Prometeusz – Retrospektywa, część 4 – Confusion will be my epitaph

Kiedy Prometeusz Ridleya Scotta wchodził do kin w 2012 roku, recenzje zbierał mieszane, ale nie miażdżące. Gdy jednak dobrali się do niego zapaleni fani Obcego i w ogóle gatunku sci-fi, nie pozostawili na nim suchej nitki, wytykając liczne dziury logiczne, absurdy i niespójności. W sieci znajdziecie mnóstwo wyczerpujących analiz wypunktowujących wszystko, co jest nie tak z tym filmem i prawie tyle samo opinii apologetów doszukujących się w nim ukrytego geniuszu.

Komu więc wierzyć? Sobie i swojemu gustowi zapewne. W przeciwieństwie do licznych internetowych krzykaczy nie uważam, że jestem w posiadaniu prawdy objawionej o Prometeuszu i mogę tylko zaoferować moje subiektywne wrażenia. Jednak gwarantuję co najmniej to, że jeśli jesteście fanami Ósmego pasażera Nostromo, na pewno spodoba wam się chociaż kilka elementów filmu. Przynajmniej przez pierwszą godzinę, Scott usiłuje odtworzyć atmosferę oryginału, grozę połączoną z pewnym odczuciem ekscytacji związanym z odkrywaniem nowego, nieznanego świata, który zaskakuje nas wszystkim. To samo powolne tempo eksploracji, piękne kadrowanie Wolskiego, świetne dawkowanie napięcia i informacji, intrygujących pytań otwierających nowe drogi interpretacji uniwersum… A potem następuje cała reszta filmu.

mv5bmtexmtuwnza1mzjeqtjeqwpwz15bbwu3mdmznzcynzc-_v1_sx1777_cr001777884_al_
Foto: IMDb

To jednak dużo bardziej sztampowa opowieść o pierwszym kontakcie, rozpoczęta odnalezieniem w różnych, oddzielonych kulturową przepaścią miejscach Ziemi podobnych znaków, które mogą być wiadomością od stwórców ludzkości. Geriatryczny szef korporacji Weyland (grany z wciąż niejasnych powodów przez postarzonego Guya Pearce’a..) spragniony nieśmiertelności wysyła w ślad za „bogami” grupę naukowców na tytułowym statku.

Załoga składa się z religijnej archeolożki Ellie (Noomi Rapace), jej lekkomyślnego chłopaka Charliego (Logan Marshall-Green), androida naśladującego Petera O’Toole’a (Michael Fassbender), oschłej reprezentantki korporacji (Charlize Theron), kapitana (Idris Elba), biologa (Rafe Spall) oraz geologa, którego definiującą cechą jest to, że wprost kocha kamienie i na niczym innym mu nie zależy (Sean Harris). Ekipa bezbarwnych tokenów ląduję na nieznanym księżycu, napotyka różne rodzaje dziwnych stworzeń, stawia wiele idiotycznych kroków, nie dowiaduje się niemal niczego i koniec końców fabuła zostawia widza z niczym, prócz ewentualnego oczekiwania na kontynuację.

Chciałem uniknąć banalnych zarzutów o głupie zachowania bohaterów Prometeusza, ale po prostu się nie da. Liczne gesty łapania się za głowę są nieodłączną częścią seansu i trzeba się do nich odnieść. Doświadczeni naukowcy zachowujący się jak gimnazjaliści na wycieczce szkolnej to coś niedopuszczalnego w filmie silącym się na poważną fantastykę naukową. Zdejmowanie hełmu przy pierwszych oznakach ubogiej w dwutlenek węgla atmosfery (nie zważając na możliwość obecności innych, nieznanych gazów..), zgubienie się w korytarzach, które na bieżąco się mapowało, nieumiejętność uciekania inaczej niż w linii prostej czy w końcu zbliżanie się do obcego organizmu i zwracanie się do niego jakby to był co najmniej szczeniaczek – tego wszystkiego dopuszczają się ci ludzie, a jest tego więcej.

Co z tego, że film w większości przypadków karze bohaterów za ich działania, skoro nie jest wystarczająco samoświadomy, żeby zauważyć jak skrajna głupota wpływa na nasze przywiązanie do postaci, których de facto w większości nie poznajemy z żadnej innej strony. Nie rozumiemy ich motywacji, nie zależy nam na nich, więc ich śmierć naturalnie będzie dla nas obojętna.

mv5bmwjhn2njnjmtnzq5ny00mmi0lthmmdqtzju4ndq1njzkmwqxl2ltywdll2ltywdlxkeyxkfqcgdeqxvymjk3ntuyotc-_v1_sy1000_cr0012521000_al_
Foto: IMDb

Jeśli nie obchodzi nas sama akcja, powinna chociaż zaintrygować metafizyczna problematyka. Kwestie kreacjonizmu, przyczyn tworzenia w kontekście świata przyszłości, w którym człowiek jest w stanie wyprodukować syntetyczne życie i sztuczną inteligencję z samego egotycznego kaprysu. Pytania o nieśmiertelność, jej implikacje oraz wyjątkowość rasy ludzkiej w obliczu wszechświata. To wszystko tu jest, choć nie bardzo pogłębione, to jeśli potraktować całość jako reinterpretację mitu prometejskiego, widać potencjał na całkiem oryginalne dzieło.

Nie daje prostych odpowiedzi i absolutnie nie powinno, jednak żeby narracja jakkolwiek funkcjonowało jako samodzielna opowieść i część sagi, musi nam dać cokolwiek klarownego, inaczej marnuje nasz czas. Odkładając na bok filozoficzną otoczkę i traktując to jako brakujący element uniwersum Obcego, dostajemy w zasadzie regularny chaos. To prequel skutkiem którego świat przedstawiony oryginału staje się dla nas jeszcze mniej jasny. Widzimy i nie rozumiemy. Mutageniczne mazie, humanoidalni „Inżynierzy”, nieznane gatunki o niejasnym pochodzeniu – pierwowzory facehuggerów, dziwaczna kałamarnica rozwinięta z kosmicznego trylobita. Czym są w istocie ksenomorfy? Skutkiem ewolucji? Krzyżowania gatunków? Kiedy nawet nam coś rzeczywiście pokazuje, jak np. prawdopodobna natura space jockey’a, jest to na tyle banalne, że może wolelibyśmy, gdyby pozostało to owiane aurą tajemnicy. Przez cały film jesteśmy atakowani strzępami informacji, których nie możemy w żaden sposób poskładać do kupy, a po seansie pozostaje nam czekać pięć lat na sequel, by wydać kolejne pieniądze na bilet do kina.

mv5bmtqwmdm4ndg1mf5bml5banbnxkftztcwmtg1mdyxnw-_v1_sy1000_cr0015031000_al_
Foto: IMDb

Mimo tych wszystkich problemów scenariuszowych – nieciekawych postaci, nielogiczności i braku satysfakcjonujących rozwiązań, daleko mi do nienawiści dla filmu Scotta. Co więcej, uważam że jest najbardziej udaną i kompetentnie wykonaną częścią serii od czasu Decydującego starcia. Pierwszą od dawna, którą rzeczywiście dobrze się ogląda. Pewnie, że walor rozrywkowy wynika częściowo z rozbrajającej głupoty niektórych scen, ale Prometeusz wielokrotnie zaimponował mi pod względem realizacyjnym. To naprawdę pięknie wyglądający, umiejętnie wyreżyserowany, utrzymujący zainteresowanie widza film science-fiction. Wspomniany na początku klimat przywracający wspomnienia z pierwszej części jest trochę zakłócony przez nieco zbyt sterylne wnętrza i wyposażenie, dalekie od brudnego, siermiężnego retrofuturyzmu Nostromo, ale wystarczającą tu stylistycznej oryginalności, by uniknąć pułapek generycznego świata przyszłości.

Czy jeśli nadchodzący sequel – Obcy: Przymierze wyczerpująco odpowie na liczne pytania pozostawione przez poprzednika, to czy ów Prometeusz może na tym zyskać? Według mnie owszem, ale tylko jako część większej całości, nie autonomiczne dzieło. To dobrze nakręcony, ale dziurawy i nieprzemyślany scenariusz, któremu bardzo daleko do arcydzieła nie tylko ze względu na obecną nieprzejrzystość świata przedstawionego, ale również kulejącą dramaturgię i logiczne absurdy. Niezależnie jakim filmem będzie Przymierze, film z 2012 na zawsze pozostanie pewną anomalią serii, która na nieszczęście obrosła nieudanymi filmami z dobrymi intencjami. Jedni będą go mieszać z błotem, inni bronić do ostatniej kropli kwasu. Ja wielkim fanem nie zostanę, ale z pewnością interesuje mnie to, co jeszcze Ridley Scott ma w zanadrzu.

Recenzja Ósmego pasażera Nostromo

Druga część retrospektywy

Trzecia część retrospektywy

Recenzja Przymierza

One Comment Add yours

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *