Obcy: Przymierze – Prometeusz 2.0

dnia

Od dłuższego czasu trudno jest być fanem serii Alien. Saga z gigantycznym potencjałem, zaiskrzyła dwoma wielkimi filmami, podnoszącymi reprezentowane przez siebie gatunki na wyższy poziom,  by później z odsłony na odsłonę przynosić coraz większe rozczarowania. Porażki wynikające z braku ambicji lub jej nadmiaru, bynajmniej nie zabiły całkowicie mojego entuzjazmu i nadziei na lepszą przyszłość dla świata ksenomorfów. Po bardziej szczegółowe, osobiste wrażenie dotyczące losów tej sponiewieranej franczyzy zapraszam do mojej retrospektywy. Co jednak z najnowszym dziełem Ridleya Scotta? Czy spełnia chociaż te abstrakcyjnie zaniżone oczekiwania, jakie co do niego można mieć?

Na poziomie scenariusza zaczyna się potencjalnie ciekawie. Zamiast obserwowania rutynowego zlecenia pracowników korporacji czy klasycznej ekspedycji na obcą planetę, zostajemy wrzuceni w misję kolonizacyjną na wielką skalę. Kosmiczna Arka Noego Przymierze z tysiącem par na pokładzie, zmuszona jest zmienić kurs po awarii skutkującej znacznymi stratami w ludziach, koniecznością zmian kadrowych i ogromnym spadku morale załogi. Statek w ślad za obcym sygnałem dociera do znanego nam z Prometeusza księżyca, a do straży przedniej trafia m.in. świeżo owdowiała Daniels (Katherine Waterson), android nowej generacji Walter (Michael Fassbender) oraz niedoświadczony kapitan Oram (Billy Crudup). Na miejscu czekają ich przeróżne, nieznane niebezpieczeństwa oraz inny syntetyk – David z poprzedniego filmu, którego motywacje nie są z początku jasne.

mv5bmtkznjuwmtk1m15bml5banbnxkftztgwmjexmdu5mdi-_v1_sy1000_cr0014861000_al_
Foto: IMDb

Czyli prędzej czy później wracamy do schematu serii – małej ekipy nieszczęśliwców kolejno wybijanej przez paskudne kreatury. Sam jednak pomysł podwyższenia stawek poprzez umieszczenie w centrum statku ze zwyczajnymi ludźmi, pełnymi nadziei na odnalezienie wraz z bliskimi swojego miejsca we wszechświecie, wprowadza pewną dozę świeżości. Film jednak nie wykorzystuje tego zadowalająco, nigdy nie daje nam odczuć ogromu przedsięwzięcia i cały czas skupiamy się na małej części załogi, której też tak dobrze nie poznajemy.

Otwierająca sekwencja narzuca pewien bagaż emocjonalny, ciężko jednak przejąć się tragedią głównej bohaterki, gdy nic o niej nie wiemy, a i nawet później jej postać wydaje się być definiowana wyłącznie przez stratę, jaką przeżyła i utracone marzenia z tym związane. Ktoś może powiedzieć, że o Ripley w Óśmym pasażerze też nic właściwie nie wiedzieliśmy, ale haczyk polegał na tym, że była na tyle silną i wyrazistą osobowością, by wszelkie backstory stało się zbędne. Daniels natomiast pozostaje nieciekawa i bezbarwna. Tak jak zresztą sklejony z wyblakłych klisz i tokenizmów drugi plan, na czele z moim faworytem – McBride jako pilot z jankeskiego południa, spacerujący po statku z kowbojskim kapeluszem na głowie. Scenariopisarskiego lenistwa zenit.

Ponownie więc mamy obsadę złożoną z kompletnie obojętnych nam pionków. Koniec końców i tak wszystko się sprowadzi do ich rzeźni, co w teorii powinno wszystko wynagrodzić. Na pewno jest bardzo drastycznie, nawet jak na film z serii. Krew leje się strumieniami, bebechy wychodzą na wierzch, a jeśli w dzisiejszych czasach chestburster to dla was za mało, to może usatysfakcjonuje was poród przez kręgosłup czy gardło. Dla fanów kina gore zapewne będzie to prawdziwa uczta.

Czy jednak za tą próżną zabawą kryje się faktyczna groza? Praktycznie jej brak, z dwóch podstawowych powodów. Wszystkie przerażające sytuacje są zapowiedziane parę scen naprzód i stale się o nich przypomina, przy tym nie pozwala się zagrożeniom zbyt długo kiełkować ani nam oczekiwać na nie. Szybkie, bezmyślne i nade wszystko przewidywalne rozwiązania są na porządku dziennym. Po drugie, fundamentalny grzech wszystkich nieudanych odsłon franczyzy – częste i gęste pokazywanie potwora, odarcie go z tajemnicy. Koniec z maskowaniem, jesteśmy w erze komputerowej – pieniądze musi być widać na ekranie! Problem w tym, że to nieszczęsne CGI nawet nie imponuje. Obcy są groteskowo przeanimowani, nadmiernie ruchliwi niczym postacie z kreskówki albo Hobbitów Petera Jacksona. Konsekwentnie wyglądają koszmarnie sztucznie przez cały film, skutkiem czego nie sposób traktować je poważnie w kluczowych sekwencjach akcji.

mv5bmtuzntg0mdm3ml5bml5banbnxkftztgwnzmxmde2mti-_v1_sy1000_cr0014991000_al_
Foto: IMDb

Przypomnijmy też, że Ridley Scott nadal ma swoje „prometejskie” ambicje i film powinien być również ideowym spadkobiercą poprzednika. Nie dostaniecie tu jednak odpowiedzi na nurtujące pytania natury kreacjonistycznej – z Prometeusza wiemy, kto stworzył ludzkość, ale dalej nie dowiemy się skąd owi Inżynierowie. Ciekawie jest za to poruszony problem androidów, sztucznej inteligencji. Najlepsze sceny w filmie to te przedstawiające relacje dwóch syntetyków, fenomenalnie zagranych przez Fassbendera. Między „braćmi” zaszedł pewien regres technologiczny, Walter jest mniej indywidualny i kreatywny niż David, postawiono w nim na funkcjonalność, gdyż ludzkość przestraszyła się konkurencji dla swojego człowieczeństwa.

Najważniejsza dla filmu jednak staje się kwestia genezy ksenomorfa, którą lepiej byłoby przemilczeć, ale z mojej strony okazało się to niemożliwe. Będę częściowo zdradzał elementy fabuły, także wrażliwych na SPOILERY zachęcam do przejścia do następnego akapitu. Jeśli wszystkim, co Ridley Scott miał nam przez ten cały czas do zaoferowania był szalony projekt eugeniczny inspirowanego muzyką Wagnera kosmicznego doktora Mengele z Nietzscheańskimi ambicjami, to rzeczywiście może lepiej było tego nie wiedzieć. Połączenie mitu obcego pośrednio z historią ludzkości paradoksalnie odziera go z… obcości. W niepamięć idzie wszelka zagadka, perspektywy nieskończonego wszechświata z kompletnie nieznanymi formami życia, a uniwersum zamiast rozszerzać, ogranicza się. Żywy przykład, jak nie robić prequela.

mv5bztq2mwmyntqtn2e2os00mdi3ltg2nzktogu0mjyxmdjmoda0l2ltywdlxkeyxkfqcgdeqxvynjczote0mzm-_v1_
Foto: IMDb

To nawet nie koniec scenariuszowych grzechów Przymierza, większość nich dzieli także z Prometeuszem. To po prostu bardzo, bardzo głupi film, pełen żenujących scen, idiotycznych zachowań postaci i tragicznie złych pomysłów. Wywołuje śmiech, kiedy powinien straszyć, konsternację, gdy powinien intrygować. Przewidywalny, przeładowany horrorowymi tropami i nie wynagradzający niczego, pozbawiony satysfakcjonującego finału. To tak jakby za bazę wziąć rozwiązania z Resurrection, a nadbudowę zagospodarować filozoficznymi pretensjami poprzednika. Mieszanka wybuchowa.

Podobnie jak Prometeusz, film wygląda olśniewająco, perfekcyjnie wykadrowany i oświetlony. To nadal Ridley Scott, więc należy oczekiwać technicznej nienaganności, abstrahując od wspomnianych efektów komputerowych. Trochę słabiej z bezbarwną ścieżką Jeda Kurzela, z której najlepiej wypadają urozmaicenia, zapożyczone motywy z muzyki Goldsmitha do oryginału, ale całość również stoi na przyzwoitym poziomie. Chciałbym, żeby więcej współczesnych wysokobudżetowych filmów robiło takie wrażenie swoim kunsztem realizacyjnym.

mv5bzje4mdk1njctndzlos00y2jklwfjodetztu0nguwmwi3zwu1l2ltywdll2ltywdlxkeyxkfqcgdeqxvynjq3ndkxnjk-_v1_
Foto: IMDb

Z tonu większości tekstu możecie wnioskować, że odczuwam jakąś nienawiść do najnowszego Aliena. Rzeczywiście, im więcej myślę o tym, czym jest ten film dla serii, tym bardziej chciałbym zapomnieć o jego istnieniu. Prawda jest taka, że z mojego seansu zaczerpnąłem całkiem sporo radości. Specyficznej i nie do końca zamierzonej przez twórców. W momencie, kiedy zorientowałem się z jakim rodzajem filmu mam do czynienia, zdystansowałem się do niego i zacząłem go traktować jak nieszkodliwy w swojej nieudolności, kiczowaty, B-klasowy slasher, który z wielką przyjemnością można wyśmiewać. Według mnie to najbardziej racjonalne i oszczędzające zawodów podejście jakie można mieć do sequela Prometeusza.

Od dłuższego czasu trudno rozczarowywać się filmami z serii Alien. Od trzydziestu lat nie powstała żadna całkowicie udana i satysfakcjonująca odsłona, a fani postawili swoje poprzeczki tak nisko, że to dziś komiczne. Wszystko jest o tyle irytujące, bo dziełom Ridleya Scotta, doskonałym od strony filmowej, tak niewiele brakuje. Tylko dobrego scenariusza. Tylko, albo aż.

Ocena: 4/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *