NOW OR NEVER – Wiedeń cz.1

dnia

Większość miast europejskich posiada slogany, które mają zachęcić turystów do odwiedzenia miasta i zapaść w pamięć mieszkańcom i odwiedzającym. Wiedeń promuje się hasłem:

VIENNA – NOW OR NEVER

Właśnie to zdanie ostatecznie przekonało mnie do odwiedzenia tego miasta.

~~.~~ 

Wszystko zaczęło się pewnego zimowego dnia. Za oknem deszcz, wiatr i warunki raczej niesprzyjające opuszczaniu ciepłego gniazdka. Zazwyczaj w takim okresie czuję ogromną potrzebę zmiany otoczenia. Zaczynam wyszukiwać tanie połączenia do różnych europejskich miast. Okazuje się, że z Warszawy i Krakowa jest najtaniej. Poznań niestety poza zasięgiem (nadal nie wiem dlaczego). Szukam. Bez żadnego konkretnego pomysłu czy planu. Sprawdzam ceny połączeń z Krakowa i Warszawy do prawie każdego dostępnego miasta w wyszukiwarce przewoźnika. Rozważam Pragę, Bratysławę i Wiedeń.

Wybór pada na Wiedeń. Po pierwsze cena biletów, po drugie dostojeństwo, które kojarzy się z tym miastem. Razem z chłopakiem kupujemy bilety (po 9 zł). Zamierzamy spędzić 3 dni w tym (jak dopiero mamy się przekonać) pięknym mieście.

Oczywiście decyzję podjęliśmy w przeciągu kilku godzin. Bardzo spontanicznie. Do wyjazdu zostało kilka tygodni, a więc nie martwiliśmy się jeszcze organizacją całego przedsięwzięcia. A trzeba było!

20170303_160535edit
Foto: Archiwum prywatne

~~.~~ 

Dwa tygodnie przed wyjazdem zorientowaliśmy się, że niestety nasze cyferki na kontach bankowych nie sprzyjają tej wycieczce. Po dokładniejszy researchu okazało się, że za trzy doby dla dwóch osób zapłacimy około 500 zł w tej optymistycznej wersji, gdzie hotel mieściłby się w centrum. Do tego musieliśmy doliczyć bilety PKP z Poznania do Krakowa i z Krakowa do Poznania, których koszt wynosi ok. 120 zł dla dwóch osób. Podsumowując te wydatki, dalibyśmy ostatecznie radę, jednak na horyzoncie mieliśmy już kolejną wyprawę do Budapesztu, która także pochłonie sporą część naszych zarobków.

Ze smutkiem w serduszku postanowiliśmy odwołać swoją podróż, albo raczej przenieść na inny termin. Początkowo chcieliśmy anulować zakupione bilety, jednak z powodu ich niskiej ceny nie opłacałoby się to zupełnie, ponieważ polityka przewoźnika, zwraca jedynie część kwoty za jaką zakupiło się bilety. Kwota ta jest co prawda niska (5zł od transakcji) jednakże nasze bilety kosztowały po 9zł. W tej sytuacji lepszym rozwiązaniem wydawało nam się odstąpienie tych biletów komuś ze znajomych. Jednak podróż w pierwszym tygodniu nowego semestru nie za wielu zachęciła. W sumie dobrze się stało.

20170303_160628edit
Foto: Archiwum prywatne

~~.~~ 

Praktycznie tydzień przed wyjazdem wpadliśmy na szalony plan.

„A gdyby tak, pojechać do Wiednia na jeden dzień? Zrezygnować z kosztownego noclegu?”

W tym momencie zaczęły się desperackie próby znalezienia taniego połączenia z Austrii do Polski. Datę w miejsce wyjazdu postanowiliśmy zostawić bez zmian. Według planu powinniśmy być w Wiedniu ok. 5 nad ranem. Trasa Wiedeń – Kraków (godz. 16) – za mało czasu. Warszawa? – też odpada. Wrocław? – brak połączenia. W końcu wpadamy na Katowice! Bus mamy z Wiednia o godzinie 23.30! Idealnie. Bilety mimo czasu zakupu jeszcze w atrakcyjnej cenie ( 12 zł od osoby).

~~.~~ 

Od samego początku zdajemy sobie sprawę, że podróż będzie dla nas ogromnym wysiłkiem. Najpierw 5 godzin w PKP, później 7 godzin jazdy autobusem i ponad 6 godzinny powrót do Polski i do Poznania. Nie przejmujemy się tym za bardzo, w końcu autostopowicze pod tym względem mają gorzej. (oczywiście z całym szacunkiem 🙂 )

20170303_160407edit
Foto: Archiwum prywatne

~~.~~ 

Cieszymy się faktem, że spędzimy w Wiedniu cały dzień.  Pomino, że nie jest to pierwotne założenie, nie chcemy drastycznie zmniejszać naszej listy ‚must see”. Niestety staje się to konieczne (ale o tym później). Do wyjazdu zostało kilka dni. Ja dzielę mój czas między wyszukiwanie interesujących nas miejsc w Wiedniu, a moją praca magisterską. Tomek stara się kupić przewodnik i mapę, co okazuje się nie tak prostym zadaniem. Krążąc od księgarni do księgarni cały czas spotyka się z „niestety nie posiadamy”. Na szczęście dzięki uprzejmości znajomych otrzymujemy przewodnik po mieście i mape turystyczną, bez której byśmy zginęli. (dzięki Weronika!) Pozostało tylko wymienić złotówki na euro i w drogę!

Wsiadamy do pociągu z frazą ‚Adventure time’ na ustach.

PS: Jeśli jesteście ciekawi dalszej części naszej podróży, śledźcie bloga, już wkrótce kolejny wpis.

0 Comments Add yours

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *