„Shaft” – Daleko spadło jabłko od jabłoni

Współczesne kino wypełnione jest filmami emancypującymi ludność afroamerykańską. Aby przemysł filmowy doszedł do takiego etapu, musiał odbyć długą drogę, a zaczęło się to od m.in. cyklu Shaft. 28 czerwca na Netflixie ukazała się reaktywacja serii, która miała połączyć zarówno stare, jak i nowe pokolenie widzów.

Pierwszy Shaft z 1971 roku był mniej więcej tym dla ówczesnego kina, czym ubiegłoroczna Czarna Pantera; to przełomowe kino z reprezentacją czarnoskórej ludności. Film wprowadził ikonę popkultury, jaką jest John Shaft (w tej roli rewelacyjny Richard Roundtree) – czarnoskóry detektyw z Harlemu, który stawał w obronie pobratymców przed niesprawiedliwością, korupcją i zbrodnią, często ze strony białoskórych. Reprezentował czarnoskóry styl życia i ideał mężczyzny z twardym kręgosłupem moralnym sprzeciwiającego się biurokracji, eliminującego zastępy przeciwników i wchodzącego w romanse z pięknymi kobietami.

To była pierwsza tak głośna produkcja gloryfikująca mniejszość czarnoskórą, pokazująca ludzi pięknych, silnych i niezależnych. Film w dużej mierze przyczynił się do powstania całego nurtu kina gatunkowego z czarnoskórymi bohaterami znanego jako blaxploitation. Shaft doczekał się dwóch sequeli i serialu, a w 2000 roku powstał też soft reboot opowiadający o Johnie Shafcie II, bratanku klasycznego Shafta, w którego rolę wcielił się Samuel L. Jackson. Teraz, kiedy w kinach sukcesy odnoszą zarówno filmy festiwalowe (Moonlight, Gdyby Ulica Beale umiała mówić), jak i gatunkowe (Uciekaj!, To my), poruszające tematykę czarnych, wydaje się, że nastał odpowiedni moment na przypomnienie tego cyklu.

Foto: CGMagazine

Shaft  następne pokolenie

Nowy Shaft obiera ścieżkę powszechną dla wielu mainstreamowych serii filmowych. Niczym ostatnie Gwiezdne Wojny, Star Trek albo Creed mamy do czynienia z kinowym „przekazaniem pałeczki”, filmem kontynuującym klasyczną serię, ale wprowadzającym przy tym „świeżą krew”, nowe pokolenie bohaterów, z którym rezonować ma współczesna publika. Na podobnej zresztą zasadzie jak Shaft z 2000 roku.

W najnowszym filmie poznajemy Johna Juniora Shafta (Jessie T. Usher), syna bohatera poprzedniej części. W dzieciństwie został odseparowany od swojego ojca, który prowadził niebezpieczny tryb życia. Dorastając pod czujnym okiem nadopiekuńczej matki, stał się kompletnym przeciwieństwem poprzednich Shaftów – wrażliwy, nieśmiały, niezdecydowany, podporządkowany współczesnej etyce, prawu i życiowym trendom. Mimo tego pracuje w organach władzy jako analityk dla FBI. Aktualnie nadzoruje śledztwo wokół tajemniczej śmierci najbliższego przyjaciela. Trop prowadzi do Harlemu, a kiedy intryga się komplikuje, jedyną osobą zdolną mu pomóc jest ojciec, którego nie widział od lat.

Foto: Letterboxd

Cień dawnej serii

Shaft z 2019 roku jest próbą połączenia różnych pokoleń, co z resztą pokazuje marketing. Mamy okienko w stronę nowej widowni w postaci Juniora, Samuela L. Jacksona z poprzedniego filmu, a nawet Richarda Roundtree z klasycznej serii. Trzech Shaftów – syn, ojciec i dziadek – jednoczy się, aby wspólnie stawić czoła półświatku przestępczemu w filmie, który mógł przywrócić magię serii i złożyć hołd ikonie blaxplitation. Niestety, rzeczywistość nie jest tak (nomen omen) kolorowa.

Reżyserem filmu został Tim Story, człowiek z niezbyt ciekawym dorobkiem, na który składają się obie części Fantastycznej Czwórki, oraz przeciętne komedie z Ice Cubem i Kevinem Hartą. I właśnie w konwencji komediowej  (albo wręcz parodystycznej) utrzymany jest najnowszy Shaft.

Z kryminału i kina sensacyjnego niewiele zostało. Intryga jest właściwie znikoma i do tego stopnia banalna, że rozwiązuje się praktycznie sama. Bohaterowie idą od punktu A do punktu B, wymieniają się informacjami i natykają się na jakaś deus ex machinę popychającą fabułę do przodu. Jakikolwiek komentarz społeczny dotyczący czarnoskórych nie istnieje. Sceny akcji zrealizowane są po najmniejszej linii oporu, bez jakiegokolwiek pomysłu na inscenizację. Choreografia walk jest uboga, pełna cięć, chaotycznego montażu i ujęć z rażąco widocznymi dublerami (co w dużej mierze wynika z zaawansowanego wieku aktorów). Scenografia, czy zdjęcia wyglądają bardzo nijako – rażą sztucznym oświetleniem, sterylnym wystrojem wnętrz i nudnym kolor gradingiem. A wszelkie zabiegi montażowe, pokroju slow motion czy dzielących się kadrów wykorzystane są bez pomysłu i wyczucia. Sama ścieżka dźwiękowa jest całkiem dobra, ale też wykorzystana byle jak. Utwory często nie pasują do sytuacji, szybko się pojawiają i urywane są w połowie, co przypomina nieszczęsne Suicide Squad.

Niepoprawna politycznie komedia

Zamiast stylowego blaxploitation otrzymujemy bardzo przeciętne buddy movie oparte na relacji ojciec i syn.  Mamy oczywisty kontrast, który obecny jest w co drugiej, amerykańskiej komedii. Postać ojca, który mimo wieku jest szalonym, nieodpowiedzialnym awanturnikiem, imprezowiczem i kobieciarzem, a naprzeciw niemu stoi nieśmiały, niezdarny i uporządkowany syn. Mało tego, bohater Samuela L. Jacksona jest człowiekiem z mocno konserwatywnymi poglądami, dyskryminujący jakiekolwiek mniejszości społeczne, dla którego priorytetem jest wykazanie swojej męskości. To nie byłoby jeszcze takie złe, gdyby nie fakt, kto z tej dwójki stawiany jest na piedestale, a kto jest obiektem żartów. A przez większość czasu wyśmiewany jest młody Shaft.

W filmie jakiekolwiek poczucie etyki, wrażliwości, poszanowania dla mniejszości seksualnych, rasowych i religijnych jest przedstawiane jako objaw słabości. Na przykładzie Juniora jest pokazywane, że współczesne pokolenie składa się z ludzi żałosnych, tchórzliwych i bezużytecznych, którym ludzie „starej szkoły” muszą pokazać, co oznacza być prawdziwym mężczyzną. A według realiów filmu mężczyzna musi przeklinać, pić na umór, uprawiać seks, tłuc się w barze i dobrze strzelać. Kobiety w tym świecie nie są w stanie zadowolić się wrażliwym, delikatnym mężczyzną, szczęście osiągnąć mogą tylko z twardzielem. Płeć piękna jest traktowana przedmiotowo, jako nagroda dla naszych bohaterów. Film teoretycznie próbuje znaleźć złoty środek w relacji obu Shaftów, pokazując, że ojciec również musi się czegoś nauczyć od swojego syna, że w życiu liczy się też szacunek dla kobiet, pokora i odpowiedzialność. Pokazane jest to jednak na tyle powierzchownie i skrótowo, że przekaz ten nie wybrzmiewa.

Humor w większości składa się z niesmacznych żartów opartych na wulgaryzmach, podtekstach seksualnych i stereotypach. Ale zdarzają się też i udane żarty sytuacyjne, oparte na charakterach postaci i one-linearach, głównie dzięki charyzmie Samuela L. Jacksona i Richarda Roundtre’a. Aktorzy ponownie świetnie spisują się w swoich rolach, szkoda tylko że ten drugi pojawia się dopiero w ostatnich 20 minutach filmu (i z niezrozumiałego powodu z wujka stał się ojcem Johna Shafta II). Gorzej niestety wypada Jessie T. Usher, który jako JJ jest irytujący i sprowadzony do frajera narzekającego na wszystko.

Foto: Hollywood Reporter

Podsumowanie

Stylistka blaxploitation, klimat Harlemu, rozmach czy intrygi ustąpiły typowej, amerykańskiej komedii opartej na wulgaryzmach i stereotypach. Chociaż Samuel L. Jackson i Richard Roundtree robią, co mogą, nie uratuje to kiepskiego humoru, banalnej historii i ubogiego wykonania. Otrzymaliśmy kolejny, netflixowy zapychacz, o którym szybko zapomnimy, na co seria nie zasługuje.

Ocena: 4/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *