm i komunikatywna siła bitwy pod Shrewsbury inspirowała twórców jeszcze wiele lat po premierze. Branagh czerpał w Henryku V, ale przecież również w zeszłorocznym sezonie Gry o Tron, Bitwa Bękartów znacząco cytowała kluczowe momenty filmu Wellesa.

Lektury ponadprogramowe: Makbet (1948) i Otello (1952) bardziej funkcjonują jako interpretacje narcyzmu Wellesa niż dzieł Barda, niemniej są przepiękne plastyczne i nienaganne aktorsko.

Moje własne Idaho (1991)

Foto: IMDb

Wczesny film Gus van Santa to luźne, acz wyraźne nawiązanie do motywów z „henriady”, do której mam pewną słabość, bo w odróżnieniu od innych historycznych nudziarstw Barda, nie jest ani propagandą, ani groteskową rzeźnią. Niedościgniony wzór dla wielu późniejszych opowieści inicjacyjnych.

Rolę księcia Harry’ego przejmuje tu postać Keanu, młodego człowieka przeznaczonego do przejęcia schedy po szanowanym ojcu, schodzącego na złą drogę w celach poniekąd „strategicznych”, by później podbić wartość swojej „przemiany” w porządnego obywatela. Oczywiście duże znaczenie ma dla niego także przywiązanie do przyjaciół z nizin, a w filmie van Santa dochodzi do tego wątek gejowski, nieodwzajemniona miłość Mike’a (River Phoenix) do Scotta (Reeves).

Klasyczna historia o poszukiwaniu siebie. Oprócz Szekspira można tu doszukać się masy odwołań zarówno do poezji jak i kultury popularnej (słynna scena z ożywającymi magazynami pornograficznymi), ale też specyficzne naśladowanie dokumentalności w scenach dialogów uliczników. Wszystko to podane w powolnym, leniwym rytmie narracji. To niepokorne, off-beatowe kino pozbawione schematów fabularnych, przewidywalnych kulminacji, za to całkowicie podlegające wizji reżysera.

Lektury ponadprogramowe: Ciekawostka – pierwsza filmowa adaptacja Szekspira z motywem genderowym, kobiecy Hamlet to rok 1921! Androgyniczna Asta Nielsen w roli tytułowej.

Król Lew (1994)

Foto: IMDb

Czołowa produkcja „disnejowskiego renesansu” lat 90’tych na zawsze zakorzeniła się w popkulturze. Jest to też oczywiście wariacja na temat szekspirowskiego Hamleta, choć nie tylko, bo historia młodego księcia wyrastającego z hedonizmu i uczącego się odpowiedzialności, ma wiele wspólnego z często powracającym tutaj Henrykiem IV.

Ciężko powiedzieć coś oryginalnego o dziele, w którym każdy element osiągnął rangę kultowości. Każda postać, każda scena, każda piosenka. Rewolucyjne połączenie animacji tradycyjnej z komputerową. Niektórzy z bardziej krzykliwych fanów są w stanie zdiagnozować u kogoś psychopatię na podstawie tego, że nie płakał po Mufasie. Hakuna matata, chciałoby się powiedzieć.

Lektury ponadprogramowe: Nie mam ciekawych propozycji z zakresu animacji, ale jak ktoś lubi kroniki, to jest świetny serial BBC The Hollow Crown na podstawie obu tetralogii, z niesamowitą obsadą. Warto rzucić okiem.

Ryszard III (1995)

Foto: IMDb

Oryginalny tekst zachowano (choć w mocno i, czasami krzywdząco okrojonej formie), ale akcję przeniesiono w inne realia, mianowicie lata 30’te i przypominającą III Rzeszę, fikcyjną faszystowską Brytanię. Zamiast w tradycyjnych szlacheckich strojach, bohaterowie chodzą umundurowani. Bawią się w neogotyckim Royal Pavilion, w wystawnych wnętrzach jak z filmów Viscontiego, a więźniów trzymają w bunkrach przypominających nazistowskie katownie. Bitwy toczą pod elektrownią z okładki Pink Floydów, a zamiast koni, „dosiadają” czołgów i jeepów. Plus słuchają dużo jazzu i ragtime’ów.

Sam ten wyjściowy pomysł inscenizacyjny nie jest oczywiście w żadnym stopniu nowy i ma dość długą historię na deskach teatru, jest niemal tak stary jak sam faszyzm. Reżyser i aktorzy podeszli jednak do tego, skrajnie nieoryginalnego tematu z dużą samoświadomością i autoironią, przerysowując oczywiste analogie i ikonografię. Rezygnują z realizmu i idą w groteskę. Całość jest komiczna, kreskówkowa, kiczowata, ale czy nie taka jest trochę ta sztuka, jeśli spojrzymy na nią z dystansu? Wystarczy tylko podkręcić estetykę i cała ta śmieszność unaocznia się. Niech zacznie padać deszcz w momencie, gdy Clarence wygłasza swój monolog. Niech cały perwersyjny flirt Ryszarda z Anną odbywa się w kostnicy. Niech król uzurpator w ostatnich swoich chwilach śmieje się diabolicznie, spadając w cyfrowe płomienie. Zapomnijmy o wszelkich granicach dobrego smaku.

Przerysowana, przeaktorzona, campowa uczta.

Lektury ponadprogramowe: Więcej Szekspira w estetyce nadmiaru? Burza (1979) Dereka Jarmana powinna zadowolić każdego spragnionego.

Tytus Andronikus (1999)

Foto: IMDb

Postmoderna na całego, czyli spojrzenie Julie Taymor na wczesną, fatalną tragedię zemsty Barda.

Już pierwsza sekwencja pozbawi nas złudzeń, że będzie to zwyczajna adaptacja sztuki. Zamiast do starożytnego Rzymu, przenosi nas do mieszkania perfekcyjnej amerykańskiej rodziny, jakby wyjętego z reklamy z lat 50’tych. Ten idylliczny obrazek zakłóca nam przepełniony niezrozumiałą agresją, pastwiący się nad swoimi humanoidalnymi zabawkami mały chłopiec. Beztroska zabawa w wojnę zostaje jednak brutalnie przerwana eksplozją, po którym szkrab zostaje wyniesiony z bombardowanego mieszkania przez wojownika rodem z innej epoki. Teraz znajdujemy się w antycznym amfiteatrze, co powinno sugerować wejście na właściwe tory. Jednak zaraz po tym na scenę wchodzi ożywiona, chińska terakotowa armia… a to dopiero pierwsze pięć minut filmu.

Takich niespodzianek reżyserka zaserwuje nam jeszcze wiele. Zmiany na gruncie planu czasowego czy stylu narracji nie są podyktowane żadnym racjonalnymi zasadami, a raczej tym, co najintensywniej może zadziałać na widza w danym dramaturgicznym momencie. I choć treściowo podążamy niewolniczo za słowem Szekspira, to formalnie idziemy całkowicie w poprzek. Raz będziemy oglądać wystawne, pompatyczne widowisko, innym razem groteskowe dziwactwo budzące skojarzenia z dziełami Greenawaya czy Felliniego, jeszcze innym razem wideoklip rodem z MTV.

Reżyserka ma nieskończenie wiele pomysłów, jak dzięki wymyślnej inscenizacji i doskonałemu wyczuciu „filmowości” utrzymać nasze zainteresowanie, pozbyć się teatralności. Co nie znaczy, że rzecz nie broniłaby się samymi aktorami – zarówno zwykle stonowany, a tutaj miejscami zaskakująco kabotyński Hopkins, jak i dynamit z bardzo krótkim lontem w postaci Jessici Lange w roli królowej Gotów, czy soczyście zmanierowany, homoerotyczny Cumming jako cesarz, dają prawdziwy popis.

Lektury ponadprogramowe: Klasyk postmodernizmu, czyli Greenaway i jego Księgi Prospera (1991). Plus legendarna trawestacja Hamleta Toma Stopparda – Rosencratz i Guildenstern nie żyją, także w wersji filmowej z 1990.

Koriolan (2011)

Foto: IMDb

W swoim debiucie reżyserskim Ralph Fiennes wziął na warsztat najdziwniejszą i najtrudniejszą z tragedii Barda. Polityka przyćmiewa w niej dramaty osobiste, a nade wszystko sztukę pozbawiono psychologizowania – kompletny brak popisowych monologów i solilokwiów. To rzecz behawiorystyczna, tu działania bohaterów mówią wszystko, co musimy o nich wiedzieć, a resztę kształtuje siła sugestii.

Pomysł oparto na przeniesieniu dramatu w konwencję filmu wojennego, miejscem akcji uczyniono fikcyjny współczesny Rzym, do złudzenia przypominający rzeczywistość europejskich państw socjalistycznych i postkomunistycznych, a sama przedstawiona wojna z kolei cytuje konflikty bałkańskie po upadku ZSRR. Żołnierze używają nowoczesnej broni palnej, plebejusze strajkują pod silosami ze zbożem, media komentują wszystkie wydarzenia, ale esencja historii pozostaje taka sama. W niezmienionej formie zachowany został także sam tekst Szekspira, ale w odróżnieniu od np. Romea i Julii Luhrmanna, taki zabieg wypada całkiem naturalnie. Być może dlatego, że w sformalizowanym środowisku intryg politycznych i uniwersalnych problemów dysproporcji społecznych, nawet tak archaiczny język wydaje się bardziej adekwatny do sytuacji, niż gdy nastoletni członkowie gangów mówili poezją.

Technicznie, reżysersko i operatorsko całość wykonano nienagannie. Film ma dorównujący hollywoodzkim superprodukcjom rozmach, masę pomysłowo wykonanych scen zbiorowych i w najlepszych momentach ogląda się go nie gorzej niż widowiskowe, ale przy tym naturalistyczne kino wojenne godne dzieł Ridleya Scotta czy Kathryn Bigelow, albo efekciarski polityczny thriller. Czasami ciut za dużo tu amerykańskich zabiegów typowych dla takich produkcji, w rodzaju dramatycznych zoomów czy zbyt patetycznej muzyki. Ogólna „epickość” filmu zapewne podyktowana obecnością Johna Logana w roli scenarzysty rzadko na szczęście odwraca uwagę od tego, co tu najważniejsze – głównych bohaterów i napięcia pomiędzy nimi.

W rolach głównych Ralph Fiennes, Gerard Butler i Vanessa Redgrave. Niedoceniona perła.

Lektury ponadprogramowe: Oprócz wspomnianego już Luhrmanna, zabieg uwspółcześnienia dramatu z zachowaniem oryginalnego tekstu wykorzystał interesująco także Joss Whedon w swoim Wiele hałasu o nic (2012)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *