Radiohead – A Moon Shaped Pool Odejścia i powroty.

dnia

Obserwowanie fenomenu Radiohead to nie byle gratka. Wszyscy znamy „Creep”, zaskakująco duża ilość osób zna „Karma Police” i „No Surprises”. Niewiele mniej osób przesłuchało „OK Computer” dużo mniej jednak doznała przy „Kid A”. Chyba nie ma obecnie zespołu, który miałby tak rozbite grono fanów. Kiedy spotykają się dwaj wielbiciele radiogłowych, to jeden będzie chciał pogadać o zmianach progresji w „Idioteque”, drugi natomiast spyta się pierwszego czy widział teledysk do „Paranoid Android”.  Dziwne jest że ostatnie wyczyny Brytyjczyków były raczej skierowane dla tych mniej wymagających fanów. Wszystko rozumiem i tak dalej: starość, wypalenie, chęć zbicia kasy na emeryturę. Ale „prawdziwy fan” Rh na poprzednie dwie płyty raczej kręcił nosem. Brakowało iskry, „tego czegoś”. W końcu nadszedł 2016r.  a wraz z nim „Abbey Road” formacji godzące chyba wszystkich sympatyków kwintetu.

Można było się zastanawiać jaki stosunek obejmą Thom Yorke i koledzy na tym wydawnictwie. Po naznaczonym krautrockiem i fascynacją teraźniejszą muzyką elektroniczną „The King of Limbs”, które jednocześnie nie odkryło nic nowego, ale również pomogło Radiohead wejść w ta ostatnią fazę kariery pojawiły się pytania „co dalej?”. Na „A Moon Shaped Pool” musieliśmy czekać ponad pięć lat. Kwintet z Oksfordu im jest starszy, tym coraz bardziej wydłuża się okres oczekiwania na nową muzykę. Mi to nie przeszkadza. Wiadomo na starość niektóre zespoły głupieją (patrz: U2 i inne ulubione zespoły Twoich rodziców).

Właśnie starość. Na najnowszej płycie słychać, że autorzy „In Rainbows” pomału dochodzą do pięćdziesiątki. W związku z czym nie próbują wyważyć otwartych drzwi. Jeżeli narzekaliście, ze poprzednie dwie płyty nic nie wniosły do dyskografii Brytyjczyków, będziecie mogli użyć tego argumentu też w tym wypadku. Można zaśpiewać „Ale to już było”. Tylko, że wiecie mamy tutaj do czynienia z jednym z ważniejszych zespołów przełomu wieku. Więc jeżeli mamy w tym wypadku zjeść odgrzewane kotlety, to są one i tak przepyszne. Pojęcie odgrzewanych kotletów, nie jest tutaj przesadą. Wystarczy wspomnieć, że płytę otwiera kawałek, który powstał w 1999r. , a zamyka utwór z 1994r.  Fanów jednak te daty nie wzruszą. Radiohead to w końcu profesjonaliści w każdym calu.

Kolejnym faktem podkreślającym uroczą geriatryczność albumu jest tematyka płyty. Wydawałoby się, że w dobie kryzysu związanego z imigrantami, terroryzmem, Trumpem – Radiohead zaatakują wściekle. W końcu jako jeden z niewielu zespołów Brytyjczycy pisali naprawdę DOBRE piosenki o polityce, a Thom Yorke jest czynnym aktywistą, który krytykuje wszystko od Davida Camerona, skończywszy na Spotify. Jednak tutaj ponownie kwintet nas zaskoczył. Pomijając apokaliptyczny singiel „Burn the Witch”, „A Moon Shaped Pool” to zbiór piosenek o godzeniu się z powolnym odchodzeniem, z stratą ukochanych osób (Yorke nagrywał album w trakcie rozwodu z swoją długoletnią partnerką), o rozczarowaniu. Z drugie strony jest to album spokojny, pełen uroczej neurozy, miejscami nawet optymistyczny, wiosenny. Thom, Jonny, Ed, Colin i Phil przestali walczyć na barykadach, teraz wolą w ciepłych kapciach i sweterkach patrzeć jak upada świat.

Jeżeli na poprzednim wydawnictwie prym w kreowaniu brzmienia albumu wiódł Thom, tak tutaj pałeczkę niewątpliwe przejął Jonny Greewnood. Słychać to już w otwarciu płyty – wcześniej przywoływanym „Burn the Witch” w którym dominują instrumenty smyczkowe, czyli w ostatnich latach nieodłączny element solowych dokonań Brytyjczyka. Intensywny, psychodeliczny klimat po raz kolejny w dyskografii Radiohead przywołuje inspirację Krzysztofem Pendereckim. Weźmy na warsztat „The Numbers” w którym industrialne pasaże Greenwooda nachodzą na siebie i stanowią tło dla folkowej ballady przywołującej na myśl środkowe dokonania Fleetwood Mac. Albo „Daydreaming”, utwór który jest hołdem Thoma Yorke’a dla swojej byłej żony, a zarazem dla nas, fanów (w ikonicznym teledysku Thom przechodzi przez 23 pary drzwi. Dokładnie tyle lat trwał jego związek z Rachel Owen i dokładnie tyle mija w tym roku od wydania debiutu Radiohead). Ale czym byłaby ta kompozycja, gdyby nie przeszywające smyczki Jonny’ego, które dosłownie zmrażają serce.

„A Moon Shaped Pool” to płyta symbol. Bardzo możliwe, że to ostania płyta Radiohead. Jest to swoistego rodzaju pożegnanie z fanami, samym sobą, swoim dziedzictwem. Jest to niewątpliwie ich „Abbey Road”.  Zresztą cofam to. Ten zespół już dawno przestał funkcjonować w obrębie pojęcia „The Beatles XXI wieku”. Skończymy z porównaniami i czekajmy, aż jakiś młody zespół nagra swoje „OK. Computer”.

Ocena:8/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *