Ranking filmów Quentina Tarantino

dnia

Pewnego razu… w Hollywood już od tygodnia podbija polskie kina. Z okazji nowego filmu Quentina Tarantino postanowiliśmy uporządkować jego dotychczasową filmografię w kolejności od najgorszego do najlepszego filmu. Nasze opinie, oczywiście, są subiektywne 🙂

9. Grindhouse: Death Proof 

Utarło się na dzielni, że ten film to w ogóle fe, be, śmierdzi i że najgorszy Tarantino. No ja tak nie sądzę (u mnie to ,,zaszczytne’’ miejsce zajmuje Django) i myślę, że Death Proof to fajne, kampowe rozluźnienie, które było potrzebne po epickiej dylogii Kill Billa. Co tutaj lubię? Samochody, Kurt Rusell i aktorki (zwłaszcza Mary Elizabeth Winstead). Mam też dosyć śmiałą teorię, że to własnie w tym filmie znajduje się esencja Quentina. Co prawda, nie zostaje ona przerobiona przez hollywoodzkie oko i wyraźne gatunkowe granice, przez co niektórzy mogą się tutaj gubić. Ale czyż ta kupa kiczu to nie jest sam Tarantino właśnie? (Tomek)

FOTO: IMDb

8. Kill Bill Vol. I @Dawid

Spragnieni krwi, flaków i odciętych kończyn, kojarzący nazwisko Tarantino głównie z przerysowaną przemocą, znajdą dokładnie to, czego potrzebują w pierwszej części Kill Billa. Dla mnie jednak ten film działa nie tylko, gdy Czarna Mamba wyrzyna cały skład Crazy 88 wysłużonym mieczem Hattoriego Hanzō, ale przede wszystkim, gdy jest po prostu wyjątkowo dotkliwie opowiedzianą ludzką tragedią. Gdy po satysfakcjonującej egzekucji szpitalnego nekrofila oglądamy roztrzęsioną kobietę, która dopiero co wyszła ze śpiączki, w realistyczny sposób próbuje przywrócić swoje odrętwiałe ciało do życia i równocześnie poukładać sobie w głowie, co takiego ją spotkało. Zabawa zabawą, ale wszystko tu ma swoje konsekwencje, a twój śmiertelny wróg może mieć dziecko w drugim pokoju, któremu na dobre poharatasz psychikę. (Dawid)

7. Bękarty wojny 

W ciągu niecałych dwudziestu lat od pełnometrażowego debiutu Tarantino miał już wyklarowany prawdopodobnie najłatwiej rozpoznawalny i najbardziej wyrazisty styl w historii kina, a Bękarty okazały się nieszczęśliwym kondensatorem całej płycizny sztuki cytatu ulubionych filmów z VHS-ów i lekkości kina klasy B, wówczas 46-letniego reżysera. Wiem, że z tą opinią stoję sam pośrodku świata i w żadnym wypadku nie umniejszę geniuszowi Christopha Waltza jako legendarnego już Hansa Landy czy bezbłędnemu wyborowi Brada Pitta na pierwszy plan. I choć napisany jak zwykle błyskotliwie i opatrzony ostrym, nieustannie zabawiającym dialogiem, to z pozostającym u mnie nieodpartym wrażeniem, że nakręcony ręką niedojrzałego, lecącego już na autopilocie, reżysera. (Jacek)

FOTO: IMDb

6. Django 

Django zajmuje drugie miejsce na mojej osobistej liście najlepszych filmów reżysera. Sporą przewagą nad pozostałymi tytułami jest… paradoksalnie jego przystępność. To jeden z nielicznych dzieł Tarantino, które poza żonglowaniem cytatami filmowymi, zabawą konwencją i charakterystycznymi dialogami pragnie też opowiedzieć historię, która nie tylko bawi, ale też wzrusza, szokuje i porusza autentyczne problemy Ameryki XIX wieku. Blaxploitation i spaghetti western miesza się z niemalże baśniową historią rycerza ruszającego na ratunek swojej ukochanej uwięzionej w zamku, a to wszystko z problematyką niewolnictwa i rasizmu w tle. Dzięki czemu ,,Django” dostarcza nie tylko masę rozrywki, ale też autentycznie angażuje emocjonalnie. Doskonały przykład łączenia kina niekonwencjonalnego z konwencjonalnym. (Michał)

5. Kill Bill Vol. II 

Sam twórca lubi określać dwie części Kill Billa jako jedno dzieło prezentowane np. na specjalnych pokazach jako The Whole Bloody Affair. W rzeczywistości te dwa filmy ze swoją świadomie pokręconą chronologią nie mogłyby być bardziej różne. „Jedynka” to szalone kino samurajskie z domieszką groteskowego gore, a „dwójka” to metodyczny, powoli budujący suspens, mocno gadany western w stylu Sergio Leone. Rozważmy też zakończenia, bo wiele mówią: pierwsza część kończy się satysfakcjonującym skreślaniem kolejnych imion ze śmiertelnej listy, druga – płaczem kobiety skulonej na podłodze toalety. Ostateczna konfrontacja z tytułowym adwersarzem trzyma na skraju fotela, a zakończenie wybrzmiewa jak w klasycznej tragedii. Dramat zemsty wzorcowy. (Dawid)

4. Nienawistna ósemka 

Najtrudniejsze są te filmy, które reżyserzy nakręcili wyłącznie dla siebie samych. Adaptacja sztuki broadwayowskiej, w której grupa starszych aktorów rozmawia ze sobą w jednym pomieszczeniu przez bite 3 godziny? To nie miało prawo się udać, a jednak. Tarantino po swoim Django nakręcił raz jeszcze spaghetti western, ale trudno mówić o powtórce z rozgrywki. Nienawistną ósemkę ogląda się jak adaptację prozy Agathy Christie albo nawet „coś” Johna Carpentera. Grupa osobliwych bohaterów za sprawą szalejącej śnieżycy uwięziona została w niewielkim pomieszczeniu – przynajmniej jeden z nich nie jest tym, za kogo się podaje, intryga się nasila, niebezpieczeństwo wisi cały czas w powietrzu. Mimo ogromnego metrażu i liczby dialogów seans ani przez moment nie nuży, dostarczając nam porządnej dawki czarnego humoru, napięcia, popisów aktorskich, nawiązaniami do klasyki kina i fantastycznej oprawy audiowizualnej. (Michał)

FOTO: IMDb

3. Jackie Brown 

Najbardziej niedoceniony film Quentina i mój osobisty faworyt. Niby konwencja blaxploitation, począwszy od największej kobiecej gwiazdy tego nurtu, niby wszystko kręci się wokół tej popisowej sekwencji w centrum handlowym, ale równie ciekawe jest to, jak rzadko ten obraz sili się na bycie cool. Jest długi, przegadany, wszyscy w nim zachowują się, jakby planowali emeryturę i narzekają na niedostatki potencji. Zero w tym młodzieżowego biglu, obecnego czy to w scenariuszu Prawdziwego romansu, czy to w Death Proof. A mimo to ogląda się z niesłabnącym zainteresowaniem, wsłuchując się w moralne, lojalnościowe rozterki bohaterów. To najlepszy dowód scenariopisarskiej wirtuozerii QT. I ta rewelacyjnie skonstruowana intryga. Mniam. (Dawid)

2. Wściekłe Psy 

Jezusie przenajświętszy, co to był za debiut. Począwszy od sceny interpretacyjnej Like a Virgin poprzez dysputę na temat napiwków aż po wjazd Little Green Bag… Zaraz, zaraz. Streściłem dopiero jakieś pięć pierwszych minut tego filmu… Co tu zadziałało? Co sprawiło, że Tarantino stał się respektowaną instytucją filmową już na poziomie pierwszego filmu? Scenariusz i dialogi? Zdjęcia Andrzeja Sekuły (pamiętajcie, że boski Rafał Zawierucha to nie pierwszy Polak u Quentina), nawiązania do filmów Godarda i Melville’a? Pewnie tak, ale najbardziej tutaj pomogli aktorzy. Obsada jest napakowana aktorami wybitnymi. Roth, Keitel, Buscemi, Madsen są w szczytowej formie i to właśnie oni zamienili ten film w klasyk. (Tomek)

1. Pulp Fiction 

Pozycją Pulp Fiction w jakimkolwiek rankingu Tarantino pewnie dziwi się tyle osób, ile na całym świecie nie słyszało o jego istnieniu (Tarantino lub Pulp Fiction). Z perspektywy czasu największe dzieło Quentina może już nie sprawiać tak oszałamiająco nowatorskiego wrażenia, a powód ku temu jest niezwykle prosty. W ciągu dwóch i pół dekady od swojej premiery Pulp Fiction zostało już zacytowane w każdy możliwy sposób i nieoderwanie wpięło się do świadomości obywateli Planety Ziemia. Kopalnia klasycznych kwestii, scen i bohaterów, a przede wszystkim wizytówka Tarantino, lat 90., popkultury i kina w ogóle. (Jacek)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *