O tym dlaczego Greta Van Fleet jest słaba.

Jakiś czas temu na fanpejdżu o nazwie Obrażamy Muzykę organizowany był plebiscyt na najbardziej irytujący polski fanbase muzyczny. Niemalże w cuglach w finale tego plebiscytu wygrała grupa tzw. „Kuców”. Jest to taki specyficzny gatunek krajowych słuchaczy zachwycających się nad „TOPEM WSZECHCZASÓW TRÓJKI”, słuchających Antyradia i czytających niezaprzeczalnie najgorszą krajową publicystykę muzyczną znaną jako „Teraz Rock”. Po co opisuję ten w gruncie rzeczy nieszkodliwy sort ludzi? Ano dlatego, iż właśnie tacy odbiorcy w naszym kraju próbują wmówić „tym słuchającym gorszej muzyki”, że Greta Van Fleet to nowa nadzieja muzyki rockowej. Sęk w tym, że… nie mają kompletnie racji.

KIEDYŚ TO BYŁO…

Bardzo lubię Led Zeppelin, o tym zespole można powiedzieć wiele. Niezaprzeczalnie byli ogromnym komercyjnym sukcesem. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że największym na rynku muzycznym lat 70tych. Jasne, z dzisiejszej perspektywy ich teksty trącą tanim mistycyzmem i mizoginią. Ale w 1969 nikt nie miał mocniejszych riffów niż Led Zeppelin, do dziś „Good Times Bad Times” otwierające debiutancki krążek uderza słuchacza prosto w twarz i zabiera w fascynującą 44-minutową podróż. Albumy „II” i „III” to więcej tego co najlepsze w Londyńskim kwartecie, czwarty krążek to silniejsze fascynacje krajowym folkiem. „Physical Graffiti” z 1975ego to zaskakująco dojrzała pod względem tekstowym i instrumentalnym hard-rockowa odyseja, w mojej opinii absolutnie najlepsze dziedzictwo Zeppelinów i album który najbardziej przetrwał próbę czasu.

Lata 70te to burzliwy czas dla szeroko pojętej muzyki rozrywkowej. Nigdy wcześniej i nigdy później muzyka rockowa nie odkrywała tak ważnej kulturowo roli. Społeczność afroamerykańska przy akompaniamencie Niny Simone i wsparciu Boba Dylana walczyła o swoje prawa silniej niż kiedykolwiek już na początku lat 60tych. Przeciągająca się i zostawiająca za sobą wstrząsające obrazy Wojna w Wietnamie zbierała krwawe żniwo w najlepsze. Przełom lat 60tych i 70tych zrodził niezliczoną liczbę ikonicznych kapel i artystów: The Grateful Dead, The Rolling Stones, Led Zeppelin, The Who, Queen, Black Sabbath, The Clash, Sex Pistols, Patti Smith, Iggy Pop, David Bowie, Creedance Clearwater Revival… mógłbym wymieniać jeszcze długo ale widzicie dokładnie co chcę przekazać. To była muzyka burząca ówczesny porządek społeczny, dokumentująca za pomocą sztuki przemiany i walkę o ideały. 

A teraz mamy 2018 i debiutancki krążek Grety Van Fleet „Anthem Of The Peaceful Army”. Wiecie na czym polega zasadniczy problem tego albumu który Pitchfork uraczył niesamowicie wymowną oceną 1.6/10? Greta Van Fleet brzmi identycznie jak Led Zeppelin. Chociaż w sumie to nie, to zdanie jest krzywdzące dla brytyjskiego kwartetu. Greta Van Fleet brzmi jak przepełniony pozerstwem cover-band Led Zeppelin. I myślę, że ten tekst nigdy by nie powstał gdyby nie wszechobecny medialny szum wokół Grety i nominacja w kategorii Best New Artist na tegorocznym rozdaniu Grammy. Rok temu podsumowując te nagrody pisałem o tym, że muzyka rockowa jest martwa a rap jest na chwilę obecną najbardziej innowacyjnym nurtem w mainstreamie. Myliłem się. Muzyka rockowa nigdy nie umarła, jej konwencja stała się po prostu tak bardzo przewidywalna, że na pewnym etapie samoistnie zamknęła się na jakąkolwiek innowację. Ale jestem starszy o ten jeden rok w moim postrzeganiu przemysłu muzycznego i jestem w stanie spojrzeć na muzykę rockową w nieco bardziej trzeźwy sposób. 

TERAZ TO NIE MA…

To nie jest tak, że dobra muzyka rockowa już kompletnie nie istnieje, problem leży po stronie odbiorcy. „Anthem Of The Peaceful Army” jest dokładnie takim albumem jaki się sprzeda zamkniętej na nową muzykę demografii. Album który zasadniczo mówi tobie „kiedyś to była muzyka”. Samemu nosząc dumnie jak order najgorsze cechy muzyki rockowej: przewidywalność w kwestii pisania piosenek i kicz. „Anthem Of The Peaceful Army” jako obdarty z nostalgii na Zeppelinach twór nie wnosi do muzyki rockowej w XXI wieku kompletnie nic, jest mdły i do bólu bezpieczny.

Myślałem bardzo długo jak odnieść się do wszechobecnego w konserwatywnych mediach muzycznych zdania „Greta Van Fleet to Led Zeppelin dla młodego pokolenia”. Stojąc na trybunach O2 Areny w czasie Londyńskiego koncertu Kendricka Lamara pamiętam rzeszę wkurzonych na obecną politykę dzieciaków którzy jak jeden mąż wykrzykiwali tekst „DNA.”, „XXX.” czy każdego kolejnego manifestu króla Amerykańskiego rapu. Nie było koloru skóry, ani statusu majątkowego. Tamtej nocy wszyscy razem byliśmy przeciw nierównościom społecznym, rasizmowi i całemu złu światowego społeczeństwa XXI wieku. I to dzieciak wychowany w czarnoskórym getcie, który rok temu za swoje dokonania zgarnął Pulitzera był naszym muzycznym przewodnikiem. Ten artysta który nie zwykł chodzić na żadne kompromisy z wytwórniami jest najważniejszym głosem sprzeciwu w głównym nurcie w XXI wieku, i jednym z najważniejszych twórców dla społeczności afro-amerykańskiej od czasów Niny Simone i Marvina Gaye. Kendrick Lamar to Led Zeppelin mojej generacji. Ktoś kto jest najlepszy w tym co robi i to właśnie dzięki temu odnosi komercyjny sukces. Jest to przeciwna sytuacja to wykalkulowanego produktu jakim jest Greta Van Fleet.

NO, NIEZUPEŁNIE…

Odbiegłem na moment od głównego tematu tego tekstu jakim miała być kondycja muzyki rockowej na chwilę obecną. Poprzednim akapitem chciałem pokazać, że ładunek polityczny jest w XXI wieku w innym miejscu niż w dyskografii Grety Van Fleet. Drogi słuchaczu amerykańskiej zrzynki z Led Zeppelin, świat nie wygląda tak, że w latach 70tych była świetna muzyka a teraz coś się popsuło. W 2019 robienie muzyki rockowej jest trudniejsze niż wcześniej jako, że ten gatunek wymaga bardzo awangardowego podejścia i zabawy formą która ponownie zainteresuje sobą odbiorcę. I są ludzie którzy robią to z powodzeniem – moim sztandarowym przykładem w tym miejscu będzie Father John Misty. Nad jego „Pure Comedy” unosi się duch młodego Eltona Johna i młodego Davida Bowiego (szczególnie z czasów „Hunky Dory”). Należy zaznaczyć, że nie następuje tutaj odtwarzanie ogranych schematów lecz uwspółcześnianie formy na potrzeby obecnych czasów. Father John Misty to lirycznie jeden z najzdolniejszych tekściarzy XXI wieku. Jego słodko-gorzkie poczucie humoru i poetyckie teksty to najlepszy akompaniament dla szalonych czasów w jakich przyszło żyć mojemu pokoleniu. 

Czytelnik Teraz Rocka powie „Jefferson Airplane to była dopiero kapela dla rocka psychodelicznego, teraz już takich nie ma”. Tame Impala, MGMT, i King Gizzard & The Lizard Wizard niemalże własnoręcznie przywrócili ten gatunek do łask. Ta ostatnia formacja była nawet w stanie wydać 5 albumów jednego roku i żaden z nich nie okazał się rozczarowaniem. Riffy King Gizzard na „Nonagon Infinity” wgniatają w ziemię, uderzają z taką samą siłą jak Led Zeppelin na debiucie. Zespół ten dokonuje pełnej dekonstrukcji psychodelicznego rocka i sprawdza jak bardzo szalone projekty są w stanie zmieścić się w jego konwencji. W tym samym czasie riffy Grety Van Fleet wywołują jedynie uśmiech politowania. 

Fantastic Negrito na swoim drugim albumie „Please Don’t Be Dead” wykonuje efektowny slalom między elementami funku, Hendrixowskiego hard-rocka i blues-rockowego stylu The Black Keys. Swoją charyzmą i lekko humorystycznym tekściarstwem znakomicie opisuje rzeczywistość czarnej społeczności w 2018. Tym samym korzystając z wachlarza inspiracji i ciekawego instrumentarium. Ostatnie co można mu zarzucić to przewidywalność.

St.Vincent i Anna Calvi swoimi ostatnimi albumami prowadzą wywody na temat piękna i seksualności. Ta pierwsza nadaje swój własny sznyt do nowo-falowego nieco teatralnego stylu Talking Heads (nieprzypadkowo ma też w swoim portfolio wspólny projekt z Davidem Byrnem, byłym liderem tej formacji). Ta druga sięga po wpływy The Cure i elementy charakterystyczne dla goth-rocka by opowiedzieć tę muzykę swoim własnym stylem. Zarówno „Masseduction” jak i „Hunter” bo to o tych albumach tu mówię stanowią silne żeńskie głosy w tak przesyconym seksizmem gatunku jakim jest muzyka rockowa.

Father John Misty, Tame Impala, Fantastic Negrito, St.Vincent, Anna Calvi mają dwie cechy wspólne: wybitne tekściarstwo oraz to, że raczej nie zobaczycie ich na łamach Teraz Rocka. Myślę, że na tym zasadniczo polega problem muzyki rockowej w XXI wieku, jest dla niej miejsce w głównym nurcie. Sęk w tym, że poklask medialny otrzymuje Greta Van Fleet, a ludzie forsujący odgrzewany kotlet nie zdają sobie nawet sprawy, że gdzieś indziej czeka na nich świeże nowatorskie rockowe danie. Chyba najlepiej boom na Gretę Van Fleet można podsumować cytując klasyka: „Najbardziej lubię melodie które już raz słyszałem.”.

P.S.

Na koniec chciałbym tutaj załączyć krótką listę współczesnych zespołów mieszczących się w konwencji muzyki rockowej które nie muszą kopiować Led Zeppelin ani nikogo innego by robić dobrą muzykę, kolejność przypadkowa:

1.St.Vincent
2.Speedy Ortiz
3.The Black Keys
4.Tame Impala
5.Jack White
6.Anna Calvi
7.Courtney Barnett
8.Cage The Elephant
9.Placebo
10.Radiohead
11.PJ Harvey
12.The Kills
13.King Gizzard & The Lizard Wizard
14.Lebanon Hanover
15.Fantastic Negrito
16.Queens Of The Stone Age
17.The Voidz
18.The War On Drugs

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *