Pierwszy człowiek – Space Oddity

dnia

Damien Chazelle to dziecko szczęścia. Gość w ciągu kilku lat stał się jednym z najbardziej popularnych reżyserów w Hollywood. La La Land zapewniło mu łatkę człowieka od zadań specjalnych. Nic dziwnego, w końcu reanimacja tak skostniałego gatunku, jak musical, musi budzić szacunek. W swoim najnowszym filmie autor Whiplash próbuje oderwać się od gatunkowego kina i stworzyć dramat pełną gębą. Niestety średnio mu się to udaje.

Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, o czym jest ten film, nie? Zatem przejdźmy do konkretów. Chazelle miał przed sobą trudne zadanie. Ponieważ oglądamy nie tylko samą misję Apollo 11, ale cały zapis wydarzeń prowadzących ku temu. Rozpoczynamy w 1961 r. kiedy widzimy Armstronga jeszcze nieświadomego swojej roli w historii. Kończymy w 1969 r. kiedy orzeł wylądował. To naprawdę długi okres  do ukazania, nawet jak na ponad dwugodzinny film.

Foto: IMDB

Mam problem z Pierwszym człowiekiem, bo nie potrafię określić, o czym jest to film. O małżeństwie?, o stracie ukochanej osoby? o traumie? o realizacji marzeń? o zimnej wojnie? o amerykańskim rządzie? o przełamywaniu barier? W scenariuszu mamy spory bałagan. Niektóre wątki pojawiają się, a potem znikają i pojawiają się w naprawdę nieoczekiwanych momentach. Film przez to gubi swoją konsystencję i wygląda przez to, jak pisany na kolanie.

Tym bardziej że Chazelle też nie potrafi ogarnąć materii czasu w swoim filmie. Jesteśmy w 1961, a zaraz potem w 1964, potem 1965. Chcesz zainwestować swoje emocje w bohaterów? Źle trafiłeś, tutaj nie zdążysz nauczyć się imion kolejnych astronautów, którzy są tylko gadającymi głowami. Obserwujemy wydarzenia poszatkowane, przez co niektóre decyzje i zachowania Armstronga mogą się wydawać mocno dziwne i niezrozumiałe. Nie jest to z pewnością wiarygodny portret psychologiczny pierwszego człowieka na księżycu.

Myślę, że Pierwszy człowiek to odpowiednik La La Land. Chazelle to zręczny rzemieślnik i w jego filmie obserwujemy po raz kolejny hołdy. Tutaj Damien kłania się takim filmom jak 2001 Odyseja kosmiczna czy Apollo 13. Twórca Whiplash jednak nie zna umiaru, ponieważ jego najnowszy film zawiera najlepsze cechy tego typu obrazów (na przykład mistrzowskie operowanie ciszą), jak i te najgorsze (fatalne ckliwe sceny, czy też klisze w postaci cieszących się kontrolerów lotu). Mało jest tutaj samego reżysera, który kryje się za pełnymi cytatami i unika jak może swojej autorskiej wypowiedzi.

Foto: IMDB

Film natomiast broni się rzetelnością.  Sceny w rakietach i około tematyczne stoją na wysokim poziomie technicznym. Tutaj każdy przycisk musi być wciśnięty, a każda wajcha przełożona. Oglądamy naprawdę symulację lotu, a nie hollywoodzkie bzdety. Jeżeli ktoś się interesuje lotami kosmicznymi, to Pierwszy człowiek będzie dla niego kinowym spełnieniem marzeń.

Technicznie natomiast jest ok. Film z początku zaskakuje nas oryginalnym, granitowym wręcz dokumentalnym obrazem. Potem mamy jeszcze kilka udanych sztuczek, ale całość nie powala. Główna broń Chazelle’a  czyli operator Linus Sandgeren dwoi się i troi, ale jego praca tutaj, nawet nie ma startu, do tego co robił w La La Land. Wystarczy sobie przypomnieć Grawitację, aby zobaczyć, jak bardzo Pierwszy człowiek jest przeciętny.

Ryan Gosling jako Armstrong jest przeciętny. Trudno się nie zaśmiać, gdy widzimy, iż Ryan operuje tymi samymi minami, zarówno podczas rozmowy, jak i kłótni z żoną. Gosling gra tutaj na autopilocie, nie wychodzi poza swoją aktorską strefę komfortu. Natomiast porywająca jest tutaj Claire Foy. Gwiazda The Crown, nawet jak ma „zwyczajną” scenę do grania, to widać jej poświęcenie. Kiedy Chazelle daję  Foy coś więcej do zagrania, to błyszczy ona pełną gwiazdą. Chciałbym jej więcej w filmie. No cóż, Gosling po raz drugi w filmie Chazelle’a zagrał słabiej od partnerującej mu aktorki. Może czas wymienić swojego pupilka, Damien?

Pierwszy człowiek dla mnie to zawód. Jest to film zdecydowanie ambitniejszy niż wspomniane wyżej Apollo 13. Z kolei jest to film zbyt prosty, aby być artystycznym filmem. Jest to też film niedorobiony i niezgrabny, mający problem ze swoją tożsamością. Po premierze filmu pojawiły się głosy, iż Damien Chazelle to nowy Steven Spielberg. Ja bym tak daleko nie szedł.  Spielberg to czarodziej kina, Chazelle to natomiast tylko zdolny iluzjonista, który musi się jeszcze wiele nauczyć.

Ocena: 5,5/10

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *