„Przemytnik” – Gran Torino vol. 2

Clint Eastwood, mimo blisko 90 lat na karku, nie zwalnia tempa w tworzeniu kolejnych filmów. Jego ostatnie produkcje posiadały bardzo nierówny poziom i niezależnie od naszego odbioru wszyscy stęskniliśmy się za Clintem na stanowisku aktora. Po 7 latach Eastwood ponownie wraca na duży ekran za sprawą swojego najnowszego filmu – Przemytnik.

Jest to prawdziwa historia Earla Stone’a (Clint Eastwood), samotnego, zgorzkniałego mężczyzny po osiemdziesiątce, który próbuje odbudować relacje z rodziną. Kiedy on oraz jego najbliżsi zaczynają mieć problemy finansowe, przypadkowo odkrywa łatwy sposób na zarobienie dużych pieniądze – poprzez przemycanie narkotyków dla kartelu przez całe Stany Zjednoczone. Tropem bohatera zaczyna podążać agent DEA (Bradley Cooper).

Pomysł na film ładnie trafia w trendy panujące we współczesnym kinie kryminalnym. Mamy popularne obecnie motywy kartelu narkotykowego, agencji antynarkotykowej oraz historię przywołującą skojarzenia z Breaking Bad. Najwięcej jednak tutaj jest elementów Gran Torino, czyli najbardziej uznanego filmu Eastwooda ostatniej dekady.

Foto: vdrome.hu

Kolejne rozliczenie się Eastwooda

Najgłośniejsze filmy reżysera, jak Bez Przebaczenia czy wspomniany Gran Torino, stanowiły komentarz wobec postaci samego Clinta Eastwooda. Obalały mit bohaterów, których kreował albo odnosiły się do jego osobistego życia. W Przemytniku jest to odczuwalne nawet bardziej. Chociaż Earl Stone istniał naprawdę, nie ulega wątpliwości, że w rzeczywistości jest on nośnikiem doświadczeń i przemyśleń samego aktora. Dokładnie jak Eastwood jest człowiekiem starej daty, który przez większość swojego życia skupił się na swojej pracy i własnych przyjemnościach. Ma spore doświadczenie życiowe i nie kryje się ze swoimi konserwatywnymi poglądami. Clint Eastwood w roli Earla opowiada o swoich problemach i spostrzeżeniach dotyczących współczesnej rzeczywistości – jak trudno nadążyć mu za technologią (internet, telefony), za zmianami społecznymi, poprawnością polityczną, rosnącą tolerancją w stosunku do ludzi odmiennego koloru skóry czy orientacji seksualnej.

Na szczęście gwiazda filmu/reżyser nie podejmuje się żadnej krytyki, nie stawia siebie w wyższej pozycji – pozostaje jednak w tej biernego obserwatora, który zauważa pewne zmiany, do których trudno mu się przystosować. Reżyserowi zdarzają się co prawda pewne potknięcia – czasami wali zbyt mocno łopatą, powtarzając kilka razy myśli pokroju „kiedyś to było”. Na szczęście Eastwood podchodzi do siebie z zaskakującym dystansem, nawet większym niż przy Gran Torino. Film, mimo iż jest dramatem, posiada też parę humorystycznych momentów, w których aktor żartuje z siebie samego. Odnosi się m.in. do swojego wygórowanego ego, a nawet skłonności do imprezowania i licznych romansów z dużo młodszymi kobietami. Nie kryje, że jest już reliktem dawnej epoki.

Aktor jak zwykle wypada fantastycznie w roli „siebie samego”. Jego Earl jest dużo bardziej ludzką postacią od dotychczasowych, to nie jest bohater rodem z westernów czy kolejny Brudny Harry. To człowiek zmęczony życiem, w którym popełnił (i nadal popełnia) masę błędów; trochę zrzędliwy, trochę żałosny, ale też z poczuciem humoru i dążący do rehabilitacji. Jego działania i motywacje są zrozumiałe, a dramaty angażujące. Fani ponownie będą zachwyceni. Reszta postaci służy bardziej za podbudowę pod głównego bohatera. Mają jakąś małą rolę do wypełnienia i nic poza tym. Mimo obecności plejady gwiazd (Bradley Cooper, Laurence Fishburne, Michael Peña) nikt poza Eastwoodem nie ma zbyt wiele do zagrania, wypadając po prostu „okej”.

Foto: Letterboxd

Stary dobry Eastwood

Sama fabuła podąża sprawdzonym schematem. To kolejna historia o człowieku, który dąży do odkupienia i odbudowaniu relacji z własną rodziną. Przesłanie jest bardzo proste – praca może być ważna, ale nic nie jest ważniejsze od rodziny. Trudno tu o większe zwroty akcji, nieoczywiste rozwiązania czy głębsze przemyślenia. Wątki kryminalne potrafią od czasu do czasu trzymać w napięciu, a dramatyczne złapać za serducho. Jest przyzwoicie, ale bez rewelacji. Podobnie zresztą jest z realizacją – zdjęcia są niezłe, muzyka też (zwłaszcza dla fanów jazzu). Czuć, że to jednocześnie film stworzony przez bardzo utalentowanego, ale już starzejącego się reżysera. Wszystko według starej, sprawdzonej formuły, bez większych wpadek, ale też bez fajerwerków i nowatorstwa.

Podsumowanie

Przemytnik to sentymentalny film, co dla fanów Clinta Eastwooda może być zaletą, a dla sceptyków wadą. To kolejne, ale udane rozliczenie się reżysera z własnym wizerunkiem zamknięte w prostej, acz angażującej historii o wartościach rodzinnych, przemijaniu i odkupieniu. Tak jak bohater filmu, reżyser odkupił się ze swoich ostatnich porażek (15:17 do Paryża), ale trudno tu mówić o wiekopomnym dziele.  Po prostu stary, dobry Eastwood.

Ocena: 7/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *