„Stranger Things” – Do trzech razy nostalgia

dnia

Nostalgia, jak tu jej nie kochać. Szczególnie za latami 80., w których dominowały neony, syntezatory, kasety VHS, papierowe RPG oraz kino nowej przygody. 4 lipca premierę miał 3. sezon Stranger Things, czyli najgłośniejszy tytuł celebrujący popkulturę sprzed 3 dekad. Czy magia „ejtisów” nadal działa?

Pierwszy Stranger Things pojawił się w 2016 roku jak grom z jasnego nieba, błyskawicznie stając się popkulturowym fenomenem. Urzekał swoją stylistyką, nagromadzeniem odniesień do lat 80. i konwencją łączącą kino nowej przygody z kinem młodzieżowym, horrorem i science-fiction. Imponujące też było, jak bracia Duffer bardzo zgrabnie operowali schematami, stereotypami i konwencjami, tworząc z tego naprawdę spójną, emocjonującą historię. Kiedy pierwszy sezon dobiegał końca, pozostawało parę niedomkniętych wątków zapowiadających kontynuację.

15 miesięcy później premierę miał sezon drugi, który spotkał się już z nieco mieszanym odbiorem. W gruncie rzeczy duet showrunnerów poszedł najłatwiejszą drogą – po prostu dali drugi raz to samo, tyle że więcej i mocniej. Wróciliśmy do świata lat 80. w ślicznej oprawie audiowizualnej, dostaliśmy nasze kino nowej przygody z masą humoru, akcji i nawiązań. Brakowało jednak świeżości.

Okazało się też, że wbrew temu, co sugerowało zakończenie pierwszego sezonu, nie ma tu tak naprawdę większego pomysłu na dłuższą historię. Nie ma poczucia, że 2. sezon musiał w ogóle powstać, stanowi rozwinięcie fabuły, świata i bohaterów (przynajmniej w większości). Czuć było „epizodyczność” typową dla odcinków przeciętnej kreskówki albo wymuszonego sequela. Uciekał się on do tych samych schematów, a postacie mierzyły się z podobnymi problemami, tylko antagoniści ulegli nieznacznym zmianom.

Foto: Kultura – Gazeta – Gazeta.pl

Inwazja porywaczy czasu

Trzeci sezon pod tym względem wypada nieco lepiej. Na chwilę odpuszczono sobie Demogorgonów, powrócił tylko Łupieżca Umysłów, ale w zmienionej postaci, a na dokładkę otrzymujemy wielką konspirację, za którą stoi Związek Radziecki.

Łupieżca Umysłów po przegranej walce z Jedenastką został uwięziony w naszym świecie i zaczął przybierać fizyczną formę. Wykorzystuje do tego ludzi – nad niektórymi przejmuje kontrolę, a niektórych po prostu absorbuje do budowy swojego ciała. Tworzy to oczywistą analogię do Inwazji porywaczy ciałBloba oraz legendarnego Coś Johna Carpentera. W nowym sezonie istnieje więcej elementów body horroru ocierającego się o gore. Serial coraz odważniej podchodzi do grozy czy scen przemocy, nie unikając momentami drastycznych i niepokojących scen. Główny antagonista wizualnie prezentuje się kapitalnie – to wielka groteskowa, autentycznie przerażająca i odpychająca masa zlepiona z ludzkich tkanek. CGI uległo dużej poprawie i w wielu momentach można wręcz odnieść wrażenie, że potwór jest namacalny.

Obok niego antagonistami są (jak to bohaterowie mówią wprost) „źli Rosjanie”, którzy infiltrują miasto Hawkins i w jego podziemiach przeprowadzają szalone eksperymenty. Element zimnowojenny prawie w ogóle nie był poruszany w serialu, chociaż wydawał się oczywisty w kontekście lat 80. Tutaj przede wszystkim wkraczają wątki zaczerpnięte z Czerwonego Świtu, ale też widać wyraźnie inspiracje Gwiezdnymi Wojnami. Bohaterowie muszą infiltrować bazę wroga i dokonywać akcji sabotażowych. Na przemian dostajemy niepokojące i maksymalnie obrzydliwe sceny żywcem wzięte z Davida Cronenberga, oraz akcje osadzone w retro-futurystycznych i sterylnych placówkach, co wprowadza miłą różnorodność.

Foto: Antyradio

Akcja akcją, ale jak historia?

Niestety scenariusz nie uległ aż takiej poprawie. Nie otrzymujemy żadnego poważnego rozdziału wielkiej historii. To po prostu kolejny przyjemny, ale też mało potrzebny sequel bez większych ambicji.

Budżet wyraźnie rośnie z każdym sezonem, dzięki czemu jakość techniczna wypada coraz bardziej imponująco. Fantastyczne zdjęcia, paleta barw, scenografia lat 80, czy efekty które w ostatnim sezonie stoją niemal na hollywoodzkim poziomie. Serial coraz bardziej bawi się nawiązaniami do lat 80 – czy to w formie zabawy konwencją, cytatów, rekonstrukcją scen, wątków, czy gościnnych występów popularnych aktorów z tamtego okresu (Sean Astin, Cary Elwes). Nowy Stranger Things bawi, posiada pomysł na kilka ciekawych wątków, ale nie na ogólną całość.

Co pierwszy sezon miał…

Pierwszy sezon działał fantastycznie jako zamknięta historia przenosząca wszelkie popkulturowe stereotypy sprzed 3 dekad. Bohaterowie to były w dużej mierze klisze – zbieranina nerdów, którą znamy doskonale z takich filmów, jak Goonies czy E.T. To jednak nie przeszkadzało, ponieważ w ramach konwencji i jednego, 8-odcinkowego sezonu działało świetnie. Duża była w tym zasługa samej estetyki lat 80. Wszechobecne neony, syntezatorowa muzyka, moda, styl życia, albo po prostu nawiązania wizualne, intertekstualne do najróżniejszych dzieł popkultury z tamtego okresu – w 2016 roku było to świeże i imponujące w swojej skali.

Poza stylistyką i nostalgią mieliśmy też  zwartą i angażującą emocjonalnie historię. Nie tylko łączyła wszelkie tropy kina nowej przygody w spójną całość, ale też miał silne podłoże emocjonalne. Historia zaczynała się od zaginięcia Willa. Mimo iż mieliśmy do czynienia z historią science-fiction o podróżowaniu między wymiarami, wydarzenie takie jak zniknięcie małego chłopca jest autentyczną tragedią. Serial pokazywał, naprawdę szczegółowo i wiarygodnie, jak taka sytuacja wpływa na otoczenie, jak reaguje rodzina, przyjaciele, jak emocjonalnie ich wyniszcza, prowadzi do histerii i konfliktów. Dzięki temu sezon od początku do końca trzymał w napięciu, a humor, akcja czy elementy kina nowej przygody świetnie spuszczały z tonu.

…a czego drugi i trzeci sezon nie mają?

Niestety (lub stety) zachciano kontynuować serial i już za drugim i za trzecim razem klimat lat 80. przestaje już robić takie wrażenie. Nie tylko widzieliśmy to w pierwszym sezonie, ale też w wielu innych mediach. Mieliśmy takie popularne filmy jak To, Thor: Ragnarok, Player One, Bumblebee, Baby Driver, Laleczka, ale też seriale jak częściowo Czarne Lustro czy Dark. Poza estetyką „ejtisów” i konwencją kina nowej przygody niewiele tak naprawdę Stranger Things ma do zaoferowania.

Wielu widzów bardzo chwali bohaterów, ale większa w tym zasługa gry młodej obsady, aniżeli scenariusza. Archetypiczne postacie mogły działać w ramach jednego sezonu, ale nie całego serialu, bo wtedy widać jak proste są to postacie. Mike jest wrażliwym typem nerda, Dustin nerdem-comic reliefem, Lucas nieco porywczym nerdem. Nancy jest typową naiwną nastolatką z ambicjami, a Jonathan nastoletnim outsiderem. Z młodej obsady tylko Jedenastka się wybijała, ale tylko za sprawą swojej mrocznej, tajemniczej przeszłości. Kiedy dowiedzieliśmy się o niej wszystkiego w sezonie pierwszym, okazuje się że poza tym nic ciekawego nie ma do zaoferowania. W dalszych sezonach jest zwyczajną, nieco nieśmiałą nastolatką, tylko że z supermocami. Z tego też powodu najgorszą częścią ostatnich sezonów jest ich pierwsza połowa skupiająca się na wątkach obyczajowych. Są to do bólu schematyczne teen dramy pokroju trójkątów miłosnych, zazdrości między przyjaciółmi, czy problemy w życiu szkolnym lub zawodowym. Większość z nich nie pełni żadnej roli w fabule, nie prowadzi do żadnego rozwoju w charakterologii, a jedynie rozciągają sezon do obowiązkowych 8 odcinków.

Brakuje w drugim i trzecim sezonie wyraźnego trzonu fabularnego, czegoś co by spinało wątki ze sobą. Pierwsza połowa to głównie filery skupiające się na obyczajówce, a druga połowa skupia się na tytułowych „dziwnych rzeczach” – nadprzyrodzonych zjawiskach, skupiających wokół siebie bohaterów. Brakuje już tak silnego, emocjonalnego wydźwięku jak w pierwszym sezonie, czegoś co kazało by nam traktować historię poważniej.

Foto: Iamag

Pomysł na „dziwne rzeczy”, ale nie na całość

Po obejrzeniu trzech sezonów dochodzę do wniosku, że bracia Duffer nie mają większego planu na cały serial. Mieli idealnie rozplanowany sezon pierwszy, w którym wszystko miało swoje uzasadnienie, pełniło rolę i skutecznie łączyło dramat, z komedią, horrorem i przygodą.

W późniejszych sezonach twórcy mieli fajnie zaplanowane sceny, inspiracje latami 80., pojedyncze wątki albo nawet story arci niektórych bohaterów – ale nie mają planu na całość. W rezultacie tworzy to losową zbieraninę wątków, żeby nie mówić bałaganu. W drugim sezonie mieliśmy naprawdę ciekawie i zabawnie rozpisany wątek Stevea i jego relację z Dustinem, oraz przejmujący wątek Jim Hoopera który musi stać się zastępczym ojcem dla Jedenastki. Ale poza tym nie działo się nic ciekawego z pozostałymi bohaterami. Mike i Jedenastka nieudolnie próbowali się spotkać, Will ponownie został poddany siłom „drugiej strony”, a Lucas i Dustin rywalizowali o względy (naprawdę mdłej i nieciekawej) Maxine.

Tak samo jest z sezonem trzecim. Mike i Jedenastka chwilowo zrywają ze sobą z powodu błahostki, Nancy, Jonathan, Steve i (nowa bohaterka) Robin zmagają się z problemami życia dorosłego. Jedynym autentycznie ciekawym wątkiem, ukazującym rozwój postaci jest ten dotyczący (ponownie zresztą) komendanta Hoopera, jego relację z Jedenastką i z Joyce. Wciągające jest oglądanie jak postacie Davida Harboura i Winony Ryder zarówno radzą sobie z bolesną przeszłością, starają się być najlepszymi rodzicami, powoli tymczasem zbliżając się do siebie, a w między czasie muszą rozwikłać wielki, rządowy spisek i uciekać przed rosyjskim agentem wzorowanym na Terminatorze. To też bohaterowie najmniej popadający w schematy lat 80, postacie najbardziej skomplikowane i zniuansowane.

Podsumowanie

Serial Stranger Things powoli zaczyna cierpieć na wyczerpanie materiału. Wykorzystuje sprawdzone metody cały czas bawiąc się estetyką lat 80., sypie nawiązaniami do kina nowej przygody, easter eggami i zabawą konwencją. Dostarcza rozrywkę, ale już nie angażuje tak emocjonalnie jak na początku. Całości brakuje świeżości, spójnej myśli przewodniej, czegoś co łączyłby wszystkie szalone wątki w logiczną całość. Bohaterowie wzbudzają sympatię, ale w większości nie są wystarczająco interesujący abyśmy przejmowali się ich losami. W rezultacie Stranger Things stało się takim typowym summer blockbusterem, tylko w wydaniu serialowym. To nie jest Gra o Tron (a przynajmniej przed 8. sezonem), Czarnobyl ani Braking Bad, który opowiadać ma wielką, nietuzinkową, emocjonującą historię. To po prostu lekki, przyjemny w oglądaniu serial pełen ładnych widoków, efektownych scen akcji, humoru i nostalgii. Tylko tyle i aż tyle.

Ocena: 6.5/10.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *