Pewnego razu…. w Hollywood – Nashville

Quentin Tarantino to człowiek instytucja. Ostatnio, kiedy przygotowaliśmy ranking jego filmów i przypomniałem sobie wszystkie te kultowe produkcje, poczułem się lekko przytłoczony. Dlatego na każdy nowy film autora Pulp Fiction czekam z obawą, czy reżyser w końcu się załamie pod ciężarem swojej ikony. Na szczęście jego najnowsze dzieło, pokazuje, iż Tarantino ma się dobrze, a nawet zaryzykuje stwierdzenie, że przeżywa drugą młodość.

Pewnego razu…. w Hollywod to pełna anegdot i elektryzujących dygresji historia aktora grającego w westernach, który próbuje wrócić na szczyt (Leonardo DiCaprio), oraz jego wiernego dublera (Brad Pitt nigdy nie był lepszy). W tle czasy kontestacji, ruch hipisów, zmierzch epoki klasycznego Hollywoodu i złotej ery telewizji. Poza tym Steve McQueen, Bruce Lee, spaghetti westerny, a także piękna Sharon Tate i Roman Polański po wielkim sukcesie „Dziecka Rosemary”.

FOTO: IMDb

Najnowszy film autora Bękartów wojny, jest filmem na wskroś Tarantinowskim. Co to znaczy dla widza?  Film nie epatuje przemocą, tak jak przywykliśmy (nie bójcie się jednak, krwi jest tutaj sporo, ale trzeba na nią poczekać). Film penetruje drugi najważniejszy motyw twórczości Quentina, czyli popkulturę. Tutaj aluzja goni aluzję a cameo słynnych postaci trudno zliczyć, tak samo trudno zmierzyć miłość reżyser do tamtych lat.

Dlatego film może niektórych odstręczyć. Większość czasu ekranowego zajmuje tutaj oddanie klimatu dawnych czasów. Nie szukajcie tu dynamicznej fabuły, czy też niejednoznacznych bohaterów. Nawet największy as w rękawie Tarantino, czyli dialogi są tutaj nieco przykurzone. Natomiast świat wykreowany przez reżysera Wściekłych psów po prostu urzeka widza i jak dla mnie w pełnie rekompensuje płyciznę scenariusza.

Quentin karmi widza jednym z czołowych produktów tej dekady, czyli nostalgią. Reżyser jednak nie ucieka się do pustych cytatów i pokazuje nam tęsknotę za dawnymi czasami w sposób frapujący, inteligentny. Nie ma tutaj miejsca na puste cytowanie, jest za to inteligentny dialog z dawnym kinem i zdystansowany lament o powoli zapominanych przez nas aktorach i reżyserach tamtych czasów.

FOTO: IMDb

Przyznaje, że jestem zaskoczony dojrzałym podejściem zastosowanym przez Tarantino. Nie ukrywajmy, reżyser wpadł w lekką zadyszkę po Bękartach Wojny. Czarna kutanga w Nienawistnej ósemce, mogła zwiastować twórczy kryzys Quentina. Ten film rozwiewa wszelkie wątpliwości. Pewnego razu… jest spokojnie i wyczilowane…

…zupełnie jak nasza dwójka protagonistów, którzy próbują się odnaleźć w rodzącej się nowej epoce kina konsternacji. Obserwujemy tutaj dwie strony monety. Jedną z nich jest zapijaczony Rick Dalton, mieszkający w luksusowej willi aktor, który ma problem z znalezieniem tej jednej roli, dzięki której powróci na szczyty. Jego partner Cliff Booth, to człowiek nieugięty, idący dziarsko do przodu kaskader, uśmiechający się do hipisek, jednocześnie gotów zaserwować komuś prawego prostego. Oba te wcielenia odzwierciedlają samego Quentina. Nadal cholernie silnego twórcę, którego jednak najlepsza lata już przeminęły.

Oczywiście jest również Sharon Tate, która jest rdzeniem tego filmu. Sławna aktorka w filmie tańczy, ogląda filmy, jeździ autem…. Jej bierność jest jednak ważnym elementem tego filmu. Roztacza tutaj niewinną aurę i ukazuje styl życia tamtego środowiska. Poruszająca jest scena, kiedy Sharon ogląda samą siebie na ekranie i pod nosem mruczy kwestie dialogowe. Sala kinowa dawno nie była tak magiczna. Brawa należą się również Margot Robbie, która stworzyła w filmie znakomitą minimalistyczną kreację.

Królami pod tym względem są jednak Brad Pitt i Leonardo DiCaprio. Pierwszy po raz kolejny pokazał, że jest kapitalnym aktorem charakterystycznym. Życzę mu Oscara z całego serca (Brad jeszcze nie ma statuetki!). Leo natomiast zagrał prawdopodobnie najlepszą rolę w swojej karierze. Jego postać bilansuje na cienkiej granicy komiksowego przerysowania i dramatycznej niedoli. DiCaprio znakomicie to wygrywa. Brawa należą się również Timothy’emu Olyphantowi, Margaret Qualley i Al’owi Pacino, który przypomniał sobie w końcu czym jest aktorstwo z najwyższej półki.

FOTO: IMDb

Pewnego razu… w Hollywood to bardzo dobry film, który przyciąga nas aktorstwem, wykonaniem i świetnym oddaniem klimatów tamtego, lepszego (?) świata. Jest to najlepszy film Quentina Tarantino od czasów Bękartów wojny

Ocena: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *