Seriale kostiumowe na dobry weekend

dnia

Dziś powinien być wpis o książkach. Ale jestem pomiędzy trzema lekturami i nie do końca wiem, o której Wam teraz pisać. A że za oknem jest jak jest to pomyślałam, że może pora na coś innego. Niedziela jest idealnym dniem na rozpoczęcie dobrego serialu kostiumowego, bo nie ma nic lepszego niż seriale kostiumowe.

To nie jest topka

Od razu powiedzmy sobie najważniejszą rzecz – to nie jest żadne TOP 5, TOP 10 ani nawet TOP 3. To będzie subiektywna do bólu polecajka, bez konkretnej chronologii, ot co mi się pomyślało, to Wam podrzucam. Mam osobistą awersję do wszelkiego rodzaju „10 najlepszych”, w każdej odmianie. Z jakiego powodu redaktorzy uważają, że są nieomylni a ich wybory najlepsze. Może i tak jest, może rzeczywiście to ja jestem w błędzie, ale nie przekonuje mnie  stwierdzenie, że coś jest dobre bo jest dobre. Trochę mi to trąci Ferdydurką.

Rzeczy stare i nowe

Ale do rzeczy. Uprzedzam, że znajdziecie tu trochę rzeczy starych i trochę zupełnie nowych, straight outta Netflix.

Na pierwszy ogień – serial, do którego podchodziłam 3 razy. Nie dlatego, że był zły, tylko dlatego, że przeraziła mnie wizja w nim zawarta. O czym mówię? O The Handmaid’s Tale. 

Elizabeth Moss jako Freda/ nerdist.com

Wiem, że kiedy słyszy się frazę „seriale kostiumowe” to do głowy przychodzą raczej inne pozycje, ale myślę, że ten jest na tyle specyficzny, że ze spokojnym sumieniem mogę go tutaj upchnąć. Klimat i fabuła są lepkie i przytłaczające, zdjęcia są absolutnie przepiękne, Elizabeth Moss jest niesamowita, Alexis Bledel staje na wysokości zadania. Odcinki się po prostu pochłania, choć na pierwszy rzut oka nic się tam nie dzieje, czas się snuje, to emocje, które targają głównymi postaciami sprawiają, że ma się wrażenie siedzenia na bombie. Jeśli macie ochotę zafundować sobie jazdę bez trzymanki i strach przed tym co spotka bohaterów – to jest serial dla Was.

Kolejny tytuł zafundował Netflix i o jakaż jestem wdzięczna. To nota bene kolejny serial na bazie twórczości Margaret Atwood – pierwszym, o którym mówiłam był właśnie The Handmaid’s tale.  Tym razem jest to historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Mamy rok 1843, Grace zostaje oskarżona o brutalne morderstwo swojego chlebodawcy.

Alias Grace /zpopk.pl

Pochłonęłam ten serial w jeden dzień – 6 godzinnych odcinków, wspaniała obsada (przepiękny Zachary Levi!) i te ujęcia! Powiem Wam, że absolutnie dałam się porwać temu co działo się na ekranie, zwłaszcza, że mam ogromny sentyment do czasów i miejsca, w których dzieje się ta historia – Kanada w połowie XIX wieku to przecież Ania z Zielonego Wzgórza! Poza tym, serial nie daje nam jasnej odpowiedzi czy Grace rzeczywiście jest winna, za to delikatnie prowadzi nas przez jej życia, przez to ile musiała przejść jako irlandzka imigrantka i jak trudno było wtedy samotnej kobiecie.

Były dwa bardzo kobiece seriale, więc teraz trochę gołych tyłków i biustów. Mam do tego serialu olbrzymi sentyment, który trochę wynika z faktu, że pojawił się jeszcze zanim binge-watching na stałe pojawił się w popkulturze, a trochę z tego kim jestem z wykształcenia. Rome, bo o nim mówię, był dla mnie swoistym odkryciem.

wallpaperup.com

Czy jest tam mnóstwo krwi? Owszem. Epatowania nagością i brutalnością? Tak. Ale jest to wszystko jakoś uzasadnione fabułą. I nie wiem jak się ten serial zestarzał, ale mam wielką nadzieję, że serce nie będzie mnie bolało kiedy wrócę do niego. A planuję w nieodległej przyszłości.

Coś więcej?

Jest jeszcze kilka kostiumowych, o których mogłabym pisać i polecać – Rodzina Borgia, Duma i uprzedzenie z Emmą Thompson, Taboo z Tomem Hardym czy nasz rodzimy Czas Honoru. I wszystkie je Wam polecam na weekend taki jak ten – bez pośpiechu i bez zobowiązań. Ten pierwszy powala Jeremym Ironsem, kostiumami i lekkością z jaką traktuje historię. Duma i uprzedzenie to zawsze dobry plan, więc nawet nie ma o czym dyskutować. Tom Hardy pomrukujący w niezbyt twarzowym cylindrze to temat trudny, wciąż przeze mnie nie dokończony, ale wciąż dobry. A Czas Honoru? Powiedzmy sobie szczerze – ja mam zbyt miękkie serce dla chłopców biegających w konspiracji, w czystych ubrankach i kaszkietach.

Bo widzicie, żeby mnie kupić wystarczy przebrać aktorów w stroje z epoki, kazać im mówić z akcentem i bam! nie ma mnie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *