„Schyłek dnia” – Koniec świata jest tak blisko…

Czy czas już zacząć mówić o węgierskiej nowej fali? Gigantyczne sukcesy, także oskarowe, filmów jak Syn Szawła Lászla Nemesa czy Dusza i ciało Ildikó Enyedi. Popularyzowane drogą „pantoflową” kino festiwalowe: Biały Bóg Kornéla Mundruczó i 1945 Ferenca Töröka. Stara gwardia narodowych klasyków (János Szász z fatalnym A hentes, a kurva és a félszemű) ustępuje miejsca debiutantom i debiutantkom (Zsófia Szilágyi z bardzo ciekawym Pewnego dnia – premiera polska już 26 kwietnia!). W końcu kręcony w Budapeszcie na warunkach koprodukcji Blade Runner 2049, czyli niespotykany zastrzyk gotówki dla węgierskiego przemysłu filmowego,  napływ nowych miejsc pracy. Największym świadectwem wiary w tę kinematografię jest jednak pierwszy z wymienionych tu twórców, który po odebraniu statuetki nie zdecydował się ruszyć „w świat” i dalej działa na swoim podwórku. Czy jego nowy film Schyłek dnia ma szansę mieć tak spektakularne powodzenie jak debiut?

W Synu Szawła reżyser poszedł w szranki z tematem Holokaustu, traumą na nieopisywalną skalę, na którą sztuka nigdy nie znalazła uniwersalnej recepty i wielu twórców filmowych przed Nemesem się w tym miejscu „wyłożyło”. Jego radykalna forma, czyli  szczątkowe dialogi i  niebywale długie, inwazyjne ujęcia przylepione do pleców bohaterów (modne w prasie filmowej są skojarzenia z grą komputerową z perspektywy trzeciej osoby) – zaskakująco sprawdziła się doskonale w opowiadaniu o horrorze obozowego życia i próbie zrobienia choć jednej, jedynej rzeczy „jak należy” w chaotycznym świecie, gdzie zawieszone zostały wszelkie zasady moralne. Film z pozoru ciężki, nieprzystępny, ale w rzeczywistości bardzo przejrzysty i głęboko emocjonalny, z jednostkowym doświadczeniem na pierwszym planie. Podobnie czytelna wydaje się w ogólnej świadomości, zapewne z niemałym nadużyciem, II wojna światowa – walka dobra ze złem, światła z ciemnością.

Foto: IMDb

Schyłek dnia z kolei zabiera nas jeszcze bardziej wstecz w historię, bliżej symbolicznego, prawdziwego końca XIX wieku – roku 1914, początku „wielkiej wojny”. Zrozumienie pierwszej wojny światowej wymaga od nas dużo większego zaplecza historycznego i w tym przypadku nie możemy mówić o tak uproszczonych, czarno-białych binaryzmach. To zmierzch złotych czasów europejskiego imperializmu, kropka nad i zbrodniczych działań mocarstw dla rozszerzenia swoich wpływów. Świat skomplikowanych zależności monarchiczno-arystokratycznych, pokątnych interesów, siatek spiskowców, różnic klasowych wyznaczanych nakryciami głowy i niekończących się aktów seksualnej przemocy wobec kobiet. Wraz z główną bohaterką zostajemy wrzuceni w ten labirynt historii i próbujemy wysupłać z tego wszystkiego jakieś sensy…

Írisz (Juli Jakab) przyjeżdża do Budapesztu w celu podjęcia pracy modystki w zakładzie kapeluszniczym, który należał niegdyś do jej rodziców, a obecnie jest własnością oślizgłego Oszkára (Vlad Ivanow). Docierają do nas strzępki informacji – coś o ukrywającym się bracie, który zrobił coś niedobrego i głośno o nim było w prasie, jakiś rodzący się ruch oporu, mroczne kulisy modowego światka i konkurs, mający wyłonić damę godną pracy u państwowych dostojników. Młoda kobieta błądzi po ulicach austro-węgierskiej stolicy niemalże losowo, jednak ostatecznie zawsze trafia tam, gdzie powinna, zachowując niewzruszoną, eteryczną prezencję nawet w najbardziej kryzysowych sytuacjach.

Foto: IMDb

Fabuła szybko staje się bardzo zawikłana i widz z pewnością będzie miał co do niej od groma pytań po seansie. Tożsamość i motywacje domniemanego brata Írisz, Sándora (Marcin Czarnik), są tylko czubkiem góry lodowej. Fałszywe tropy i tajemnice piętrzą się z każdym kolejnym, enigmatycznym dialogiem, a praca kamery nieustannie zmusza nas do studiowania to pleców i karku bohaterki, to jej zarówno ciepłej, ekspresyjnej, jak i niedostępnej twarzy, to rozmytych konturów otoczenia i efemerycznych spojrzeń napotykanych ludzi.

Sfilmowane jest to iście przepięknie, ze zdjęciami wykonanymi i wywołanymi na taśmie 35-milimetrowej, właściwie bez żadnych ingerencji cyfrowych. Kontemplując te tętniące życiem labirynty miejskich alejek, targowisk i dworków, po jakich porusza się bohaterka, trudno się nie zatracić w świecie, któremu zapowiadany jest rychły koniec. Jeśli jednak zbyt długo zaczniemy się zastanawiać nad fabularnym konkretem, oczekując jednoznacznych rozwiązań i psychologicznych uzasadnień, czeka nas tylko srogie rozczarowanie.

Foto: IMDb

Schyłek dnia może, dla widza z nieodpowiednim nastawieniem, łatwo stać się niebywale frustrującym doświadczeniem. Na nic zdadzą się subtelne, ale bardzo bogate i pełne kreacje aktorskie, wspaniałe zdjęcia i transowa muzyka czy refleksja nad historyczną nieuchronnością, gdy oczekujemy od obrazu spełnienia pewnych norm narracji filmowej. Drugie dzieło Nemesa jest może nieco za długie i wtórne, a stylistycznie w rozkroku – gdzieś pomiędzy epickimi freskami Luchina Viscontiego, które to jednak zachowywały pewne normy tradycyjnego opowiadania, a awangardowymi eksperymentami węgierskiego mistrza, Miklósa Jancsó, łączącymi uderzanie w widza na poziomie instynktów z przemycaniem politycznej alegorii. Ostatecznie to wartościowy seans, z którego każdy  coś dla siebie wyniesie, ale jest to jednak kino dalece bardziej hermetyczne niż Syn Szawła. Zabrakło pewnego stopnia umiaru w eksponowaniu autorskiego charakteru pisma i równowagi w możliwościach odczytania  treści.

Ocena: 6/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *