Pętla. „Beksińscy” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy.

Na samym początku nasuwa się pewna myśl – bardzo ogólna, mało odkrywcza i powszechnie znana. Co zrobić kiedy nagle zostajemy „zaatakowani” z różnych stron jednym tematem/ motywem/ postacią? Czasem nie ma wyboru jak dać się ponieść tej fali. Tak właśnie dzieje się co jakiś czas w kulturze. Tendencja do nieustannego eksplorowania bliskich sobie zagadnień, związanych właśnie z odkryciem kogoś lub czegoś nowego. Dlatego można czuć się lekko przytłoczonym, ale zarazem ekspertem – skoro kultura daje nam tyle tekstów na dany temat, czemu nie powiedzieć „już wiem wszystko”? Tylko czy zawsze jest to dobra ambicja?

Po tym enigmatycznym wstępie, można zrobić krok w stronę tego, co nas będzie tutaj najbardziej interesowało. Mowa o spektaklu „Beksińscy” w reżyserii Michała Siegoczyńskiego z Teatru Polskiego         w Bydgoszczy, który swoją premierę miał 25 listopada 2017 roku. Już sam tytuł kieruje nas dzisiaj ku dobrze ugruntowanej problematyce, związanej z życiem Zdzisława, Tomka i Zosi Beksińskich.

Teraz śmiało można wrócić do wstępu i wymienić tutaj klika tekstów kultury dotyczących tej rodziny: książka Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”, książka „Zmagania o Beksińskiego” Piotra Dmochowskiego, książka „Tomek Beksiński. Portret prawdziwy”, film fabularny „Ostatnia rodzina” w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego, film dokumentalny „Beksińscy. Album wideofoniczny” w reżyserii Marcina Borchardta… dużo? Nie, to tylko niewielka część tego, co znajdziemy na rynku. A na dodatek          w listopadzie pojawiła się nowa forma – spektakl.

foto: Dawid Stube

Samo przedstawienie rozpoczyna się od momentu, który powinien wszystko zamykać – do mieszkania Beksińskich wchodzi mężczyzna w masce (co wygląda nieco groteskowo) z nożem w ręku. Przejmującemu momentowi towarzyszy muzyka, która pojawia się jeszcze chwilę wcześniej – kiedy na ścianie zostaje wyświetlona projekcja, gdzie także widzimy mężczyznę. Jego twarz zostaje dla nas tajemnicą. Widzimy go tyłem, kiedy podąża do nieznanych nam drzwi, potem rozlega się już tylko przenikliwy dźwięk dzwonka.

Tak wszystko zaczyna się oficjalnie, kiedy widzowie są już na widowni, ale powstaje pytanie, kiedy faktycznie rozpoczyna się spektakl. Bowiem na foyer znajdującym się przed małą sceną następuje pierwsze zetknięcie ze światem tej znanej rodziny, pierwsze zetknięcie z pomysłową scenografią autorstwa Weroniki Ranke. Jest żółty kredens wyrwany jakby wprost z kuchni Zosi, gdzie stoi mnóstwo naczyń, a zaraz obok symboliczny grób całej trójki, ze zdjęciami aktorów wcielających się w postaci.

Dwa obiekty, które (tak mi się wydaje) mają zwrócić uwagę na konkretne dwa aspekty życia Beksińskich (przy znajomości ich biografii) – fragment kuchni, jako sfera należąca do Zosi, ale także to miejsce, gdzie Zdzisław chętnie wchodził z kamerą i nagrywał to, co codzienne i zwykłe. Grób jako znak jakiegoś kresu – każdy z nich przeżywał swój własny dramat, a życie każdego z nich naznaczone było śmiercią innego członka rodziny. Zetknięcie tych dwóch motywów wyznacza poniekąd ścieżkę całego spektaklu – codzienność Beksińskich (rozumiana również jako malarstwo Zdzisława, odwiedziny i rozmowy z Tomkiem) i to, co związane ze śmiercią (chociażby samobójstwo Tomka, ale i innych członków rodziny – ponieważ dodatkowo podczas przedstawienia czuwają dwie kukły grające babcie Stasie). I będą to dwa punkty zaczepienia, które mają swoje uzasadnienie w rzeczywistości, bo cały spektakl jest wizją i pewnym wyobrażeniem o rodzinie Beksińskich samego reżysera, co widać w formie przekazu jego spojrzenia. Nie ma tutaj tylko odwołań do ich biografii, przede wszystkim są to „obrazy naddane” Siegoczyńskiego, przez co łatwiej wytłumaczyć sobie nielinearność przedstawiania zdarzeń.

foto: Dawid Stube

Dla dokładnego opisu, interpretacji czy oceny tego spektaklu można spokojnie napisać książkę, mimo, że to tylko 105 minut! Jednak warto zwrócić uwagę na kilka istotnych kwestii, które też może rozjaśnią tytułową „pętlę”.

Motyw śmierci samego Zdzisława Beksińskiego pojawia się trzykrotnie, powraca do nas w miarę równych odstępach. Trzykrotnie oglądamy wideo z mężczyzną zmierzającym do drzwi, co spaja całą akcję, mimo swojego braku chronologii (i faktu, że w normalnym życiu umiera się tylko raz). Śmierć ciągle wisi nad rodziną – już nie tylko nad malarzem, bo jest to takie przejście od niego samego w stronę pozostałych. Twórcy nie zapomnieli zaznaczyć, co działo się w życiu Tomka Beksińskiego, kiedy raz podjął nieudaną próbę samobójczą, przeżył wypadek samolotu i to, że następna próba samobójcza była już niestety udana. Poza tym śmierć to też choroba Zosi, której w jednej ze scen „pęka serce”. Odchodzą też milczące babcie,    z którymi Zosia prowadzi rozmowy, a którym sam Zdzisław przeznaczy krótką chwilę mówiąc o tym, jak przykro jest, kiedy takim postaciom poświęca się mało czasu.

Zupełnie odrealniona okazuje się postać Piotra Dmochowskiego, w którą wciela się aktorka – Michalina Rodak, która poza tą rolą mówi również głosem dziewczyn Tomka, dziennikarki, stewardesy czy robotnika z Sanoka. Tutaj stykamy się z wizją człowieka, który trochę drażni swoją postawą – wchodzi z butami, żąda umowy, zna korzyści płynące ze współpracy z artystami. Tylko, że wszystko wyjaśnia nam pod koniec spektaklu – jego postać tutaj nie miała nic wspólnego z rzeczywistością.

Tym, co najbardziej może zaskoczyć jest gra Sylwii Zmitrowicz. To, jak ukształtowała na scenie Zosię Beksińską jest godne podziwu i owacji na stojąco. W mistrzowski sposób pokazuje różne jej różne oblicza – to, które znamy dzięki książce Grzebałkowskiej, ale dodatkowo to, które najprawdopodobniej chciała wyrazić, ale jakoś nigdy nie było okazji. Mocnymi elementami spektaklu są właśnie monologi tej postaci, które chyba najbardziej chwytają za gardło. Dwukrotnie powraca do nas transowa wypowiedź o Rzeszowszczyźnie, kiedy można odnieść wrażenie, że aktorka za chwilę zupełnie straci oddech. To też silne wyakcentowanie wizji kobiecości żony sławnego malarza – tej, o której nigdy nie mówiła, tej, która powoli w niej zanikała, tej, która tylko raz miała okazję się spełnić. Zosia zajmuje też stanowisko jako matka, której serce ciągle jest czujne, ale w końcu pęknie z trzaskiem jak balon na scenie.

foto: Dawid Stube

Trudno jest wspomnieć tutaj o wszystkim, aby nie pominąć jakiegoś ważnego elementu. Jednak fragmentaryczność spektaklu, jego nielinearność, brak chronologii chyba zobowiązują do podobnego opisu tego obrazu.

Być może wskazane byłoby wspomnieć jeszcze (a może przede wszystkim) o postaciach Zdzisława granego przez Tomasza Tarantę oraz postaci Tomka, w którą wcielił się Radomir Rospondek – jednak czy głównie im nie jest poświęcona w kulturze debata na temat rodziny Beksińskich? Także celowo schodzą na dalszy plan.

Nie ma przeszkód by odnotować jeszcze inne detale, które pojawiły się w spektaklu, jak na przykład: stereotypowy wizerunek Azjaty, wyimaginowane wejście hipisów do domu Beksińskiego w Sanoku, kilkukrotne umówienie się z widzem (jesteśmy w teatrze, więc czemu nie? – Beksiński tego nie zrobił, ale ja tutaj mogę, bo pozwala mi na to miejsce).

„Beksińscy” (chociaż to kategoryzowanie) to spektakl dla tych, którym znudziło się faktograficzne wałkowanie historii tej rodziny i patrzenie na nią tylko przez pryzmat Zdzisława i Tomka. Chociaż jest w nim wiele szczegółów, które jednocześnie denerwują, a zarazem są błyskotliwe poprzez konkretne zestawienie ze sobą, to warto właśnie na nie poczekać. One też tworzą taki dysonans między tym, co już wiemy, a tym, co oferuje nam Siegoczyński. Buduje w nas napięcie – bo czujemy zaciskającą się niewidzialną pętlę i na naszych gardłach, i gardłach Beksińskich – trochę tak jakbyśmy wrócili do antycznego katharsis, o czym przypomni nam Azjata (Sun Xueer) w monologu o losie i ciążącym fatum.  I dodatkowo – powtarzalność, szybkie cięcia scen jak w filmie, wykorzystanie wideo… warto zobaczyć. Warto ocenić samemu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *