Przełamanie. „Aktorzy prowincjonalni” w Horzycy

dnia

Wydawałoby się, że dzisiaj aktorzy mają dużo do powiedzenia. Komentują zmiany klimatyczne, sytuację polityczną czy aktualne problemy społeczne. Podpisują pewne myśli swoim nazwiskiem jak marką. Tylko że mowa o wybranych. Takich, którzy są znani wszem i wobec, bo grają w serialach i filmach, więc mogą przebić się do świadomości większego grona odbiorców. Bo ich głos słychać. A co z resztą?

A o reszcie jest mowa w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu w spektaklu Aktorzy prowincjonalni. Pierwsza scena może wybić niewprawnego widza z rytmu. Julia Sobiesiak, Łukasz Ignasiński, Maciej Raniszewski i Tomasz Mycan wchodzą na scenę jak na salę prób, swobodnie się przedrzeźniają, łatwo da się wyczuć, że ich relacja jest bliska. Obok stołu znajduje się kamera, którą wykorzystują, testując siebie jak na castingu. Po chwili dołącza do nich Paweł Tchórzelski. Wypatrują warszawskiego reżysera, który ma w ich teatrze zrobić Wyzwolenie Wyspiańskiego.

fot. Wojtek Szabelski

Pojawienie się reżysera jest kluczowym momentem. Dla wszystkich staje się powodem do zastanowienia się nad własnymi oczekiwaniami, nigdy niespełnionymi marzeniami czy dotychczasową pracą. Wychodzą na wierzch skrywane dążenia i aspiracje. Zgrany zespół nagle przestaje funkcjonować jak grupa. Figura reżysera jako niezwykle natchnionego, ale i despotycznego, wypełniona jest ironią. Rozsadza on pojęcie uporządkowanej pracy, w której wiadomo od początku, jak wygląda scenariusz, ile jest skreśleń w tekście, kto gra jaką rolę i co przez nią swoimi ustami ma przekazać.

fot. Wojtek Szabelski

Damian Josef Neć, który wyreżyserował spektakl i zajął się dramaturgią pokazał również proces tworzenia spektaklu od drugiej strony. Nie jest to jednak dokumentalny obraz, raczej zbudowany na wrażeniach samych aktorów i przerysowaniach postaci bliskich stereotypu.

fot. Wojtek Szabelski

O przełamaniu w wypadku toruńskiego spektaklu można mówić dla kilku powodów. Mam wrażenie, że to zupełnie inna propozycja niż dotychczas. Jedynie Reykjavik’ 74 Katarzyny Kalwat kierował się ku zbliżeniu eksperymentu na teatralnej scenie. Tak jak w opowieści wpływ na prowincjonalnych aktorów miał warszawski reżyser, tak i w wypadku samej realizacji w tym konkretnym miejscu coś pękło. I zmieniło się na lepsze. Brakuje wreszcie podświadomej myśli o zadowoleniu jak największej liczby widzów. Wizja tego, że dotrze się jednym spektaklem do wszystkich, jest nierealną utopią. Na szczęście w przypadku Aktorów prowincjonalnych od tej utopii odstąpiono.

Oby tak dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *