Relacja z koncertu Camping Hill i Whitewater

dnia

W sobotni zimowy wieczór postanowiliśmy zajrzeć do poznańskiego klubu Pod Minogą, gdzie mogliśmy posłuchać dobrze już nam znany, rozgrzewający się przed nową płytą Camping Hill, a także zespół Whitewater, który zaprezentował kawał dobrego rockowego łojenia. Wieczór zaliczam jak najbardziej do udanych.

Pierwsi na scenę weszli z Camping Hill, którzy, oprócz bagaży swoich największych hitów, zaprezentowali najnowsze kompozycje. Jak sami zapewniali, materiał jest w fazie miksowania. Mimo tego utwory na scenie już brzmią wybornie. Pomaga w tym zapewne zgranie zespołu, które słychać i widać potem na scenie. Największymi zaletami Camping Hill od zawsze były szczerość i chemia pomiędzy chłopakami, które przeradzały się w wytwarzaniu specyficznej atmosfery porywającej wszystkich pod sceną.

FOTO: MARTA NOWICKA/ OCZAMI M.

Nowa płyta natomiast jest zwrotem ku jaśniejszym klimatom niż poprzedzające wydawnictwo singiel Ciemności kres. Newrockowe korzenie grupy zostały zmienione na postfunkowe wygibasy, które znakomicie wybrzmiewają dzięki rozbudowanej sekcji rytmicznej, wspieranej przez instrumenty dęte. Nowy materiał Campingów również jest bardziej ironiczny w warstwie tekstowej, złośliwe kąsający codzienną rzeczywistość. Całość koncertu zakończył nowy numer, który ze swoim nostalgicznym refrenem brzmiał niczym apokaliptyczna suita młodzieńczych rozczarowań.

Śremski zespół zaprezentował przegląd swojej dyskografii i można odnieść wrażenie, iż jest to na wskroś polski zespół. Mimo iż żartobliwie nazywają się Camping Monkeys, a ich uwielbienie do The Strokes, słychać „gołym uchem”, że to ich muzyka jest przekrojem tego, co zaszło w polskiej muzyce gitarowej po 1989. Britpopowość Myslovitz, rytmiczność Kultu, ironia Much, bunt Cool Kids of Death. To właśnie tutaj leżą prawdziwe korzenia Camping Hill.

Potem na scenie zagościł zespół Whitewater. Nie wiedziałem, czego się w sumie spodziewać, bo nie znałem ich wcześniejszej twórczości. Dostałem masywne rockowe granie z pogranicza System of a Down i Queens of the Stone Age. Zespół ten obraca się w kręgach stonerskiego Rocka. Dzisiaj takie kapele są, niestety, na wymarciu.

FOTO: MATA NOWICKA/ OCZAMI M.

A szkoda, bo z Whitewater w zadymionym klubie mogą nam dać namiastkę uczucia, które towarzyszyło rodzeniu się nowojorskiej sceny punkowej. Nie  mamy tu jednak popowości Ramones czy też sowizdrzalstwa Sex Pistols. Mamy, jak już wspomniałem, granie oparte na rytmice. Właśnie ów rytm zainteresował mnie najbardziej. Whitewater narzucają wściekłe, pulsujące tempo, ale najciekawsi są,  kiedy łamią rytm i kierują się w stronę krautrockowego brzmienia.

Po pewnym czasie utwory Whitewater zlały się w transową całość, która wbijała słuchaczy w podłogę. Gitarowe brzmienie za to prześlizgiwało się od eksperymentów Sonic Youth, melodyjności Nirvany i eksperymentów The Mars Volta. Jak ktoś lubi gitarowe pieprznięcie, to musi sprawdzić ten zespół.

Energiczny Camping Hill i kontrolowane szaleństwo Whitewater sprawiły, iż sobotnia zimowa noc zakwitła przez chwilę wielką wiosną.

 

One Comment Add yours

  1. Czesław pisze:

    „stonerski rock” not dead

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *