Seksizm, Bruno Mars i polityczne hymny – przegląd nagród Grammy 2018.

Pierwotnie miałem kompletnie przemilczeć temat sześćdziesiątego jubileuszowego rozdania nagród Grammy. Jednakże niesmak jaki pozostawiła po sobie ta ceremonia zasługuje na pewien komentarz. Oskarżenia o seksizm, sześć nagród dla Bruno Marsa, fenomenalny występ Kendricka Lamara to tylko kilka kluczowych punktów tamtego wieczoru. Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie jestem w stanie odnieść się do wszystkich kategorii po pierwsze dlatego, że o muzyce country czy najlepszym solo jazzowym wiem mniej więcej tyle, co o prowadzeniu wózka widłowego, a po drugie nie chciałbym przesadnie wydłużać tego i tak niesamowicie już długiego tekstu.

Występy:

Z szesnastu występów na specjalną uwagę zasługują tylko dwa. Kendrick Lamar wspólnie z U2 otworzył galę elektryzującym wykonaniem nacechowanego politycznie hymnu przeciwko przemocy zatytułowanego „XXX.”. Za tło posłużyła mu amerykańska flaga,  a wokół artysty zgromadziła się grupa tancerzy przebrana w żołnierskie mundury. Drobne cameo wykonał też Dave Chapelle. Kultowy dla afro-amerykańskiej społeczności komik dwukrotnie przerwał set, aby wyrazić swój podziw dla tego, co miało miejsce na scenie. Akademii należą się spore brawa za ten występ, niósł on bowiem silne i świadome przesłanie sprzeciwu wobec obecnej władzy.

Drugi występ, który niezaprzeczalnie skradł całą galę to „Praying” wykonany przez Kesha’ę w towarzystwie: Cyndi Lauper, Camili Cabello, Julii Michaels i kilku innych wokalistek. Przepełniona emocjami ballada traktująca o wykorzystywaniu seksualnym przez byłego producenta artystki jest niezwykle ważnym protestem przeciwko przestępstwom mającym miejsce w przemyśle rozrywkowym. Utwór ten jest także bezpośrednim zerwaniem z konwencją wtórnego elektronicznego popu do którego tak bardzo przyzwyczaiła nas Kesha.

Foto: Jeff Kravitz/FilmMagic

Reszta występów raczej nie zapadnie nikomu w pamięć, pozwolę sobie jednak przywołać dwie „genialne” fuzje starego i młodego pokolenia. Występ Stinga i Shaggy’ego (którzy dopiero co stworzyli wspólny album) uświadomił mi, że ten pierwszy panicznie stara się pozostać na powierzchni, chyba nawet bardziej niż U2. Natomiast utwór „Tiny Dancer”, w wykonaniu Sir Eltona Johna i Miley Cyrus, utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że ogłoszona niedawno pożegnalna trasa autora utworu to bardzo dobra decyzja.

Te występy nie zasługują jednak na żadne szykany, na nie zapracował podczas gali tylko jeden artysta – Logic ze swoim singlem „1-800-273-8255”, który ma pomóc osobom zmagającym się z problemem depresji i myśli samobójczych. W tym miejscu, w imieniu osób zmagających się z tymi zaburzeniami psychicznymi pokazuję środkowy palec wobec tego jak i jakiegokolwiek innego wykonania tego utworu. Logic spieniężył depresję, potraktował ją w powierzchowny i niesamowicie nieczuły sposób. Niech za przykład posłuży ten fragment: „I feel like I’m out of my mind. It feel like my life ain’t mine. (Who can relate? Woo!)”. Pomimo ryzyka krytyki ze strony zwolenników utworu, ośmielę się powątpiewać w krystalicznie czyste intencje rapera.

Seksizm:

Oskarżenia w kierunku Akademii zostały sprowokowane przez kilka wydarzeń. Po pierwsze, jedyną indywidualnie wyróżnioną kobietą została Alessia Cara w kategorii Najlepszy Nowy Artysta. To samo w sobie zaczyna już budzić pewne podejrzenia. Daleki jestem od stwierdzenia, że wśród nominowanych znaleźć powinny się równe proporcje różnych ras i płci, jest to nieco idylliczny pomysł. Aczkolwiek, mając na uwadze wyjątkowe jak na Grammy zróżnicowanie wśród nominowanych w tym roku, wynik z tylko jedną kobietą wychodzącą ze statuetką jest co najmniej zadziwiający. Sytuacji nie poprawiła fatalna wypowiedź Neila Portnowa (prezesa Akademii) w rozmowie z Variety, która zasługuje na przytoczenie w dość długim fragmencie:

„It has to begin with… women who have the creativity in their hearts and souls, who want to be musicians, who want to be engineers, producers, and want to be part of the industry on the executive level… [They need] to step up because I think they would be welcome.”

„Myślę, że [zmiana] musi zaczynać się od kobiet, które mają w sercach i duszach kreatywność, które chcą być muzykami, chcą być inżynierami dźwięku, producentami, chcą być częścią branży na poziomie wykonawczym. [Muszą] one włożyć w to więcej wysiłku, bo myślę, że byłyby mile widziane”

Foto: Michael Kovac/GettyImages

Nie muszę chyba tłumaczyć jak bardzo w zaistniałej sytuacji ten komentarz był nie na miejscu. Po ceremonii Oscarów 2016 nikt nie śmiał powiedzieć afro-amerykańskiej społeczności, że „musi ona włożyć w to więcej wysiłku”, jednak z jakiegoś powodu prezes Akademii Sztuki i Techniki Rejestracji uznał, że w obliczu zbliżonej sytuacji taki komentarz jest absolutnie akceptowalny. Otóż nie jest, i spotkał się z sprzeciwem w mediach społecznościowych, chociażby ze strony P!nk, Katy Perry czy Lorde.

Co do tej ostatniej, to wbrew oczekiwaniom, nie otrzymała ona możliwości by wystąpić w formule solowej w czasie gali (co jest kompletnie niezrozumiałą decyzją).

I tak tworzy nam się tutaj drobny kontrast. Z jednej strony mamy przepiękny, przejmujący występ Keshy, podkreślający znaczenie kampanii #MeToo w 2017, kilka momentów w czasie gali kiedy wyraźnie zaznaczona została rola kobiet we współczesnym świecie czy artystów przechadzających się po czerwonym dywanie z białymi różami (jako element kampanii Time’s Up).

Z drugiej strony, wszystkie te symboliczne elementy nie zdołały jednak ukryć raczej podejrzanych decyzji w kwestii przyznawania statuetek, zrezygnowania z solowego występu jedynej reprezentantki młodego pokolenia w kategorii Album Roku, i nieczułej wypowiedzi prezesa Akademii.

W mojej osobistej opinii wygląda to nieco tak, jakby Akademia domyślała się reakcji publiczności, jednak robiła wszystko aby zamaskować swoje uprzedzenia w czasie samej gali. Sytuacja nie jest jednoznaczna, i pozostawiam ją do oceny każdemu czytelnikowi. Tym samym sądzę, że zarzucanie seksizmu w obliczu wypowiedzi Neila Portnowa ma swoje uzasadnienie.

Nagrody:

I teraz czas na kwestie kluczowe, odsunięcie na chwilę ideologicznej otoczki Grammy i skupienie się na tym co najważniejsze – na muzyce. Tutaj także kontrowersja goni kontrowersję, rozpoczynając od najważniejszej kategorii „Album Roku”,  a kończąc na „Najlepszym Nowym Artyście”.

W kategorii Album Roku zwyciężyło „24K Magic” Bruno Marsa, chyba najbardziej standardowy album popowy jaki dane mi było usłyszeć w 2017. Natomiast wśród nominowanych w tej kategorii znalazło się czterech utalentowanych twórców, z których część wydała swoje najlepsze albumy w karierze. Mówię tutaj chociażby o wyjątkowym hołdzie dla lat minionych w postaci inspirowanego funkowymi klasykami „Awaken My Love” Childish Gambino. Czy chociażby o niezwykle autentycznym świadectwie utraconej miłości w postaci „Melodramy” autorstwa Lorde. Album wokalistki jest przy tym krążkiem, który w mojej opinii obok „DAMN.” Kendricka Lamara najbardziej zasługiwał na wyróżnienie w tej kategorii. W czasach, kiedy lista Billboardu zdominowana jest przez bliźniaczo podobne utwory Chainsmokers i najgorsze single Taylor Swift w historii, Lorde udowadnia, że album zachowany w konwencji popu jest jeszcze w stanie przekazać silny ładunek emocjonalny. „Melodrama” jest dla mnie wyznacznikiem tego, do czego muzyka popularna powinna aspirować.

Porażka Kendricka w tej kategorii jest również bolesna, ponieważ raperowi z Compton udało się zachować świadome społecznie teksty pomimo starań o formę jak najbardziej przystępną dla nowego słuchacza. „DAMN.” Jest połączeniem przesłania stojącego za wcześniejszym „To Pimp A Butterfly” i surowości brzmienia „Good Kid, M.A.A.D City”.

Nawet „4:44” Jaya-Z jest bardziej charakterystycznym albumem niż zwycięzca tej kategorii. Album ten nieco przesycony gospelowymi samplami jest szczerym rozliczaniem się z przeszłością, będąc tym samym chyba najbardziej osobistym albumem z nominowanych.

Podsumowując, w kategorii Album Roku zwyciężył jedyny album, który stwarza wrażenie niespójnego, którego motywy tekstowe są niesamowicie płytkie i nie prowokują kompletnie żadnej refleksji. Album wyglądający jak kilka singli Bruno Marsa ułożonych kompletnie bez żadnego pomysłu. Gratulacje Akademio, ewidentnie wybrałaś najbardziej kluczowe dzieło ubiegłego roku.

Foto: Matt Sayles/Invision/AP/REX/Shutterstock

W kategorii Nagranie Roku ponownie zwyciężył Bruno Mars pokonując swoim „24K Magic” fenomenalne „The Story of O.J” Jaya-Z, absolutnie kultowe już „Redbone” Childish Gambino, a także najbardziej ikoniczny utwór jaki podarował nam rap w 2017 czyli „HUMBLE.” Kendricka Lamara.

Bruno Mars zwyciężył także w kategorii Piosenka Roku utworem „That’s What I Like”, chociaż na dobrą sprawę cieszę się, że statuetka nie trafiła do Luisa Fonsi & Daddy’ego Yankee za „Despacito” (zakładam, że nie muszę tłumaczyć dlaczego). Cieszy mnie też, że w tej kategorii nie zwyciężył Logic z singlem „1-800-273-8255” o którym wypowiadałem się wcześniej. Warto jednak zauważyć, że w tej kategorii ponownie przegrywa Jay-Z, ze swoim bardzo dobrym singlem „4:44”.

Decyzja Akademii o przyznaniu nagrody Alessii Carze w kategorii Najlepszy Nowy Artysta jest według mnie również chybiona. W tej kategorii nominowana była chociażby SZA, wprowadzająca nieco świeżości w konwencji RnB, a także Lil Uzi Vert, który jest jednym z najbardziej charakterystycznych i obiecujących raperów na scenie. To właśnie jego singiel „XO Tour Lif3” wskazałbym jako jeden z najbardziej wpływowych w 2017 jeżeli chodzi o rap i pop. A także jako artystę który wyznacza trendy w obydwu gatunkach. Lil Uzi Vert jest też jednym z wielu dowodów na to, że we współczesnej muzyce rozrywkowej dynamicznie zmieniający formę rap zastąpił w sensie ideologicznym rock, który nie jest w stanie wprowadzić kompletnie żadnej innowacji do swojej formuły (niezależnie od tego co mówi twój kolega słuchający nowego albumu Metalliki). Uważam zatem, że nagradzanie kompletnie pozbawionej własnego brzmienia wokalistki jaką jest Alessia Cara trochę gryzie się z celem tej kategorii.

Kolejną „fantastyczną” decyzją Akademii jest Ed Sheeran zwyciężający w kategorii Best Pop Solo Performance utworem „Shape of You”, który to częściowo kradnie linię melodyczną z utworu „No Scrubs” autorstwa TLC… Tak, kradnie, nie pożycza, tylko kradnie. Po krótkich medialnych przepychankach angielski singer-songwriter uwzględnił wkład pierwotnych twórców, jednakże początkowo ulubieniec całego globu przemilczał ten drobny szczegół. W tej kategorii nominowana była chociażby Kesha z utworem „Praying”, o którego znaczeniu już wspominałem, a także Lady Gaga z „Million Reasons”. Każdy z tych dwóch utworów jest przykładem przyzwoitego popowego tekściarstwa, natomiast w kwestii instrumentalnej jest także dużo bardziej angażujący niż „Shape of You”.

W kategorii Best Pop Duo/Group Performance sympatyczne zaskoczenie, bowiem statuetka powędrowała do Portugal.The Man za „Feel It Still”. Wszystkie inne nominacje reprezentowały to, co najgorsze w dzisiejszej muzyce popularnej, przykładowo: emocjonalny EDM (Chainsmokers & Coldplay i Zedd & Alessia Cara), wpływy muzyki latynoskiej (Luis Fonsi & Daddy Yankee Featuring Justin Bieber) czy Imagine Dragons. Wątpię by indie rockowa grupka Portugal.The Man, istniejąca już kilka lat na rynku, była czymś więcej niż zespołem jednego utworu, aczkolwiek usłyszenie w radiu czegoś, co można łatwo rozpoznać w morzu bliźniaczo podobnych singli zawsze zasługuje na pochwałę. Fantastycznie Akademio, wreszcie doceniłaś kogoś, kto na to zasługiwał.

Foto: The Straits Times

W kategorii Best Pop Vocal Album ponownie triumfuje Ed Sheeran, wraz ze zbrodnią nazywającą się „: (Divide)”, ponownie na wyróżnienie zasługuje dużo bardziej Kesha odważnie zmieniająca konwencję swoim „Rainbow”, Lady Gaga z „Joanne” silnie inspirowanym country, lub nawet Lana Del Ray, która miała jakikolwiek pomysł na album z „Lust For Life”. Ed nie miał tego pomysłu, dostarczył najgorsze teksty w swojej karierze, i na dodatek prawie wszystko poza „Galway Girl” czy „Shape of You” brzmi do bólu powtarzalnie i odtwórczo.

Childish Gambino otrzymał jedną statuetkę w kategorii Best Traditional R&B Performance za „Redbone”. Fakt, że ten artysta nie został wyróżniony w bardziej znaczących kategoriach jest o tyle smutny, że „Awaken My Love” mogło być jego jedyną okazją na zdobycie tych nagród jako że Donald Glover zapowiedział wcześniejszą emeryturę jego muzycznego alter ego.

Nagroda w kategorii Best Urban Contemporary Album trafia do The Weeknd za „Starboy”, dość przeciętny album, który ma tylko kilka momentów zapadających w pamięć, jak chociażby aroganckie „Reminder”, narkotyczne „Party Monster” czy dwie kolaboracje z Daft Punk. Ponownie w tej kategorii przegrywa Childish Gambino z albumem konsekwentnym od początku do końca (z zaledwie jednym potknięciem w postaci utworu „California”). Przegrywa także SZA z longplay’em „Ctrl”, najmocniejszym głosem w gatunku RnB w 2017. Przegrywa też Khalid swoim nieco naiwnym, aczkolwiek przyjemnym „American Teen”. Statuetki nie otrzymuje także obiecujący raper 6LACK z debiutanckim albumem „Free 6LACK”. Podobnie jak w kategorii Album Roku, każdy nominowany z wyjątkiem zwycięzcy wprowadził coś nowego i autorskiego do gatunku, jednak Akademia postanowiła docenić znane nazwisko.

Kendrick Lamar odchodzi do domu z piątką statuetek, odbierając tym samym wszystkie możliwe w kategoriach raperskich. Mając na uwadze decyzję o nie przyznaniu „DAMN.” nagrody Album Roku jest to całkiem racjonalna decyzja. Z jednej strony trochę szkoda Tylera, The Creatora i jego „Flower Boy” w kategorii Best Rap Album czy Jaya-Z i „The Story of O.J.” w kategorii Best Rap Song, z drugiej jednak wszystkie laury przyznane w tym roku Kendrickowi są absolutnie zasłużone.

Foto: REUTERS

Nagrodę za Best Rock Performance przyznano pośmiertnie Leonardowi Cohenowi za „You Want It Darker”, co było całkiem logiczne patrząc na to, że konkurencja była raczej uboga w stosunku do utworu kanadyjskiego barda. Utwór „No Good” Kaleo to chyba jedyna przyzwoita rzecz wydana przez ten zespół, jednak w ogólnym rozrachunku nie jest niczym czego byśmy nie słyszeli wcześniej już setki razy. „Promise” zmarłego w tym roku Chrisa Cornella jest również względnie przyzwoitą balladą. „Run” Foo Fighters to chyba dla mnie bezpośredni dowód na to, że rock jako taki nie żyje i kompletnie nie ma ochoty odkryć się na nowo. Niezaprzeczalnie „You Want It Darker” jest najlepszym tekstowo i formalnie utworem z tego zestawu.

W kategorii Best Rock Song zwycięża Foo Fighters z „Run”, aczkolwiek wszystkie utwory nominowane w tej kategorii były równie tragiczne… więc to chyba dobrze?

W ostatniej kategorii rockowej do której się odniosę, czyli Best Rock Album kolejna obok Portugal.The Man pozytywna niespodzianka, nagroda trafiła do The War On Drugs za „A Deeper Understanding” – absolutnie najlepszego tekstowo rockowego krążka jaki słyszałem w 2017. Opisujące osobiste traumy, nacechowane emocjami teksty lidera grupy Adama Granduciela, rozbrzmiewające na wielościeżkowych utworach zasługiwały na to wyróżnienie jak nic innego spośród nominowanych pozycji. A Deeper Understanding to pozycja obowiązkowa dla każdego fana Boba Dylana lub Bruce’a Springsteena. Obawiałem się, że tę nagrodę otrzyma Metallica za do bólu odtwórcze „Hardwired…To Self-Destruct”, lub bardziej znane Queens Of The Stone Age za „Villains” (które jest bardzo kompetentnym i przystępnym albumem rockowym czerpiącym garściami z tego co najlepsze w gatunku). Akademia postawiła jednak na mniej znanego gracza, co uznać można za niespodziankę, patrząc na wyniki innych kategorii.

Nagroda za Najlepszy Album Alternatywny trafiła do raczej przecenianego przez krytyków The National, jednakże każdy artysta nominowany w tej kategorii miał pełne prawo odebrać tą statuetkę , może z wyjątkiem Gorillaz, które na „Humanz” nieco straciło swoją tożsamość przez szaloną wręcz liczbę występów gościnnych. Na nagrodę zdecydowanie nie zasłużyło też Arcade Fire, któremu bardziej radiowa formuła ewidentnie nie służy.

Podsumowanie:

Jasnym jest, że Akademia wybrała w tym roku możliwie najbezpieczniejsze opcje (z wyjątkiem The War On Drugs i Portugal.The Man), aż 6 nagród dla Bruno Marsa czy wyróżnianie Eda Sheerana za utwór z kradzioną linią melodyczną pokazuje jak bardzo Grammy są zamknięte na jakąkolwiek innowację. Odnoszę wrażenie, że pod tym względem sytuacja z roku na rok jest coraz gorsza, ze smutkiem czas chyba przyznać, że „najważniejsza noc dla muzyki” zaczyna tracić swoje znaczenie. W końcu niezależnie od wyników to nie Bruno Mars, ale Kendrick Lamar zostanie zapamiętany jako jeden z najpopularniejszych i najbardziej ambitnych twórców ostatniej dekady. To Lorde moje pokolenie będzie wskazywało jako głos młodości, nie Eda Sheerana. Nagrody Grammy muszą zatem otworzyć się na nowe brzmienia, jednakże patrząc na wypowiedź Portnowa droga do osiągnięcia takiego stanu rzeczy jest jeszcze daleka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *