Kilka słów o Pickle Rick, czyli o trzecim sezonie Ricka i Morty’ego

Wszyscy obecnie oglądają Ricka i Morty’ego. To zjawisko co najmniej bezprecedensowe. W końcu ten serial łączy cyniczny nihilizm z ambitnymi pojęciami sci fi przy okazji wyśmiewając podstawowe jednostki społeczne. To nie jest humor dla każdego, ale jakimś cudem to się sprzedaje. Jesteśmy obecnie na półmetku nowego sezonu, który zbiera dosyć kontrowersyjne opinie. Dlaczego tak się dzieje?

Główny problem z trzecim sezonem Ricka i Morty’ego jest to, że jest zdecydowanie inny. Justin Roiland i Dan Harmon nie ugięli się pod ciężarem oczekiwań i poszli swoją drogą. Zamiast popranych i kwaśnych kosmicznych przygód uroczego duetu dostajemy sezon, który brodzi w kałuży rozwodu Jerry’ego i Beth.

Dlatego serial w miarę (piszę w miarę, bo PICKLE RICK) zredukował swoje absurdalne cechy i skupił się bardziej na realizmie postaci, a także ich rozwojowi. Jest to niezwykle grząski grunt dla seriali animowanych i sporo mocnych graczy tutaj poległo. Najbliżej dobrego wykorzystania tego pojęcia jest Bojack Horseman, który trzeba przyznać, jest bardzo asekuracyjny pod tym względem.

FOTO: IMDb

Za to twórcy Ricka i Mory’ego idą na całość. Nie idąc na kompromisy, wywlekają na światło dzienne obrzydliwości, które jątrzyły korzenie rodzinę Smithów od lat. Tak więc: Rick jest jeszcze większym dupkiem, Morty powoli idzie w ślady dziadka, Beth jest typowym przykładem córki alkoholika, która przestaje się troszczyć o dzieci i adoruje swojego ojca. Jerry jest ofiarą do kwadratu i nie może pomóc swoim dzieciom, a klasyczne nastoletnie problemy Summer zyskują nowy ciemniejszy wymiar w obliczu rozwodu rodziców.

Roiland i Harmon teasowali w zwiastunach, że ten sezon będzie mroczniejszy. Wszyscy jednak myśleli, iż to będzie żart. Okazało się, że nie. W trzecim sezonie Ricka i Morty’ego trudno współczuć jakiejkolwiek postaci. Obserwujemy po prostu dupków, którzy mają gwiezdne przygody. Mnie to nie przeszkadza.

Nie przeszkadza mi to ponieważ nadal jesteśmy bardzo blisko tych potłuczonych postaci. Co więcej, każdy odcinek prezentuje nam inne spojrzenie na naszą pokręconą rodzinkę. To nie jest tak, że Rick w każdym odcinku chleje i jest dupkiem. Trzeci sezon próbuje, jak tylko może przedstawić w nowych kontekstach duch nihilizmu, który otacza serial.

FOTO: IMDb

Z jedną stroną krytyki muszę się jednak zgodzić. Serial mocno przyhamował z konceptami science fiction. Troszkę mnie to boli, ponieważ w drugim sezonie serial skutecznie uciekł od łatki parodii Powrotu do Przyszłości i zaczął eksplorować toposy literatury sci fi, bawiąc się z ideami takich pisarzy jak Philip K. Dick czy Kurt Vonnegut. W trzecim sezonie Harmon i Roiland bardziej koncentrują się na bohaterach nie na otoczeniu. Za to chętnie korzystają z parodii filmów. Owe nawiązania nie są zbyt wyszukane i troszkę nie pasują do tego serialu. W końcu Rick i Morty to nie Community.

Właśnie Community, czyli inny serial Dana Harmona. Oba seriale mają ten sam problem. Oba miały znakomite drugie sezony. Harmon w Community zbudował trzeci sezon na oparach absurdu, jednocześnie lekceważąc charaktery świetnie zbudowanych postaci, robiąc z nich czasem karykatury i maszyny do kreowania żartów. W Ricku i Morty jest odwrotnie. Trzeci sezon zostawia absurd za drzwiami i koncentruje się właśnie na postaciach. Czyżby Harmon odrobił lekcje?

Jesteśmy na półmetku trzeciego sezonu. Naprawdę wyważonego i dobrze skonstruowanego sezonu. Każdy błąd ze strony scenarzystów może zrujnować tę konstrukcję. Jestem jednak nadzwyczaj spokojny. W końcu jak to Roiland napisał na swoim Twitterze „It’s jusssa cartoon, dawg”. Komentarz odnosił się do reakcji na jedną teorię fanowską. No właśnie, to tylko kreskówka. Nie Dostojewski. Więc Get Swichfty and shit on the floor.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *