Skuteczna oszczędność. „Medea” z Ryskiego Rosyjskiego Teatru im. Michaiła Czechowa

dnia

Zraniona kobieta, pozostawiona sama sobie i zmagająca się z przeciwnościami losu nie jest dla nas zagadnieniem bardzo odległym. Dzisiaj takie historie nie są zamiatane pod dywan, daje się im głos i miejsce w dyskursie. Jednak warto o mentalności, która zmieniała się przez wieki i doszła do tego momentu, gdzie rozmawiamy o sytuacji kobiet bez uznania tego za coś zbędnego czy niezręcznego. Uwaga: to jest potrzebne.

Fot. Aigars Altenbergs

Tylko powstaje pytanie – jak o pozycji zranionej kobiety powiedzieć dzisiaj? Czy trzeba korzystać tylko z tekstów współczesnych, które dobrze już wgryzły się w problem i znają realia epoki? Okazuje się, że nie – wystarczy sięgnąć po niezwykle nośny antyczny tekst Eurypidesa „Medea”.

Stety niestety ponownie musze odnieść się pozytywnie do propozycji tegorocznego Festiwalu Kontakt (Toruń) – Vladislavs Nastavševs i jego spektakl „Medea” zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie – choć zupełnie innego rodzaju niż wspomniana w poprzednim poście „Panna bez posagu” wyreżyserowana przez Krymowa. Te dwa spektakle można zestawić na zasadzie opozycji w każdym aspekcie – scenograficznym, postaciowym, muzycznym…

Fot. Aigars Altenbergs

Sama „Medea” Eurypidesa ukazuje nam zmienioną wersję mitu o wyprawie Argonautów i barbarzyńskiej królewnie z Kolchidy zakochanej w Jazonie, przywódcy całej wyprawy po złote runo. U starożytnego tragika bohaterka staje się dzieciobójczynią, którą do zbrodni popchnęła zdrada męża. Te wątki są chyba najczęściej eksplorowanymi w kulturze (jeśli chodzi o ten utwór) – jak bardzo może być bolesna zdrada,   że popycha do zabójstwa własnych dzieci?

I w tym momencie wkracza Nastavševs, który ma za sobą rosyjskie wykształcenie aktorskie i londyńskie  w dziedzinie reżyserii, z dużym zaangażowaniem wybitnej łotewskiej aktorki – Guny Zariņy, odtwórczyni głównej roli. Oboje podjęli się trudnego zadania – wystawienia antycznej tragedii we współczesnym teatrze, który zdążył „zaprzyjaźnić” widza z bohaterem z odmiennym bagażem doświadczeń. Tutaj twórcy chcieli pokazać pewną drogę, starożytny dramat stał się dla nich punktem wyjścia: „Staraliśmy się przekazać widzom ogrom cierpienia Medei i proces, podczas którego jej miłość zmienia się w nienawiść. Staraliśmy się też pokazać jej słabość i siłę; pozwoliliśmy, żeby stała się siłą napędową tego przedstawienia: Medea snuje swoją opowieść, która kończy się tragicznie dla Jazona i jego nowej rodziny, dla jej własnych dzieci i dla niej samej” – mówi reżyser.

I wobec takiego ogromu bólu przychodzą do głowy obrazy rozległej przestrzeń, wielkie gesty, przeżywanie na pokaz, do skonsternowanej publiczności (ocierające się o przerysowanie) i jakiś taki ogólny rozmach i przepych… I ku mojej radości tego wszystkiego zabrakło. Właściwie ten spektakl mógłby zostać podręcznikowym przykładem dzieła, które za pomocą prostych środków oddziałuje na widza i nadal niesie ważną treść.

Fot. Aigars Altenbergs

Łotewski reżyser teatralny nie pozwolił publiczności zawiesić wzroku na wielu elementach – sceną był wysoki podest, z którego zejście było trudnym zadaniem oraz dwa czarne krzesła. Ale te drobne elementy wystarczyły, żeby skupić uwagę na emocjach Medeii, na tym, że podest stał się dla niej więzieniem i pułapką, w której obrębie musi jeszcze pełnić rolę matki, żony, ale ostatecznie też mścicielki.

To, co było fascynujące to z pewnością praca ciałem Guny Zariņy – ciało, które nie kryło swoich ran, swojego przywiązania do miejsca, które w każdej w chwili było zdolne do stania się potrzaskiem dla otoczenia. Także sama praca ze światłem – głównie odcieniami czerwonego i niebieskiego – dawała znać  o zmianie nastroju, ale też o tym, jakie obrazy powinny pojawić się w naszej wyobraźni. Sugestia prosta, ale bardzo znacząca. Kolejnym detalem byłaby zmiana postaciowa – partie chóru otrzymały dzieci Jazona i Medei, które w samym dramacie nie mówią prawie nic – tutaj zaś ich śpiew przeszywał swoją dziecinną ufnością skontrastowaną z samą treścią.

Fot. Aigars Altenbergs

Jeśli na koniec pokuszę się o powiedzenie, że spektakl znacznie zbliżył się do antycznego katharsis, to mam nadzieję, że Ci, którzy mieli okazję zobaczyć łotewską wersję, przyznaliby mi odrobinę racji. Kilka prostych elementów wystarczyło, aby przenieść się do świata zranionej Medei – kobiety, którą możemy spotkać także dzisiaj. Bo cała ta historia jest dobrą pobudką do tego, aby dać głos wszystkim, których ktoś krzywdzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *