Przychodzi Predator do lekarza

Predator, niegdyś hit lat 80 z każdym kolejnym rokiem odchodzi w zapomnienie. Poza pierwszą częścią z 1987 roku żaden późniejszy film nie powtórzył sukcesu, a porażka w postaci serii Obcy kontra Predator tylko dobiła markę. Próbowano ją reaktywować w 2010 roku za sprawą filmu Predators – ze średnim skutkiem, teraz przyszedł czas na drugie podejście.

Film wbrew tytułowi nie jest remakiem, tylko sequelem, a właściwie (jak to teraz jest popularne) soft rebootem. Na terenie Meksyku rozbija się statek kosmiczny z Predatorem, który zostaje ogłuszony przez protagonistę, Quinna McKennana (Boyd Holbrook) i ubezwłasnowolniony przez rząd. Część sprzętu obcego wpada w ręce autystycznego syna (Jacob Tremblay) głównego bohatera, który przypadkowo sprowadza na siebie uwagę innego, jeszcze groźniejszego łowcy.

Pierwszy Predator stanowi kwintesencję lat 80. To film, który idealnie wpisuje się w ramy męskiego kina akcji — tropikalna dżungla, wojna z partyzantami, bezlitosny zabójca z kosmosu, a przeciwko niemu drużyna twardych najemników, na czele których stanął Arnold Schwarzenegger. Fantastycznie łączył widowiskowe kino pełne czarnego humoru, z trzymającym w wiecznym napięciu thrillerem. Pomysł na tytułowego potwora był kapitalny — tajemniczy, wiecznie ukryty, doskonale eliminujący ludzi za pomocą swoich gadżetów i kierujący się specyficznym kodeksem. Żadna późniejsza część nie była w stanie powtórzyć tego niesamowitego napięcia, poczucia niepewności i wiecznego zagrożenia.

Foto: GeekTyrant

W Predators próbowano odświeżyć serię, tworząc film mocno nawiązujący do formuły pierwszej części, a w roli głównej osadzając nagrodzonego Oscarem Adriana Brody’ego. Film odniósł tylko umiarkowany sukces, mimo dobrej realizacji i nieźle przeniesionego klimatu jedynki nie zapadł głęboko w pamięci. Powodem była zbytnia odtwórczość, powaga, oraz obsada złożona z mało charyzmatycznych aktorów.

Za najnowszą część odpowiada Shane Black, który wydawał się najlepszym możliwym wyborem do reaktywowania serii. Jest on nie tylko twórcą licznych klasków męskiego kina akcji (Zabójcza Broń, Ostatni Skaut) i pastiszów (Nice Guys: Równi Goście, Bohater ostatniej akcji), ale też występował w pierwszym Predatorze w roli niezapomnianego Hawkinsa.

Dotrzymanie obietnic = dobry film?

Reżyser i scenarzysta gwarantował, że nie chce wałkować w kółko tych samych motywów, tylko rozwijać świat tytułowych obcych. Wprowadzić nowe pomysły, odpowiedzieć na pytania, które fani zadawali sobie od dawna. Jednocześnie pamiętał (przynajmniej teoretycznie) za co fani pokochali pierwszy film – za tryskających testosteronem bohaterów z charyzmą, czarny humor, oraz absurdalną przemocą. I wszystko to dostarczył. Czy to oznacza, że stworzył Predatora, na którego fani od dawna czekali? Nieszczególnie.

Foto: Spider’s Web

Pierwszym problemem filmu jest kompletnie rozbite tempo oraz ton. Każda dotychczasowa część sprawnie prowadziła historię – grupa bohaterów została wrzucona w pewne nieprzyjemne miejsce, w którym czuli się obserwowani i wraz z rozwojem akcji ginęli w dziwnych okolicznościach. Tytułowego kosmity początkowo nie widzieliśmy, akcję obserwowaliśmy z jego oczów, oglądaliśmy jak stopniowo zakrada się do swoich ofiar, a następnie eliminuje błyskawicznie. Tutaj od początku oglądamy pościg statków kosmicznych i kosmitę, który w pełnej krasie atakuje ludzi. Zaczyna się od absurdalnej rozwałki, po czym akcja gwałtownie zwalnia i zamiast dziarskich weteranów wojennych i Predatora, przechodzimy do tanich, sentymentalnych wątków dramatycznych. Akcja ponownie nabiera absurdalnego rozpędu, a później gwałtownie zwalnia, wracając do wątków rodzinnych, oraz rządowych teorii spiskowych.

Dzieło Shane’a Blacka z jednej strony utrzymane jest w duchu epoki VHS — bohaterowie to przerysowani twardziele sypiący wulgarnymi one-linearami, a Predator przechodzi przez ludzi niczym pług zamieniając ich w krwawą miazgę. Ten element filmu wychodzi zdecydowanie najlepiej, dostarcza chwilami porządnej dawki bezpretensjonalnej rozrywki dla dużych chłopców. Podkręcono brutalność, oraz ilość wulgaryzmów do absurdalnego poziomu, co jest miłym powiewem po ugrzecznionych blockbusterach z kategorią PG-13. Jednocześnie też próbowano wprowadzić elementy rodem z Kina Nowej Przygody z Jacobem Tremblayem w roli głównej, które w ogóle nie pasują do całej reszty i tylko przeszkadzają. Postacie i wątki dwoją się i troją, przysłaniając główną atrakcję filmu. Predator jest poprowadzony tak chaotycznie i niespójnie, że wygląda jak sklejka kilku kompletnie różnych od siebie filmów — co jest pewnie spowodowane problemami które miały miejsce na planie i kosztownymi dokrętkami.

Żarty żartami, a gdzie emocje?

Shane Black postanowił pójść na całość swoim rubasznym humorem czyniąc z Predatora istny pastisz, albo wręcz parodię serii. Żarty padają praktycznie non-stop, są wulgarne, wyśmiewające konwencję i schematy znane z poprzednich części, a nawet kina akcji. Dowcipy w większości trafiają, dzięki charyzmie aktorów. Bohaterowie są nakreśleni grubą krechą, ale odpowiednio charakterystyczni i sympatyczni.

Jednak przy nadmiarze żartów i kompletnego luzu zniknęły gdzieś emocje. Walka z obcym wygląda bardziej jak wesoła zabawa, przez co brakuje autentycznego napięcia. Kiedy film próbuje na chwilę być poważniejszy – zbija z tropu, wychodzi mało wiarygodnie i niezamierzenie kiczowato. Zgodnie ze schematem serii, nie wszyscy bohaterowie ujdą z życiem. Jednak tutaj pierwsze zgony drugoplanowych postaci przypadają… dopiero w finale. Przez co jakakolwiek śmierć wygląda jakby została wciśnięta na siłę, sztucznie, przypominając bardziej finał Mass Effecta 2. Na dodatek wybór postaci, które zginą, a które ocaleją, jest do bólu przewidywalny i wałkowany w każdej części. Reżyser jednocześnie wydaje się być samoświadomy i wyśmiewać pewne schematy, ale też sam w nie wpada.

Foto: norlatifah.com

Większy nie znaczy lepszy

W filmie pojawia się dwóch Predatorów, jeden klasyczny i drugi genetycznie zmodyfikowany. Ten pierwszy prezentuje się jak zwykle — budzi respekt, spektakularnie eliminuje przeciwników. Potwór ponownie jest efektem świetnej charakteryzacji, dzięki czemu w scenach z jego udziałem unosi się klimat starych Predatorów. Do czasu, aż akcja nie skupia się na nowym, większym osobniku. W zamyśle ma to być Predator do potęgi dziesiątej – większy, silniejszy, bardziej zabójczy. W praktyce to tylko wielki, średniej jakości efekt CGI, który bezmyślnie naciera, razem ze swoimi równie syntetycznie wyglądającymi kosmicznymi ogarami.

Sceny akcji w pierwszej połowie filmu dostarczają sporo frajdy. Niczym w starych akcyjniakach są groteskowo brutalne i pełne one-linearów. Jednak wraz z rozwojem fabuły, coraz bardziej polegają na efektach komputerowych, przez co walki zamiast efektowne stają się efekciarskie. Brakuje w nich finezji z poprzednich części – ani łowcy, ani ludzie nie podejmują się wyszukanej strategii, polegając głównie na bezmyślnym nacieraniu i zbiegach okoliczności (szczególnie w finale).

Fabuła – największy kawał filmu

Fabuła faktycznie opowiada o czymś innym niż wszystkie dotychczasowe części. Tu już nie chodzi o Predatora, który przylatuje na polowanie — stawka jest tym razem większa. Zdecydowanie zbyt wielka i zwyczajnie absurdalna. Scenariusz jest obładowany wątkami i postaciami, pełen idiotycznych rozwiązań i bezsensownych twistów. Wyjaśniono niby motywacje, którymi kierują się Predatorzy, ale zmieniają się one kilkakrotnie w trakcie seansu. Obdarto obcych z ich specyficznej kultury i honoru zamieniając ich w sztampowych najeźdźców z kosmosu. Zachowanie ludzi i kosmicznych łowców zmieniają się ze sceny na scenę. Często bez powodu zabijają się nawzajem, zmieniają strony konfliktu, albo giną wyłącznie z własnej głupoty.  Później film odlatuje kompletnie z bzdurami pokroju autyzmu jako przejawu wyższego szczebla ewolucji, dzieciaka (wg filmu-największego geniusza) bawiącego się sprzętem Predatora na ulicy, albo końcowej sceny zapowiadającej sequel rodem z Marvela.

Podsumowanie

Predator to bajzel fanserwisu i kompletnie nietrafionych pomysłów. Z jednej strony mamy przyjemnie przegięte kino akcji rodem z epoki VHS, a z drugiej strony masę nudnych, niepotrzebnych dramatycznych wątków. Niby ilość przekleństw i tryskającej krwi zawstydziłaby Quentina Tarantino, ale spora część filmu jest utrzymana w klimacie Kina Nowej Przygody. Cały czas przechodzi od skrajności w skrajność, dlatego trudno mi nawet zdefiniować do kogo jest on adresowany. To wciąż lepsza rozrywka, niż seria Obcy kontra Predator, ale to nie są zbyt wysokie progi. Pozostaje go traktować wyłącznie jako guilty pleasure – niezbyt mądrą (żeby nie rzec – obraźliwą), ale wciąż rozrywkę dla pewnej grupy fanów kina klasy B z lat 80.

Ocena: 5+/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *