SŁODKO – GORZKO. „Maria Antonina. Ślad Królowej” w reżyserii Wojciecha Farugi

dnia

Wielkie postaci historyczne czy po prostu postaci dobrze znane wszem i wobec to zawsze duży spór – o stopień przychylności spojrzenia, o subiektywny element w opowieści, o słuszność przywoływania jej w obecnym dyskursie… Ktoś zawsze powie, że było inaczej i on zna alternatywną wersję. No właśnie – bo bywa i tak, że ilu ludzi, tyle wersji. Chociaż z faktami nie powinno być problemu. Tylko czy w przypadku Marii Antoniny z dynastii Habsburgów, późniejszej żony Ludwika XVI, możemy mówić o faktach czy tylko wydarzeniach, które w większości funkcjonują wręcz jako opowieści mitologiczne?

Na takie spojrzenie zdecydował się Wojciech Faruga w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, reżyser dobrze znany tej publiczności ze spektakli „Wszyscy święci” (2012) oraz „Trędowata. Melodramat” (2014). Podejście także subiektywne, a jakże odmienne od filmu Sofii Coppoli, chociaż i o tym utworze zabawnie wspomną aktorzy. Podejście, które w znacznej mierze wynika z samego tekstu przygotowanego przez Sebastiana Majewskiego we współpracy z reżyserem przedstawienia – gdzie autorzy rezygnują z prawdy o królowej, odbierają jej zdolność wypowiadania się poza wyuczonym zdaniem o dawaniu ciasteczek, pokazują ją za pomocą gestów i ciągłego nieporadnego poszukiwania miejsca dla siebie w spektakularnej scenografii i tłumie postaci.

fot. Natalia Kabanow

Kłopotliwym momentem może być rozpoczęcie takiej historii – nie-historii. Ale spokojnie – najpierw „szlachetny dzikus”, będący także jakby narratorem, w którego wciela się Emilia Piech, opowie widzom, gdzie jesteśmy (znajdujemy się na 294 km od źródła; rzeka Ren, która organizuje życie ludzi), pokaże słowami to wszystko, co powinniśmy mieć z tyłu głowy (niech żelazna kurtyna przed nami przestanie być tylko kurtyną). To ona też podzieli dla widzów akcję na 11 obrazów/ scen (m.in.: co nazwał Robespierre, co zobaczyło dziecko, co znaczy rewolucja, co pominął Foucault), przez które będziemy się przenosić w różne etapy życia królowej.

Trudno tutaj streszczać szczegółowo cokolwiek, nawet jeśli samo przedstawienie ma dość jasny podział, gdzie dodatkowo każda część nosi swój tytuł, konkretnie wskazujący na rozdział z wyobrażonej biografii Marii Antoniny. Lepiej skupić się na tym, co zdecydowanie warte uwagi.

Na scenie zobaczymy dwie Marie Antoniny – młodszą (Dorota Furmaniuk) i starszą (Małgorzata Trofimiuk). Jeszcze lepiej, że będzie okazja zobaczyć je razem w jednym obrazie, co w klasycznym teatrze dramatycznym nie mogłoby się wydarzyć. Tutaj starsza królowa powolnym, ale też zrezygnowanym krokiem przemierzy otwartą przestrzeń i będzie się przyglądać młodej Marii, tak jakby wspominała swoje dawne błędy – cicha, milcząca analiza przeszłości.

fot. Natalia Kabanow

To, co będzie charakterystyczne dla młodej królowej to nieokiełznanie, próby wypełnienia swoich obowiązków, ale bez szczególnego zrozumienia, stąd objawi się jako nieokrzesana, czasem chaotyczna – raz jak małpka w zoo, raz jak kukiełka, raz nonszalancka, raz niezwykle zawzięta. Będzie jedynie fragmentem działającej od wieków machiny Wersalu, gdzie nie pozwoli jej się do końca zgubić przyjaciółka – hrabina de Polignac (Małgorzata Witkowska). W gestii Doroty Furmaniuk jest przekazanie wizerunku królowej obserwatorom przy pomocy samej aktywności fizycznej i jeszcze mało zdecydowanych kwestii o ciasteczkach. Jej sprawność będzie przeciwieństwem apatycznego, przygnębionego krążenia starszej Marii. Małgorzata Trofimiuk wszystko opiera na mimice, na delikatnym, ospałym geście, nawet w chwili, gdy obie królowe i Maria Teresa (Jerzy Pożarowski) spotkają się we wspólnym krótkim układzie choreograficznym – starszej Marii Antoninie brakuje energii i żywiołowości.

Jeden i niezmienny będzie przez cały czas Ludwik XVI (Damian Kwiatkowski), ciągle trochę wystraszony, infantylny, zafascynowany drobiazgami z niewielką siłą na okazyjny krzyk w pałacyku Petit Trianon, gdzie zresztą za ten wybuch zaraz przeprosi. Choć dla niektórych jego postać będzie jednowymiarowa, to warto pomyśleć o tym, że on jako jedyny ze wszystkich bohaterów nie zmienia się, ciągle nie może się dopasować, a próbę wyrażenia emocji, z którymi sobie nie radzi – chwilę potem już tłumi i ponownie chowa się w sobie. Kwintesencję jego osobowości i podejścia do świata można dostrzec w scenie jedzenia jajka na miękko, które wydaje się dla niego ósmym cudem świata.

fot. Natalia Kabanow

Jednak zdecydowanym sednem i mocą tego spektaklu są dwie kwestie: rozplanowanie ścieżek każdego aktora w sposób bardzo dynamiczny oraz słodko – gorzka scena w basenie Petit Trianon.

A ścieżki większości postaci przechodzą przez łoże nowych małżonków – cały dwór kontroluje każdy dotyk i dosłownie wchodzi z butami do sypialni Marii i Ludwika. I dowolna próba podejmowana przez królową jest kwitowana cierpko przez Marię Teresę: „non consummatum est”, co przypomina nam o siedmioletnim oczekiwaniu na skonsumowanie małżeństwa. Podobną dynamikę i zsynchronizowany ruch da scena oczekiwania na narodziny królewskiego dziecka – wszyscy znają swoje ścieżki w wyznaczonych kierunkach, swoje kroki o określonej intensywności. Jest to efektowny zabieg, szczególnie jeśli całościowo spojrzy się na samą przestrzeń, zaprojektowaną przez Farugę – sam reżyser myślał o konstrukcji jako „upiornym domku dla lalek”. Daje to możliwość swobodnego prowadzenia akcji symultanicznie – na różnych poziomach obszaru.

Dla mnie takim momentem przełamania całej opowieści Majewskiego i Farugi jest scena kąpieli w basenie, która potem będzie miała swoją kontynuację w dalszej części spektaklu – kiedy starsza Maria Antonina zostanie zgwałcona przez owce.

Królowa spędzała większość swojego czasu w Petit Trianon, który był dla niej wytchnieniem od dworskiej etykiety, ostoją spokoju i ciszy, miejscem wyidealizowanym, odbiciem przesłodzonego wyobrażenia wsi. I właśnie w tym miejscu rozładowuje ona wszystkie swoje frustracje – młoda Maria Antonina wraz z hrabiną de Polignac i oficjalną kochanką króla – du Barry (Michalina Rodak) z rozdzierającym krzykiem wpadają do płytkiej wody – wyraźna mieszanka radości i rozpaczy. Ostatnia szansa na melancholijny powrót do beztroski. I przecież powinien być ogólny śmiech, a jednak atmosfera przytłaczająca jest nawet dla widzów.

fot. Natalia Kabanow

Gdzieś na boku, choć nie mniej istotne, są jeszcze postaci Ludwika XV – któremu nie pozostało już wiele życia (Marian Jaskulski) oraz przekonującego i wyważonego Robespierre’a (Adam Graczyk), który domaga się swojego.

Słowa uznania należą się zdecydowanie Joannie Halszce Sokołowskiej, której muzyka staje się właściwie kolejnym bohaterem, lecz nie przytłacza tych, którzy są fizycznie obecni na scenie – jej powtarzalne sekwencje wpasowują się w dynamiczną estetykę poszczególnych obrazów opowieści. I tak jak muzyka ma swój specyficzny koloryt, tak samo kostiumy, za które odpowiadał Konrad Parol, nadały wszystkiemu dodatkowy sens – szczególnie Michalinie Rodak wyróżniającej się na tle przeważających szarości żółtą suknią, co pozwoliło aktorce wgryźć się w sedno królewskiej kochanki walczącej o swoją pozycję na dworze.

Drogi widzu, nie znajdziesz tu faktograficznej opowieści o królowej Marii Antoninie, ani żadnej postaci z jej otoczenia. Masz okazję zobaczyć, jaki kształt może przybrać postać w oczach reżysera i innych twórców spektaklu, dzięki drodze opartej na fake news’ach i anegdotach. Chyba stąd to oscylowanie między elementami kojarzącymi się ze słodkim przepychem, ale gorzką rzeczywistością. A może to ostrzeżenie, żeby nikomu nie wymyślać życia za niego…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *