A jak… P.T. Anderson – Subiektywny Alfabet Reżyserów

dnia

Tekst ten jest pierwszym z obszernej serii, w której będę przybliżał sylwetki, moim zdaniem najciekawszych reżyserów filmowych. Postaram się jak najrzadziej sięgać po te najbardziej oczywiste nazwiska (zakładam, że do zapoznania się z filmografią Stanleya Kubricka nie trzeba nikogo zachęcać), ale stronię również tutaj od twórców totalnie hermetycznych czy moich dziwacznych filmowych fetyszy (nie będę Was katował poetyckim slow cinema o krowach ze stajni Béli Tarra). Kolejne części będą ukazywać się w terminach zależnych od moich chęci, ale prawdopodobnie nie rzadziej niż raz na miesiąc.  Zapraszam do lektury! (Ale temu Tarrowi to dajcie szansę, naprawdę…)

Paul Thomas Anderson

Na pierwszy ogień idzie moim zdaniem najbardziej utalentowany reżyser z obecnie tworzących. Ten pełen pasji do kina, prawie 50-letni twórca nawija w wywiadach, jakby nadal miał 20 lat, a gdy faktycznie był tak młody, już kręcił filmy wskazujące na jakieś trzy dekady warsztatowego doświadczenia. Amerykanin potrafi zrobić ciekawy film niemalże o czymkolwiek. Nawet jak nie do końca odpowiadają mi historie, które decyduje się opowiedzieć, to szybko przykrywa wszelkie wątpliwości artystyczną doskonałością i jestem w stanie pójść za nim niemal wszędzie.

Podobnie jak zbliżony pokoleniowo Quentin Tarantino, Anderson to über-kinoman, chłopak do cna zapatrzony w mistrzów sztuki filmowej, ale nie snobistyczny w żaden sposób. Kino to dla niego nie tylko Welles i Godard, ale i dobra pulpa, z której lubi czerpać to, co najlepsze (jednym z jego ulubionych filmów jest Repo Man).

Foto: criticsroundup.com

Kiedy z głową pełną pomysłów i po okresie dojrzewania, oglądanym przez obiektyw Super Ósemki, znalazł się w nowojorskiej filmówce, rozczarowało go akademickie podejście do filmu, a konkretnie dwie sytuacje. Primo, prowadzący od scenariopisarstwa zaczynający zajęcia zdaniem: „Jeśli ktoś przyszedł tutaj, żeby napisać coś w rodzaju Terminatora 2, to może od razu wyjść”. Drugą było otrzymanie niezadowalającej oceny z pracy pisemnej, będącej w rzeczywistości splagiatowanym fragmentem bardzo dobrego scenariusza Davida Mameta (o czym oceniający nie wiedział), zdobywcy Nagrody Pulitzera. Paul rzucił szkołę, a następnie zebrał 20 tysięcy dolarów z hazardu, karty kredytowej dziewczyny i odłożonych na jego studia pieniędzy ojca, by nakręcić swoją krótkometrażówkę, która w tym samym roku trafiła na Sundance, a trzy lata później stała się podstawą dla jego pełnometrażowego debiutu. Reszta jest historią.

Natchniony pozer, niedoszły społecznik

Hard Eight z 1996 to niezwykle udany film, w którym już gołym okiem widać poziom reżyserskiej finezji, jakim odznacza się Amerykanin. Jego niezwykłą rękę do aktorów, ale przede wszystkim świetną współpracę ze swoim autorem zdjęć, doskonałe zrozumienie faktu, że ruch kamery może i powinien być narzędziem narracyjnym, co najmniej równorzędnym dla dialogu. W tym przedziwnym anty-kryminale intryga jest szczątkowa, clou staje się napięcie psychologiczne pomiędzy postaciami. Tu także po raz pierwszy zauważymy zalążki wielu motywów i problemów, do których reżyser będzie wielokrotnie będzie wracał m.in. nietypowych figur ojcowskich czy obsesji, irracjonalności ludzkich zachowań.

Ale to nakręcone w wellesowskim, dwudziestym szóstym roku życia Boogie Nights pokazało nam ogrom maestrii, z jaką będziemy mieli do czynienia. Ten niezwykle energiczny, polifoniczny narracyjnie obraz przemysłu pornograficznego na przełomie lat 70. i 80. to dzieło potężne na właściwie każdej płaszczyźnie, pozbawione słabych punktów. Oprócz  bycia doskonałym na poziomie technicznym czy inscenizacyjnym („sylwestrowy mastershot” czy sekwencja z Alfredem Moliną to prawdziwe perły), bardzo zabawnym, pełnym nostalgii obrazkiem z epoki, jest to także niezwykle dojrzała emocjonalnie opowieść, wyjątkowo wrażliwie podchodząca do swoich, z pozoru karykaturalnych postaci oraz ich życiowych dramatów.

Foto: Coral Gables Art Cinema

Faktem, którego jednak nie można zbagatelizować, jest bardzo silna inspiracja stylem Martina Scorsese. Widać ją na poziomie stylu narracji, kadrowania, jazd kamery, szkoły pisania dialogów, użytku z muzyki popularnej czy oczywistych cytatów wizualnych. Nie ma nic złego w uczeniu się od najlepszych, szczególnie jeśli nie ustępuje się im niczym, ale uczucie deja vu może się dla niektórych okazać zbyt silne, a film nieco zbyt naśladowniczy, pozbawiony własnej tożsamości. Nie sądzę, że problem jest na tyle duży, by deprecjonowało to wartość artystyczną Boogie Nights, ale cieszy mnie to, jak bardzo Paul z takiego „papugowania” wyrósł.

Niedługo potem przyszła jednak Magnolia (1999), która podzieliła krytyków i widzów dalece bardziej. Quasi-altmanowska panorama przełomowych momentów w życiu, mniej lub bardziej powiązanych ze sobą mieszkańców Los Angeles. Dzieło niemalże zbyt ambitne dla swojego dobra, próbujące przy zachowaniu narzuconego dla siebie zawrotnego tempa akcji i emocjonalnej intensywności, pozwolić wybrzmieć wszystkim problemom bohaterów (od krzywdzonego dziecka, usiłującego wstrzymać mocz do starca na łożu śmierci) i przy tym powiedzieć coś uniwersalnego o ludzkim życiu. Film pełen świetnych scen, bardzo dobrego aktorstwa, niesamowicie wręcz zmontowany. Nieco jednak przeładowany, przytłaczający nadmiarem dramatu, pozbawiony pewnego wyczucia, jakby reżyser chciał opowiedzieć trochę o wszystkim, nieświadom swojego ograniczonego życiowego doświadczenia i wrażliwości. A także potrzeb i cierpliwości widza.

Foto: IMDb

Artysta spełniony?

Nakręcenie trzygodzinnego obyczajowego ansamblu wiele nauczyło młodego reżysera. Postanowił trochę zluzować i spróbować swoich sił w… komedii romantycznej. Do tego z Adamem Sandlerem. Lewy sercowy jest jednak inny od wszystkich przedstawicieli tego gatunku, jakie widzieliście, to nadal film na wskroś autorski. Wieloznaczny portret osobowości dziwaka na skraju autyzmu, niepanującego nad gniewem, zmieniającego się pod wpływem miłości do równie postrzelonej kobiety. To naprawdę ciekawa rzecz o budowaniu związku nie z bezgranicznej akceptacji, a z pracy nad sobą, przedzierzganiu własnych wad na mocne strony. Wszystko okraszone wyjątkowo niekonwencjonalną narracją (nie sposób przewidzieć, jaka będzie następna scena), oryginalnym sposobem kręcenia i naprawdę dobrym aktorstwem (prawdopodobnie największe osiągnięcie w karierze Sandlera).

A potem przyszedł rok 2007 i polała się krew. I wtedy nikt już chyba nie miał wątpliwości, że nadszedł twórca wybitny. O There Will Be Blood napisano już wszystko, co się dało. Inspirowany klasyczną powieścią Uptona Sinclaira o początkach przemysłu naftowego film, porównuje się z największymi filmowymi tragediami o upadku człowieka – Obywatelem Kane czy sagą Ojca chrzestnego. Film Andersona jednak, choć bardzo precyzyjny formalnie, nijak się ma do poetyckiego estetyzmu cierpienia Coppoli. Jeśli już, to więcej w nim szorstkiej podskórności Cassavetesa, pozbawionego ozdobników, fantazmatycznego uczucia wyrywania zęba. Awangardowy jazgot genialnej ścieżki Jonny’ego Greenwooda i stanisławskie tour de fource Daniela Day-Lewisa, dzielnie wspomaganego przez Paula Dano dokładają kolejne cegiełki do wspaniałej pracy reżysera i operatora. To już kino epickie, spektakularne miejscami, ale przede wszystkim skupione na eksplorowaniu mrocznych zakamarków osobowości psychopatycznej, uwikłanej w kapitalistyczną zachłanność.

Foto: IMDb

Cóż miał czynić trzydziestokilkuletni reżyser, któremu właśnie powiedziano, że nakręcił Wielkie Kino? Niezgorszy komercyjny sukces, entuzjastyczne przyjęcie ze strony krytyki i dwa Oscary z ośmiu nominacji dały Andersonowi tak naprawdę wolną rękę w realizacji kolejnych projektów. Czy to dobrze? Zdania są podzielone. Zarówno enigmatyczny Mistrz (2012), silnie autorska, egzystencjalna powiastka o poszukiwaniu substytutów duchowości w posttraumatycznym świecie; jak i narkotyczna adaptacja pynchonowskiej Wady ukrytej to filmy bardzo trudne w odbiorze, które pomimo hipnotycznej jak zwykle narracji Andersona, mogą odrzucić swoją konceptualną pretensją. Na pewno są to dzieła, przy których jeden seans nie będzie wystarczający dla zrozumienia wszystkich zawartych niuansów. Rozumiem widzów, dla których owa hermetyczność może być odstręczająca, sam mam z nimi problem, bo choć doceniam niezaprzeczalny artyzm i widzę we wszystkich elementach całkowitą konsekwencję, to jednak odczuwam wobec nich sporą dozę dystansu emocjonalnego.

I want you flat on your back. Helpless.

Mamy rok 2018, tydzień temu wszedł do polskich kin najnowszy film Andersona – Nić widmo. Miał on być powrotem do formy dla amerykańskiego reżysera, co zapowiadały m.in. pierwszy od Aż poleje się krew, jednoznacznie pozytywny odbiór krytyczny, 6 nominacji do Oscara, 2 do złotych globów, 4 do BAFT-y, itd., itp. Byłem na Phantom Thread już dwa razy, co nie zdarza się w moim przypadku praktycznie nigdy i mogę tylko potwierdzić wszelkie zachwyty. To film wybitny, totalne spełnienie artystyczne w twórczości tego reżysera i najbardziej niekonwencjonalna filmowa opowieść, z jaką miałem do czynienia od dawna.

Napisano już na blogu bardzo dobrą recenzję, pod którą pozostaje mi się tylko podpisać wszystkimi kończynami. Nie ma sensu powtarzać jak mistrzowski i konsekwentny jest ten film od strony reżyserskiej, audiowizualnej czy aktorskiej. O jego psychologicznej złożoności, grze z konwencjami harlequinowego romansu, mitem Pigmaliona i Galatei, nawiązaniach do Polańskiego czy Hitchcocka, ukrytych niuansach oraz niejednoznacznościach można rozmawiać godzinami.

Foto: IMDb

Dla mnie najważniejsze jednak jest to, że Anderson w końcu nakręcił film o kobiecie. Nie żeby brak interesujących figur kobiecych był wyjątkowo dotkliwy, bo one zwykle były, ale nigdy w centrum. A tutaj, choć mamy oczywiście dominującą prezencję ze strony Daniela Day-Lewisa, to jest to przede wszystkim opowieść Almy. Co jest fascynujące, bo funkcjonowanie w archetypie muzy artysty zakłada duży stopień uprzedmiotowienia, bierności, braku autonomii. Alma to niepokojąco rozchwiana, ale jednak naprawdę silna osobowość, poprzez którą uwidaczniają się prawdy, jakie Anderson próbuje nam przekazać o relacjach. O tym, że mężczyźni zawsze próbują zmieniać kobiety i vice versa. Zapożyczając wiele elementów ze swojego własnego życia, Paul stworzył zupełnie popapraną i toksyczną historię miłosną, która jakimś cudem staje się opowieścią o tym, jak stworzył dobry związek. Czyni to Nić widmo, moim zdaniem, najbardziej szczerym emocjonalnie obrazem, jaki popełnił ten reżyser.

Więc jak jest z tym Andersonem? Czy jest genialnym reżyserem? Owszem. Czy bywa pretensjonalny? Jak najbardziej. Czy wszystkie jego filmy są równie udane? Na pewno nie. Czy bywają trudne w odbiorze? Zdecydowanie. Czy są przeznaczone tylko dla snobów, czy nie ma sensu za nie się zabierać bez dużej erudycji artystycznej? Absolutnie nie! To w większości filmy o tyle zajmujące, o tyle hipnotyczne w swoich zbaczającym z utartych nurtów, narracyjnych prądach, o tyle interesujące na wielu płaszczyznach, że każdy będzie w stanie docenić w nich chociaż niektóre elementy, znaleźć coś dla siebie. Albo można chociaż docenić jego niesamowite klipy dla Radioheadu!

Haniebnie zlekceważeni reżyserzy na literę A:

Michelangelo Antonioni, Robert Altman, Hal Ashby, Wes Anderson, Chantal Akerman, Laurie Anderson, Pedro Almodóvar, Roy Andersson, Theo Angelopoulos, Dario Argento, Woody Allen, Darren Aronofsky

2 Comments Add yours

  1. kryst007 napisał(a):

    Fajny tekst. Z chęcią poczekam na kolejne twoje artykuły o reżyserach. Kolejka wydaje się być naprawdę długa 🙂 Co do Andersona, to jeden z moich ulubionych reżyserów. Widziałem już od niego wszystko oprócz „Hard Eight”, a „Aż poleje się krew” i od niedawna „Nić widmo” to jedne z najlepszych filmów jakie widziałem. Z jego filmografii najmniej mnie zachwycił „Mistrz”, ale planuję powtórkę, więc może podwyższę ocenę z 7/10 przynajmniej na 8/10.
    Pochwalę się jeszcze, że miałem okazję na tweeterze zadawać mu kilka pytań pod hashtagiem #AskPTA i na jedno z nich mi odpowiedział! Zadałem mu pytanie „Kim jest obiecujący młody reżyser” i odpowiadał, że „Wg niego Ci mlodzi twórcy spełnili już swoje obietnice jako tworcy, nie może się doczekać co dalej będą kręcić i jest tym podekstytowany” 😉

    1. Dawid Smyk napisał(a):

      Dziękuję! Jestem fanem wszelkich Q&A z Andersonem, jego luźnego stylu wypowiedzi i pasji do tego, o czym mówi. Polecam taki thread na Reddicie z okazji premiery Phantom Thread, dużo perełek :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *