Raczej obiektywny przegląd dyskografii Arctic Monkeys.

11 maja 2018, dzień wyczekiwany z niecierpliwością przez każdego fana kwartetu z Sheffield. Premiera Tranquility Base Hotel & Casino. Gigantyczny komercyjny sukces jaki odniosło AM, piąty studyjny krążek zespołu spowodował, że oczekiwania publiki wobec szóstego longplay’a bardzo przypominały sytuację z nowymi Gwiezdnymi Wojnami (mówię tutaj o Przebudzeniu Mocy). Najbardziej logicznym posunięciem byłoby zaserwowanie fan service’u w postaci AM 2, ponieważ właściwie w jakakolwiek artystyczna wolta może na tym etapie spowodować przypływ nienawiści ze strony odbiorców. Tak się jednak nie stało i w przeciwieństwie do Przebudzenia Mocy, Tranquility Base Hotel & Casino ma w głębokim poważaniu opinię fanów. Jest to album koncepcyjny oparty na: twórczości Bowiego z lat 70tych, późnych Beatlesach oraz na staroszkolnych motywach science-fiction. Tym samym jest to na tyle odmienny krążek od tradycyjnego indie-rockowego grania, do którego przyzwyczaiło nas Arctic Monkeys, że uznałem, iż warto w tym momencie podsumować etap w karierze zespołu, który rozpoczął się od Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not, a zakończył na AM. Przedstawiony ranking to także swego rodzaju przewodnik dla tych, którzy kojarzą twórczość grupy Alexa Turnera tylko z AM. Warto jednak już teraz zaznaczyć, iż zespół ma do zaoferowania o wiele więcej niż pioseneczki o miłości na dość prostych riffach i jest w mojej opinii najbardziej wpływową brytyjską kapelą od czasów Oasis i Blur. 

#5 Suck It And See (2011)

Prawdopodobnie jedyny obiektywnie zły album Arctic Monkeys. Zauważyłem, że kiedy zespół niespecjalnie ma ciekawy pomysł na instrumentarium to decydują się nadrabiać tekstami. Na tym krążku nie działa ani jedno, ani drugie. To także album na którym kapela bardzo wyraźnie stara się wyrzec swojej brytyjskości, inspirując się w głównej mierze amerykańskimi klasykami. Mamy tu wpływy country, upośledzone i bardzo bezpieczne wariacje na temat rocka psychodelicznego, czy wygładzony pop wyrwany prosto z lat 60tych. Co ciekawe ta chęć odcięcia się od swoich korzeni stała się też widoczna w sposobie ubierania się członków zespołu. Powoli pojawiały się tutaj skórzane kurtki i ciemne okulary, które przetrwały aż do czasów Tranquility Base Hotel & Casino. Wracając jednak do albumu, nie twierdzę, że nie ma tutaj dobrych utworów. Piledriver Waltz to jedna z najpiękniejszych ballad o złamanym sercu w całym dorobku zespołu. Jednakże najczęściej moim pierwszym skojarzeniem z hasłem Suck It And See jest utwór Brick By Brick który swoją bolesną prostotą w absolutnie każdym aspekcie znakomicie podsumowuje charakter tego longplay’a. Powtarzalne riffy, brak ciekawych motywów w warstwie tekstowej, bardzo mało jakiegokolwiek charakteru, takimi słowami można podsumować Suck It And See.

Warto znać: Piledriver Waltz, The Hellcat Spangled Shalalala

Ocena: 4/10

#4 Humbug (2009)

Humbug to ten moment w dyskografii zespołu, kiedy na krótki moment przestali ewoluować. I tak jak w przypadku Suck It And See brak jakiegokolwiek powiewu świeżości kłuł od pierwszych sekund, tak na Humbug otrzymujemy bardzo kompetentne riffy, a także garść nieco mroczniejszych motywów w warstwie tekstowej. Przykładowo, Dangerous Animals traktuje o toksycznej relacji, w której jeden partner jest wyraźnie zdominowany przez długiego. Cierpi, ale jest od tej osoby uzależniony. Jest to eksploracja bólu, tak powszechnie występującego w wielu trudnych i złożonych związkach. Obraz który przybliża tutaj Turner przedstawiony jest w bardzo organiczny sposób słowami: 

I’m pinned down by the dark
Been fighting with my sheets and nearly crying in my sleep
Yes, I’m battling that well-told gripe, the most frustrating type
You should have racing stripes the way you keep me in pursuit
Sharpen the heel of your boot and you press it in my chest
And you make me wheeze, then to my knees you do promote me

Humbug to chyba najsmutniejszy album Arctic Monkeys, pojawiają się tu refleksje nad: najgorszym rodzajem tęsknoty (Cornerstone), pożądaniem i bólem (wspomniane Dangerous Animals, Crying Lightning czy My Propeller) czy platoniczną miłością (Fire and the Thud). Tym samym możliwe, że tekściarstwo Turnera stoi tutaj na najwyższym poziomie w całej dyskografii Arctic Monkeys. Crying Lightning czy Pretty Visitors to realnie trudne utwory w interpretacji przez dobór i złożoność metafor. W kwestii instrumentalnej odczuwalne są tutaj wpływy odpowiadającego za produkcję Josha Homme z Queens Of The Stone Age, który z pewnością wycisnął swoje piętno na bardzo mrocznym charakterze tego krążka. Wyjące gitary w zakończeniach wielu utworów dodają tylko gęstej atmosfery kreowanej przez krążek. Humbug nie jest może albumem legendarnym, ale jest bardzo przyzwoity głównie dzięki sferze lirycznej.

Warto znać: My Propeller, Crying Lightning, Dangerous Animals, Fire and the Thud, Cornerstone, Dance Little Liar 

Ocena: 7/10

#3 AM (2013)

Najbardziej znany album czwórki z Sheffield nie jest moim zdaniem tym najlepszym. Daleko mi też do opinii Anthonego Fantano wystawiającego temu albumowi 3/10, lub do NME wychwalającego ten krążek pod niebiosa. AM to bardzo spójny longplay. Fenomenalne, zapadające w pamięć riffy czekają tu na odbiorcę praktycznie w każdym utworze. Album otwiera powtarzalne i melancholijne Do I Wanna Know? mówiące o odczuwaniu limerencji i strachu związanego z możliwym nieodwzajemnieniem uczuć przez obiekt naszych westchnień. Na AM pojawiają się jedne z najpiękniejszych tekstów dotyczących rozstań jakie słyszałem w życiu. Myślę przede wszystkim o Fireside, czy o One For The Road. Metafory działają tu przyzwoicie, jednak nie jest to najwyższy poziom złożoności w całej dyskografii. Właśnie ta bezpośredniość bijąca z tekstów wydaje się być dla mnie największą wadą. Cudowne, inspirowane do pewnego stopnia RnB czy hip-hopem linie basu i perkusji nadają AM klimatu bardzo odmiennego od poprzednich pozycji. Wydaje mi się, że to trochę album, który dla ludzi w moim wieku może być uznawany za pozycję kultową ze względu na to, że pojawił się w 2013. W tamtym czasie wielu z nas angażowało się w pierwsze związki, zmagało z pierwszymi rozstaniami i loopowało nocami AM. Piąty krążek Arctic Monkeys odnosi się do miłości w nieco przesadnie romantyzowany sposób, jednakże to najprawdopodobniej ten album pozostanie dla dużej części osób tym najważniejszym w całym dorobku Arctic Monkeys. Jednak moje pokolenie także w 2013 nieco romantyzowało swoje relacje, więc nostalgię związaną z AM należy traktować z delikatnym przymrużeniem oka. Nie zmienia to faktu, że jest to album pozbawiony chybionej nuty, czy złego utworu, i największy triumf w kwestii produkcji w całym dorobku Alexa Turnera i spółki. 

Warto znać: Cały album 

Ocena: 8/10

#2 Favourite Worst Nightmare (2007)

Następca debiutu Arctic Monkeys, to swego rodzaju rozwinięcie konwencji zapoczątkowanej na Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not. Tutaj jednak zespół powoli zaczyna odchodzić od surowej energii charakteryzującej pierwszy album w stronę bardziej melodyjnych indie-rockowych refrenów (Fluorescent Adolescent, Do Me a Favour, Old Yellow Bricks). Utwory takie jak D is For Dangerous i This House Is A Circus spokojnie mogłyby się znaleźć na pierwszym albumie, i służą tutaj jako przypomnienie dlaczego Wielka Brytania pokochała ten zespół. Niewątpliwie wśród tekstów najjaśniej z całego albumu lśni Teddy Picker adresujący temat przemysłu muzycznego, sławy i masowej produkcji kolejnych artystów. Uzależnienie wielkich wytwórni płytowych od sukcesu ukazane jest we wspaniały sposób w pierwszej zwrotce słowami:

They’ve sped up to the point where they provoke
The punchline before they have told the joke
Plenty of desperation to be seen
Staring at the television screen
They’ve sped up to the point where they provoke
You to tell the fucking punchline before you have told the joke
Well sorry, sunshine, it doesn’t exist
It wasn’t in the Top 100 list

Favourite Worst Nightmare to kolejny bardzo spójny krążek w dyskografii, będący delikatną ewolucją w stosunku do debiutu. Podobnie jak AM dosłownie wypchany jest zapadającymi w pamięć riffami i charakterystycznymi refrenami.

Warto znać: Cały album (ale jeśli masz mało czasu to przede wszystkim: Teddy Picker, Do Me a Favour, This House Is A Circus, Fluorescent Adolescent)

Ocena: 8,5/10

#1 Whatever People Say I Am That’s What I’m Not (2006)

Pierwszy album Arctic Monkeys to na tę chwilę album legendarny, definiujący pokolenie starsze o kilka lat od mojego. To debiut porównywalny swoim wpływem z Is This It The Strokes czy pierwszą płytą Kasabian. Fenomenalne połączenie post-punkowych i indie-rockowych wpływów przywodzące momentalnie na myśl brzmienie The Clash szturmem wbiło się w świadomość Brytyjczyków. W kwestii tekstowej czuć niezwykłą autentyczność opowiadanych tu historii, autentyczność niemożliwą w 2018 do powtórzenia przez Arctic Monkeys. Otrzymujemy tutaj bardzo przyziemne miejskie historie dotyczące życia Brytyjskiej klasy robotniczej. Te opowieści osiągają absolutną perfekcję w dwóch utworach: A Certain Romance i When The Sun Goes Down. When The Sun Goes Down to refleksja nad desperacją prowadzącą do prostytucji. To gorzki pejzaż przedstawiający ludzi, którzy zmuszeni są do poniżającego życia. To utwór który zapoczątkował moją miłość do tego zespołu;  utwór, który dosłownie uderza każdego odbiorcę swoim brakiem kompromisów. Ikoniczny, brudny nieco nierytmiczny riff gitarowy sprawia, że obrazy malowane przez Turnera są dla słuchacza naprawdę wyraźne. 

Whatever People Say I Am That’s What I’m Not podobnie jak dwie poprzednie pozycje na liście składa się właściwie z samych hitów. Na debiucie Arctic Monkeys czuć brak pretensji, która wkradła się gdzieś w okolicach Suck It And See, tylko tutaj otrzymamy takie piosenki jak Riot Van. Ten utwór opowiada o grupce przyjaciół błąkających się po okolicy i stwarzających problemy. Po prostu, bez żadnych wyszukanych metafor, bez niczego specjalnego. Myślę, że podobnie jak w przypadku Arctic Monkeys to właśnie stało w dużej mierze za początkowym sukcesem Oasis, brak pretensji. Riot Van to bardzo urokliwe uchwycenie esencji młodości. Na tym albumie otrzymujemy też definitywnie najbardziej agresywne wokale i najbardziej surowe brzmienie gitarowe. Mimo, że partie gitarowe są niewątpliwie proste, absolutnie nie odczuwa się tutaj monotonii, a w chwili, gdy zaczynają nas męczyć szalone, wykrzyczane refreny i szarpanie strun , następuje perfekcyjna zmiana tempa. Kapele nowej fali brytyjskiego rocka, takie jak Royal Blood, mogłyby się wiele nauczyć z pierwszej płyty Arctic Monkeys w kwestii struktury piosenek jak i ogólnego konstruowania debiutanckiego krążka. Podsumowując, Whatever People Say I Am That’s What I’m Not to niezwykle szczere historie młodych ludzi wykorzystujące perfekcyjny balans pomiędzy post-punkiem i indie-rockiem. Pozycja obowiązkowa dla każdego. 

Warto znać: CAŁY ALBUM!!!!!!

Ocena: 9/10 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *