Rampage: Dzika Furia – Kino klasy B za 120 milionów

Urokiem kina jest jego różnorodność. Możemy oglądać dzieła ambitne, refleksyjne, przejmujące, artystyczne, oraz te mniej poważne (ale równie potrzebne) tytuły, które mają dostarczyć nieskrępowanej rozrywki. Takim właśnie filmem jest Rampage: Dzika Furia, adaptacja niegdyś popularnej gry automatowej z lat 90.

Fabuła jest prosta, wręcz pretekstowa. Ze stacji kosmicznej, w której przeprowadzano niebezpieczne badania genetyczne wypadają 3 próbki. Los chciał, aby spadły one na wilka, krokodyla, oraz sympatycznego goryla Georgea hodowanego w zoo przez weterana wojennego Davisa Okoye (Dwayne Johnson). Wszystkie trzy zwierzęta w wyniku kontaktu z próbkami zaczynają się mutować, rosnąć do olbrzymich rozmiarów i siać ogromne zniszczenie.

Rampage: Dzika Furia jest adaptacją gry, której złożoność fabuły można porównać do Pac-Mana – kierowaliśmy w niej jednym z 3 potworów, niszczyliśmy miasto i tyle. Wbrew pozorom to właśnie dzięki tej prostocie gra stanowiła dobry materiał na film, ponieważ pozostawiała dużą swobodę. Twórcy w dobie sukcesów Jurrasic World oraz rebootów Godzilli i King Konga postanowili pójść za ciosem i stworzyć kolejne dzieło, które można podsumować jako film klasy B z budżetem klasy A.

Foto: Mr. Movie’s Film Blog

Film czerpie całymi garściami z najróżniejszych filmów klasy B, klasyków monster movies i animal attack. Zaczyna się sekwencją żywcem wziętą z finału Obcego. Chwilę później obserwujemy sceny przywodzące na myśl klasyk z lat 40- Mighty Joe Young oraz kultowego Predatora z Arnoldem Schwarzeneggerem.  Goryl wygląda niczym Syn Konga, zaś olbrzymi krokodyl przypomina połączenie aligatora z Lake Placid i Anguriusa z serii Godzilla. Całość prowadzi do batalii rodem z filmu King Kong kontra Godzilla. W trakcie tego całego zawieruszenia obserwujemy protagonistę granego przez The Rocka, który przypomina gwiazdę kina akcji z lat 80 – chodząca góra mięśni, która obija facjaty złolom, wszystko wysadza w powietrze rzucając one-linearami. Czyli po prostu wszystko co mali i duzi chłopcy lubią najbardziej.

Guilty pleasure w najczystszej postaci

Film nie daje żadnych złudzeń, tu po prostu chodzi o zabawę. Traktuje siebie ze sporym dystansem, nie sili się na powagę, czy moralizatorstwo. Jest sporo akcji, spektakularnej rozwałki, campu, odrobinę grozy i prostego (ale nie żenującego) humoru. Potwory z każdą sceną robią się coraz większe, a wraz z nimi zniszczenia jakie dokonują. Ich design cieszy oko, podobnie jak efekty specjalne, szczególnie wyróżnia się motion capture goryla Georgea – widać wpływ, jaki wywarły ostatnie części Planety Małp.

Foto: geektyrant.com

Sceny akcji z udziałem potworów dają ogromną frajdę. Twórcy nie pozwalają się nudzić i zawsze mają pomysł na kolejną, spektakularną sekwencję z udziałem olbrzymów. Pojawiają się sceny żywcem wzięte z horroru, oraz te nastawione po prostu na totalną destrukcję. Rampage pomimo kategorii PG-13 jest zaskakująco brutalny. Nie zabraknie ujęć zahaczających o gore – oglądamy rozbryzgi krwi, fruwające kończyny, rozszarpane na kawałki zwłoki i rozrzucone wnętrzności. Czyli klimat kina klasy B pełną parą.

Bohaterowie ludzcy są prosto rozrysowani, posiadają zrozumiałą motywację, a dzięki charyzmie aktorów obserwowanie ich daje frajdę. Dwayne Johnson ponownie udowadnia, że zasłużył sobie na tytuł człowieka-charyzmy. Weteran wojenny, który wiele w życiu widział, stawiający towarzystwo zwierząt nad ludzi – rzuca ironicznymi żartami i ciętymi ripostami, robi pożytek ze swoich olbrzymich mięśni, a jedyne czego pragnie to bezpieczeństwa dla swojego najlepszego przyjaciela, goryla Georgea. Jego przyjaźń z małpą jest prosto i humorystycznie nakreślona, ale łatwo uwierzyć w ich relację. Dzięki temu filmowa rozwałka posiada pewien emocjonalny wydźwięk i łatwiej się zaangażować. Błyszczy również Jeffrey Dean Morgan jako Harvey Russell – agent FBI oraz (jeśli nie przede wszystkim) współczesny kowboj mówiący teksańskim akcentem, który woli kierować się własną moralnością niż procedurami. Aktorzy pokazują, że dobrze bawili się na planie, nie traktowali filmu zbyt poważnie i dokładnie takie podejście powinni również przyjąć widzowie.

Foto: io9.gizmodo.com

Niestety scenariusz, nawet jak na przyjętą konwencję potrafi irytować. Dialogi poza one-linearami składają się z nachalnej ekspozycji, która niepotrzebnie dłużą się, nie dając wystarczającej „przestrzeni” między scenami akcji. Ale to jeszcze nic w porównaniu do kompletnie zbędnego wątku dwójki ludzkich antagonistów, właścicieli złej korporacji których jedyną motywacją są pieniądza, a ich plan tak kuriozalny, że najzwyczajniej pozbawiony sensu.

Podsumowanie

Rampage: Dzika Furia jest dokładnie tym, co zapowiadały plakaty i zwiastuny. Oczywiście, że to nie jest ambitne dzieło po którym należy spodziewać się logiki, złożonej fabuły i charakterologii postaci, refleksji, albo wzruszeń. To film w którym głupota idzie w parze z rozrywką. Jest kiczowaty i absurdalny, ale przy tym samoświadomy, na tym właśnie polega urok campowego monster movie. To typowy przykład solidnego summer blockbustera – lekki, bezpretensjonalny, przyjemny i dający frajdę. Wszelcy miłośnicy filmowych monstrów i Dwayne Johnsona powinni poczuć się usatysfakcjonowani. Reszta śmiało może obniżyć ocenę o 2-3 stopnie.

Ocena: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *